To był o jeden mecz za dużo. Widać było po niedokładnym Eriksenie, po spóźnionych wślizgach (nie tylko przecież Danny’ego Rose’a) i po podaniach pod nogi rywali (Bentaleb i Mason, stwarzający w pierwszej połowie wyborne okazje Sturridge’owi), a także po odpuszczeniu pressingu w drugiej połowie i błędach Llorisa w pierwszej, że w spotkanie z Arsenalem, i w ogóle w cały ten szalony kalendarz spotkań od okresu świątecznego, włożono zbyt wiele. Może gdyby mecz odbywał się jutro, może gdyby Mauricio Pochettino zdecydował się na wprowadzenie kilku piłkarzy, którzy z Arsenalem odpoczywali (Chadli? Fazio? Townsend? Stambouli – tego ostatniego, być może z powodu kontuzji, brakowało nawet na ławce, a z pewnością przydałby się, żeby zmienić zmęczonego Masona), wyglądałoby to inaczej.
Oczywiście pamiętam, że Liverpool był ostatnio w świetnej formie, cieszę się, że dwukrotnie udało się odrobić straty, mam świadomość, że akcja na pierwszego gola (asysta Lameli zwłaszcza) była przedniej urody i doceniam fakt, że walczono do końca. A jednak czuję rozczarowanie, bo pod nieobecność Lucasa walka o środek pola wydawała się do wygrania dzięki walecznemu duetowi Mason-Bentaleb i dynamicznemu, przeżywającemu renesans formy Dembele przed nimi (niestety, Mason i Bentaleb byli cieniami siebie z soboty). Czuję rozczarowanie także dlatego, że nie od dziś słabym punktem Tottenhamu jest lewa flanka, gdzie Rose często pozostaje osamotniony: świetny Ibe robił na Anfield, co chciał, a i Lallana w końcówce przedarł się właśnie tamtędy. Lepsze zmiany zrobił Brendan Rodgers, z tą kluczową – Balotellego na pierwszym miejscu; Paulinho nie załatał dziury po Masonie, a Chadli przy bramce Włocha oglądał plecy Lallany. Szanse na pierwszą czwórkę? Tak samo jak po wygranej z Arsenalem – minimalne. Nie lepiej skupić się na Lidze Europy?
Dodaj komentarz