Dzień, w którym zabrakło mi słów

Żyjemy w czasach permanentnej przesady, więc doprawdy próbuję ważyć słowa. Szok! Kompromitacja!! Żenada!!! Wszystko już było, każde mocne sformułowanie padło, nic nie robi wrażenia na odbiorcy, nawet wulgaryzmy w przestrzeni publicznej zdołaliśmy znormalizować. Słowa „Spursy” nie bardzo można użyć, skoro używało się go przy byle porażce. No dobra, dzisiejsza nie była byle porażką – i to nie tylko dlatego, że sześciu meczów z rzędu ten klub nie przegrał jeszcze nigdy w historii.

Ironia, sarkazm, złośliwe docinki wydają się więc równie na miejscu jak beznamiętne analizy rozpadu, zestawiające go choćby z tamtym momentem, w którym po porażce 6:1 na St. James’ Park kończyła się inna tymczasowa kadencja na trenerskiej posadzie: ta Cristiana Stelliniego.

Z drugiej strony tego, co zobaczyliśmy w ciągu pierwszych dwudziestu minut dzisiejszego meczu naprawdę nie da się z niczym porównać – i żadne ze słów nie wydaje się zbyt mocne. Wiele przeszedłem jako kibic Tottenhamu, pamiętam nie tylko tamtą katastrofę w Newcastle pod Stellinim, ale także 6:0 na Etihad pod wyrzuconym za sprawą tej porażki Andre Villas-Boasem w 2013, kiedy Lloris wpuścił pierwszego gola już w 14. sekundzie, czy wreszcie 2:7 z Bayernem w 2019 na koniec (pierwszego?) pobytu w klubie Mauricio Pochettino. Niby nic mnie już nie jest w stanie zdziwić. Zwolnienie trenera, który właśnie wygrał europejski puchar. Głupie czerwone kartki kapitanów drużyny. Mecze przechodzące do historii dzięki brakom celnego strzału czy xG poniżej 0,1. 

Co różni dzisiejszy pogrom z rąk Atletico od tamtych, to oczywiście ta jedna trenerska decyzja, strach powiedzieć: jedyna decyzja, dzięki której pobyt Igora Tudora będzie w północnym Londynie pamiętany. Przedmeczowa decyzja o zmianie bramkarza na kogoś, kto po pierwszym kwadransie meczu trzy razy wyjmował piłkę z siatki, z czego dwukrotnie po własnych błędach – błędach zaiste kuriozalnych. Decyzja, która – wiele na to wskazuje – łamie karierę chłopca uważanego jeszcze czternaście miesięcy temu za jeden z większych talentów na tej pozycji w Europie.

Przyznajmy: po tym, co obejrzeliśmy w ciągu kilkunastu występów Antonina Kinsky’ego w Tottenhamie niewiele wskazywało na jej sensowność. Kiedy Czech dostawał szansę od Postecoglou i Franka (albo kiedy łatał dziury, w przypadku kontuzji Vicario), popełniał błędy, przepuszczał strzały, które Włoch zwykł bronić. Wydawało się, że lepiej od kolegi gra nogami… dziś nikt już tak nie powie i jedyne, o czym można myśleć w kontekście występu Kinsky’ego, to jego dobrostan psychiczny po blamażu, który dokonał się na oczach całej Europy, i którego konsekwencją była zmiana już w 16. minucie. Może to też zresztą jest dla Tottenhamu typowe, że niewątpliwy komizm sytuacji niebezpiecznie blisko sąsiaduje z potencjałem tragedii.

W okrutnym tekście, opublikowanym na łamach „Guardiana” zaledwie cztery dni temu, Barney Ronay ironizował na temat zatrudnienia przez klub Igora Tudora, że bazowanie wyłącznie na marce Chorwata jako specjalisty od wyciągania drużyn w kłopotach przypomina logikę zatrudniania trenera tylko dlatego, że nosi brązowy płaszcz, a najlepsi trenerzy noszą brązowe płaszcze, albo dlatego, że kiedyś już zdarzyło mu się w marcu pokonać drużynę grającą w niebieskich koszulkach. Na podobnej zasadzie wypada ocenić przecież nie tylko tę dzisiejszą zmianę obsady bramki Tottenhamu, ale i inne chaotyczne ruchy Chorwata. Odsyłanie na ławkę i przywoływanie z ławki Simonsa i Gallaghera, Souzy i Tela, Kolo Muaniego i Palhninhi. Zmiany ustawienia z trójki na czwórkę obrońców. Przerzucanie Graya z miejsca na miejsce po całym boisku. Desperackie, chaotyczne próby poprawienia czegokolwiek, ale sprawiające wrażenie podejmowanych w oparciu o rzut monetą czy o losowanie kart z talii tarota, nie zaś w oparciu o przynajmniej średnioterminową strategię. Nawet schodzącego z boiska Czecha nie potrafił dziś pocieszyć, zrobić jakiś gest, zachęcić do pozostania na ławce, gdy załamany młodzian schodził prosto do szatni.

Kinsky’emu wypada współczuć. Mniej zrozumienia można mieć do Micky’ego Van de Vena (winowajca drugiego gola) i kilku pozostałych piłkarzy, którzy chyba źle dobrali obuwie, bo przez cały mecz się ślizgali. Najmniej jednak empatii budzą klubowi właściciele i zarządcy, którzy nie zareagowali na objawy kryzysu zmianą trenera już w listopadzie, którzy przespali zimowe okienko transferowe, a potem zatrudnili szkoleniowca, pod którym Tottenham prezentuje się jeszcze gorzej niż pod Thomasem Frankiem. Jeśli miałbym sobie pozwolić na jakiś, nienajlepszy zresztą greps w puencie, to powiem, że następny poślizg będzie poślizgiem do Championship.

Wrócę do tematu. Na razie czekam na pożegnalną konferencję prasową szkoleniowca, o którym piszę po raz pierwszy, ale chyba ostatni. Nie będę tęsknił.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *