Blog

  • Najlepsi na świecie bez piłki

    „Finałów się nie gra, finały się wygrywa”, powiedział kiedyś José Mourinho, kiedy jego Manchester United wygrał z Southamptonem w finale Pucharu Ligi; inna sprawa, że padło wówczas więcej goli niż dzisiaj, a drużyna Portugalczyka nie miała bynajmniej kontroli nad tamtym meczem. Przykładając jednak tę jego frazę do dzisiejszego finału, należałoby powiedzieć, że pasowała do podejścia obu trenerów, nawet jeśli styl, w jakim ów finał próbowali wygrać, nie mógł był bardziej odmienny.

    Z perspektywy ostatecznego celu trudno oczywiście owe style oceniać, ba: można docenić nieprawdopodobną solidność i organizację defensywy Arsenalu, tę pracę wykonywaną zwłaszcza w niskim bloku, to zamykanie linii podań, te powroty skrzydłowych wspierających bocznych obrońców, te bloki w kluczowych momentach – Gabriela czy Lewisa-Skelly’ego, nie ukrywajmy także: te momenty wybijania rywala z rytmu, choćby przez opóźnianie wznowień gry przez bramkarza (w pewnym momencie David Raya wezwał nawet fizjoterapeutów, dając kolegom dodatkowe kilkadziesiąt sekund wytchnienia). „Najlepsi na świecie bez piłki” – mówił o nich finałem Luis Enrique, komplementując strukturę w obronie, nietracenie bramek, nieprzegrywanie meczów (dziś przez jakieś 130 minut również nie przegrali…). Gdyby udało im się dowieźć prowadzenie, fani Arsenalu pamiętaliby ten mecz do końca życia – ale i futbolowi eksperci cmokaliby z uznaniem nad efektywnością zbudowanej przez Mikela Artetę maszyny. Czy fakt, że dwa – świetnie zazwyczaj funkcjonujące – trybiki owej maszyny zawiodły w konkursie rzutów karnych, powinien to uznanie umniejszyć?

    „Myślę, że my, kibice Arsenalu, w głębi duszy wiemy, że futbol na Highbury nie zawsze jest ładny, a nasza opinia najnudniejszej drużyny w całej historii wszechświata nie jest tak zdumiewająca, jak udajemy” – to zdanie Nicka Hornby’ego z „Fever Pitch” można by pewnie zacytować w odpowiedzi, ale byłaby to odpowiedź z innego, nazwałbym go „estetycznym”, porządku. Ładny futbol, ba: kosmicznie piękny, PSG zaprezentowało w pierwszym półfinale z Bayernem, ale już w drugim meczu z Bawarczykami potrafiło cierpieć tak pięknie jak dziś Arsenal. W Budapeszcie zaś wygrało (finały się wygrywa…) cierpliwością, konsekwencją – i rozumnym wykorzystaniem ławki rezerwowych.

    O tym, że gwiazdy Luisa Enrique rozegrały w tym sezonie mniej minut, że Hiszpan wymieniał ich równie efektywnie, jak oni sami swoje pozycje na boisku – napisano wiele (choć jeśli doliczyć rozgrywane przed rokiem o tej porze Klubowe Mistrzostwa Świata, to różnica meczów wynosiłaby 63 do 62 na korzyść, a raczej niekorzyść Arsenalu). Podobnie jak o tym, że z grupy indywidualistów trener PSG zbudował w ciągu trzech sezonów maszynę zachwycającą nie tylko dryblingiem i szybkimi atakami, ale ciężką pracą w walce o odbiór piłki. Dziś jednak nawet w ten sposób nie byli w stanie wykreować wielu szans i dali swojemu trenerowi drugą wygraną Ligę Mistrzów z rzędu dzięki strzałom z jedenastu metrów, rzec można: pokonali rywala jego własną bronią, czyli stałymi fragmentami.

    W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat żaden z finalistów Champions League nie był przy piłce tak mało jak Arsenal Artety; tu Mourinho z pewnością uśmiechałby się z uznaniem. Uwagi na temat zranionej duszy futbolu sobie jednak daruję: nie wiem, czy bardziej nie rani jej fakt, że najlepsza drużyna Europy powstała za kasę z Kataru.

  • Jak dostaliśmy nasz klub z powrotem

    „To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi”, powtarzałem przez kilka ubiegłych miesięcy, układając sobie w głowie opowieść o dziewiątym najbogatszym klubie świata, który w przeciągu zaledwie roku wygrał Ligę Europy, w meczu o Superpuchar Europy był bardzo blisko pokonania najlepszej drużyny kontynentu, zaczął sezon świetnie, a z upływem kolejnych kolejek pogrążał się do tego stopnia, że… 

    No właśnie, to miała być opowieść o spadku Tottenhamu z Premier League, o katastrofie niemającej precedensu w dziejach tej ligi, o sensacji na miarę bodaj jedynie mistrzostwa wywalczonego przez Leicester. Nie twierdzę, że nie czuję ulgi w związku z faktem, iż ostatecznie do tego nie doszło, ale przyznaję: znajdowałem przez cały ten czas jakiś rodzaj pociechy w myśleniu, że przynajmniej sobie tę historię zamienię w literaturę. Że spiszę kronikę katastrofy nad katastrofami. Że opowiem, jak Levy zwolnił Postecoglou, jak Lewisowie zwolnili Levy’ego, jak Venkatesham z Langem nie zwolnili w porę Franka i jak pobłądzili z zatrudnieniem Tudora; jak po drodze trzebiona kontuzjami drużyna oduczała się gry w piłkę, jak w zimowym okienku padł sławetny cytat, iż wzmocnienia są niepotrzebne, bo zawodnicy wracają do zdrowia, jak wydawało się, że decyzja o zatrudnieniu Roberto de Zerbiego nie zdoła już odwrócić fatalnego trendu…

    To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi, ale i dziś dostaliśmy kilka całkiem niezłych. Pierwsza o Joao Palhinhi, człowieku, który – oprócz tego, że zdobywał w tym sezonie bramki piękne (pamiętacie przewrotki z Doncaster Rovers w Carabao Cup i z Bournemouth w lidze?), to zdobywał bramki najważniejsze, najpierw w końcówce wyjazdowego meczu z Wolverhampton, zaledwie miesiąc temu, a potem dzisiaj. Żaden z tych goli nie mógł się urodą równać z tamtymi, ale na obecnym etapie sezonu nie o urodę chodziło, a o charakter, wolę walki i zdolność do wzięcia odpowiedzialności.

    Dla mnie Palhinha jest piłkarzem sezonu – i to utrzymanie ostatecznie będzie miało jego oblicze. Niech was bowiem nie zmylą owe przewrotki: Portugalczyk nie poderwie tłumów cudownym dryblingiem ani bajeczną asystą, w rozegraniu wizjonerstwem nie zachwyci, ale swoimi wślizgami, odbiorami, blokami, podnosił drużynę w ciągu tych ostatnich tygodni niejeden raz. Po przyjściu De Zerbiego nie był graczem pierwszego składu, wydawało się, że inny profil pomocnika jest tu potrzebny, ale wszystkie techniczne braki zrekompensował wielkim sercem. Jeśli dobrze dostrzegłem w jego oczach łzy po strzelonym golu – niech stanowią potwierdzenie tezy, że futbol lubi takie historie. A wykupienie z Bayernu za dwadzieścia parę milionów zawodnika, który pozwolił klubowi zaoszczędzić milionów dwieście, wydaje się oczywistością.

    Kolejna historia, którą lubi futbol, to oczywiście wielki comeback Antonio Kinsky’ego. Zmieniony przez Tudora po kwadransie madryckiego horroru Czech odbudował się u De Zerbiego w sposób niebywały. Jego interwencje z Wolves (rzut wolny w końcówce), z Leeds (fenomenalna parada, również w końcówce) i wreszcie dziś z Evertonem (w końcówce, a jakże) były łącznie na wagę pięciu punktów; oczywiście nowy trener uszczelnił defensywę na tyle, że bramkarz rzadko bywał zatrudniany – chyba, że do rozgrywania, w czym skądinąd lepszy jest od Vicario – ale kiedy już bywał, wykonywał obrony klasy światowej. A trener, który wyznał dziś, że rozważał zrobienie na swój pierwszy mecz (z Sunderlandem) Kinsky’ego kapitanem, pokazał, jak wielką rolę w tym fachu mają rzeczy, których żadne modele statystyczne nie ujmą. „Chciałem pokazać coś, co jest bardzo ważne i w piłce, i w życiu: jeśli jesteśmy drużyną, jesteśmy jak rodzina – mówił dziś De Zerbi o tamtej idei. – Jeśli jeden z nas przechodzi przez trudny okres, musimy go wspierać”. 

    W tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości: ostatecznie Tottenham uratował przed spadkiem Roberto de Zerbi. Człowiek, który wszedł do kompletnie rozbitej psychicznie i niepamiętającej smaku zwycięstwa szatni – i który mimo, iż stracił w kilku pierwszych tygodniach pracy kontuzjowanych Romero, Kudusa, Simonsa i Solanke, zdołał ją psychicznie podnieść. Od pierwszej konferencji prasowej zarażał wszystkich optymizmem, opowiadał dziennikarzom o swojej roli psychologa, który pokazuje piłkarzom stare mecze z ich udziałem, by przypomnieć im, jacy potrafią być dobrzy, który odbywa z nimi mnóstwo rozmów w cztery oczy, który zaprasza ich na integracyjne kolacje, który ucina w rozmowach z mediami wszelkie próby użalania się na los. Który, dodajmy jednak w kontekście Kinsky’ego, trafia także z nieoczywistymi decyzjami: Włoch mówił od początku, że jego pierwszym bramkarzem jest Vicario, ale dał bronić Czechowi do końca.

    I jest jeszcze coś: atmosfera na stadionie, tak toksyczna za poprzedników, była podczas meczów Tottenhamu prowadzonego przez De Zerbiego fantastyczna. Dziś, podobnie jak przed spotkaniem z Leeds, autobus z piłkarzami jechał ulicami północnego Londynu wśród wiwatujących tłumów, jakby o paradę z okazji mistrzostwa czy pucharu chodziło, a nie o wsparcie drużyny broniącej się przed spadkiem. Doprawdy trudno uwierzyć, patrząc na połączenie piłkarzy z kibicami zarówno podczas dzisiejszego meczu i po nim, że zakończył się właśnie najgorszy sezon tego klubu od pięciu dekad.

    To też w zasadzie jest świetna historia, futbol takie lubi. W Tottenhamie znów (pytanie jak długo, znając gorący charakter Roberto de Zerbiego i jego zdolność do wchodzenia w zwarcie z przełożonymi) pracuje szkoleniowiec, który stylem gry pasuje do tego klubu. Świetny taktyk, kapitalny trener (co się nasłuchaliśmy od piłkarzy komplementów na temat jego zajęć!), ale też ktoś, kto ma nosa i rękę do ludzi, kto potrafi przemówić do ich serc. Dostaliśmy nasz klub z powrotem. Lepiej późno niż wcale.

    PS No dobra, to utrzymanie, te ostatnie tygodnie zrywu pod De Zerbim miały również twarz Bentancura. Wrócił po kontuzji w samą porę, z miejsca wskoczył do pierwszego składu i został w nim na dobre. Tak irytujący pod Frankiem spowalnianiem gry, podaniami w poprzek i do tyłu, tutaj dał spokój w wyprowadzaniu piłki pod presją i kontrolę w środku pola, słowem: klasę, której tak bardzo tu ostatnio brakowało.

  • Guardiola i Gaudi: szkic do pożegnania

    Pewnego dnia będzie musiał zdjąć nogę z gazu albo się pochoruje – to Cruyff o Guardioli, cytat pochodzi jeszcze z 2009 r. Właściwie jest rzeczą niebywałą, że po tym, jak zdejmował nogę z gazu w Barcelonie (po czterech sezonach) i w Monachium (po trzech sezonach), w Manchesterze wytrwał aż dziesięć lat. Jasne: przychodził do klubu, zbudowanego na jego obraz i podobieństwo, a zanim szejkowie go sprowadzili, zatrudnili jego katalońskich druhów, by przygotowali mu drogę. Jasne: spełniano wszystkie jego życzenia, miał niebywały komfort pracy, zaufanie, nawet prawo do pomyłek na rynku transferowym; jak się nie udało z Claudio Bravo, sprowadził Edersona itd. Jasne: niepewność co do rozstrzygnięcia sprawy ze 115 zarzutami utrudniała decyzję o odejściu, a i ubiegłoroczny kryzys bardzo chciał pewnie zostawić za sobą. Ale nadal: dziesięć lat w jednym miejscu, setki meczów i treningów, konferencji prasowych i podróży, nawet dla człowieka obsesyjnie próbującego wymyślić futbol na nowo musiało być doświadczeniem wyniszczającym. Wiemy zresztą, że ceną owego pościgu za doskonałością był także ubiegłoroczny rozpad trwającego trzydzieści lat związku.

    Napisałem o nim w tym czasie dziesiątki stron i dalibóg: nie mam ochoty przestawać. Jest dla współczesnego futbolu najważniejszym punktem odniesienia. W próbach konfrontacji z nim minęło życie całego pokolenia trenerów (niektórzy, jak Jurgen Klopp, niezwykle na tym skorzystali, a i on umiał uczyć się w trakcie tej rywalizacji), kolejne pokolenie wychował. O piłkarzach, którym otworzył oczy na dyscyplinę, którą uprawiają, wspominać nie ma co: nie chodzi tylko o to, że z najlepszymi pracował – najlepszych tworzył. 

    Zdarzało mu się spektakularnie mylić, w jakimś konkretnym meczu przekombinowywać, wynajdywać o jedno nowe rozwiązanie za dużo – ale to też było powodem do niesłabnącego zainteresowania jego wizją: przekleństwo geniuszy polega wszak na tym, że widzą zbyt wiele możliwości i niekiedy najprostsza nie wydaje im się wcale najwłaściwsza. Z drugiej strony: geniusze nie umieją pozostawać na dłużej przy formule, która gwarantowała im sukces do tej pory. Chyba za to podziwiałem go najbardziej; chyba to było najważniejszym powodem, dla którego utrzymywał się na szczycie tak długo.

    Odejdzie z nutą niedosytu: Ligi Mistrzów kolejny raz nie wygrał, po mistrzostwo Anglii zapewne kolejny raz nie sięgnie. Można powiedzieć, że jak Antonio Gaudi: nie dokończył dzieła.

    Ale czy niedokończone nie wydawało się właśnie najpiękniejsze?

  • Powrót Rasiaka

    Muzyka ma taką moc: usłyszany nagle kawałek sprzed 20 czy 30 lat (no, w moim przypadku raczej 30 czy 40…) jest w stanie cofnąć cię w czasie i sprawić, że choć na jeden moment znowu jesteś tamtym dzieciakim u progu wszystkiego. Z filmem bywa podobnie, weźcie np. „Cinema Paradiso”. I z literaturą, kiedy wracasz do lektur dzieciństwa.

    Rzecz w tym, że z futbolem jest dokładnie tak samo – i teoretycznie nie ma w tym nic zaskakującego. Nostalgia to uczucie, które popkultura od lat monetyzuje bardzo świadomie, trudno się dziwić, że i w świecie piłki zapanowała moda na koszulki retro, mecze dawnych gwiazd czy reklamy z ich udziałem. To wszystko rzeczy znane, napisałem o nich zresztą do mundialowego numeru „Kopalni”, który właśnie idzie do druku. Ale dzisiaj… dzisiaj po raz pierwszy w życiu spotkałem Grzegorza Rasiaka.

    Nie wiem, czy umiem wytłumaczyć ten poryw emocji. Kiedy został piłkarzem Tottenhamu, przyjmowałem tamten transfer jako złośliwość losu: oto moje intymne hobby zaczął podzielać cały naród, prasa pełna była narzekań na trenera, który nie chce wystawiać „naszego”, a z rzadka napotykani Anglicy byli przekonani, że kibicuję tej drużynie od niedawna, i to wyłącznie z przyczyn patriotycznych. Na prawdziwego Grzegorza Rasiaka nie było w tym wszystkim miejsca, nawet jeśli i ja zastanawiałem się nieraz, co by było, gdyby w debiucie z Liverpoolem zaliczono mu gola (piłka po dośrodkowaniu Carricka z rzutu rożnego minimalnie wyszła za linię końcową, zanim skierował ją do bramki; w innej sytuacji z tego meczu trafił w poprzeczkę).

    A może to zresztą nie było cofnięcie się w czasie, tylko doświadczenie jego względności? Może wciąż tam jesteśmy: on w autobusie jadącym na mecz u boku Edgara Davidsa, o którym trochę mi dziś opowiadał, ja w pubie, gdzieś w podziemiach krakowskiego Rynku, wydzierający się do telewizora po tamtym dośrodkowaniu Carricka?

    Mecz, który dziś oglądaliśmy w studiu TVP Sport – finał Pucharu Anglii między Manchesterem City a Chelsea – nie był, jak to się mówi, arcydziełem. Ale nigdy go nie zapomnę. Jestem cholernym szczęściarzem, że takie rzeczy mi się zdarzają. Grzegorz, dziękuję za ten powrót-niepowrót.

  • Wygrana na Villa Park. Wiatr się odwrócił

    To. Był. Dobry. Mecz. Tottenhamu. Nabrawszy powietrza w płuca i uspokajając oddech patrzę na zapisane wyżej słowa z lekkim niedowierzaniem. Sprawdzam, czy naprawdę tu są i jak się prezentują. 

    Owszem, po pół godzinie gry można było jeszcze mówić, że mecz z silnie przemeblowaną między półfinałami Ligi Europy Aston VIllą przypominał jeden z owych treningów urządzanych przez Antonio Conte, który czasami nakazywał swoim podopiecznym grać w jedenastu przeciwko nieistniejącym przeciwnikom, ale później jednak gospodarze coś tam poprawili i zwłaszcza w drugiej połowie o obronę tego zwycięstwa trzeba było powalczyć.

    I, dalibóg, piłkarze Tottenhamu powalczyli. Od pierwszej minuty przenieśli grę na połowę rywala. Odbierali piłkę wysoko, skacząc do pressingu w sposób zorganizowany i uporządkowany. Byli drużyną, w której każdy był świadom ruchów kolegi – stąd te wszystkie rozegrania w trójkątach. Byli odpowiedzialni. Byli zaangażowani. Tworzyli wspólnotę: nawet pozostający dotąd jakby na peryferiach zespołu Kolo Muani podbiegł do Palhinhi i ucałował go w głowę po jednej z moich ulubionych akcji tego meczu (sezonu?), kiedy Portugalczyk poszedł za wcześnie do wślizgu przed własnym polem karnym, a potem zdążył się poprawić, rzucając się pod nogi rywala, odbierając piłkę i wyprowadzając ją, by dać się sfaulować – a po zejściu z boiska (Kolo Muani, nie Palhinha) szedł wzdłuż linii bocznej zbijając piątkę z kibicami.

    Sporo było takich scen: świętujący wywalczony aut Porro. Niedający odetchnąć obrońcom i bramkarzowi Villi Richarlison. Gallagher, który do gola dołożył przecież fenomenalną grę bez piłki na całym boisku. To był mecz, w którym trzeba było rywala zabiegać i dalibóg: zrobili to. To był mecz, w którym trzeba było wygrywać pojedynki, zgarniać drugie piłki i dalibóg: zrobili to. Ale też to był mecz, w którym z łatwością utrzymywali się przy piłce i – nawet jeśli bramki zdobywali w chaosie wywołanym po stałych fragmentach – wiedzieli, jak kreować kolejne sytuacje. No i to był mecz, w którym trzeba było utrzymać i koncentrację, i poziom zaangażowania do samego końca. W zasadzie się udało.

    Jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze – a dla odmiany dziś wiele na to wskazuje – będzie to efekt zatrudnienia trenera, którego etos gry ofensywnej pasuje do tego klubu lepiej niż pragmatyzm jego biedapoprzedników, i który potrafił uspokoić skołatane nerwy swoich piłkarzy, przekonując ich, że mimo katastrofalnej serii meczów bez zwycięstwa i jeszcze bardziej katastrofalnej serii kontuzji, potrafią jednak uprawiać ten sport. Ostatnia konferencja Roberto De Zerbiego, rozpoczęta tyradą o uciszaniu negatywnych myśli – że pech, że kontuzje, że sztab medyczny nie taki, że boisko nie takie – była rzuceniem wyzwania dziennikarzom, ale najpierw musiał w tych wszystkich kwestiach przekonać piłkarzy; mówił na jednej z wcześniejszych konferencji, że po prostu muszą zacząć go słuchać i – zważywszy na komplementy, jakimi obdarzył go dziś w jednym z wywiadów pomeczowych Connor Gallagher – udało mu się. Charyzma działa, nawet jeśli w rozmowach z dziennikarzami charyzmę trzeba podpierać tłumaczem.

    Ale jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze, będzie to zawdzięczał również spokojowi, jaki w środku pola wprowadza Bentancur (oby dzisiejszy uraz pozwolił mu dalej wychodzić w pierwszym składzie, bo pod De Zerbim jest znów tym piłkarzem, który zachwycał jeszcze za czasów Contego, w sumie żeby podsumować pobyt w Tottenhamie Thomasa Franka wystarczy przyjrzeć się, jaki antyfutbol prezentował w jego czasach Urugwajczyk), i – dla odmiany – dzikiej energii Gallaghera. To właściwie niewiarygodne, jak można w krótkim czasie i w tak niesprzyjających okolicznościach (po przeciętnym tak naprawdę meczu z Wolverhampton stracili jeszcze Solankego i Simonsa, wcześniej, na początku kadencji De Zerbiego, wysypali się Kudus i Romero…) odbudować wiarę zawodników we własne umiejętności – a zarazem jak można dać im klarowne instrukcje, co mają robić z piłką i bez.

    Tak, to był dobry mecz. Miałbym ochotę napisać nawet, że najlepszy od pierwszych tygodni Postecoglou, ale nie zrobię tego, bo musiałbym skreślić po przeczytaniu. Poprzeczka w ostatnich miesiącach była doprawdy nisko zawieszona; na analizę zmarnowanego sezonu przyjdzie jeszcze czas – na razie powiedzmy z pełnym przekonaniem i bez skreśleń: wiatr się odwrócił. 

  • Wolność, tempo, przestrzeń. Paryskie święto futbolu.

    Szczerze? Skończyło się kilka minut temu, a nie bardzo pamiętam, jaki był wynik – i dobrze, bo oznacza to chyba, że losy dwumeczu nie są rozstrzygnięte i że w rewanżu obejrzymy podobną jazdę bez trzymanki. Nie pamiętam sekwencji zdarzeń, kto i w której minucie strzelał gole i jak dużą przewagę miało w pewnym momencie drugiej połowy PSG. Nie pamiętam błędów, choć przecież się zdarzały, nie pamiętam niewykorzystanych szans, źle przyjętych piłek, niecelnych strzałów (zdaje się, że na początku Dembele był sam na sam z Neuerem po świetnym, otwierającym podaniu Hakimiego, ale nie trafił nawet w bramkę…). Mam poczucie, że najgorsze, co można zrobić po takim meczu, to zamiast ody do radości i zachwytów nad tym, czym wciąż potrafi być futbol, tworzyć jakiś katalog zastrzeżeń, jak to czasem robią jurorzy konkursu pianistycznego na widok muzyka, który oprócz umiejętności czytania nut i techniki, ma jeszcze najprawdziwsze ludzkie emocje, i to właśnie one wybijają się na pierwszy plan w jego interpretacji, niewykluczone zresztą, że trafniej wyrażając w ten sposób intencje kompozytora niż w doktrynach owych szukających dziury w całym akademików. Zważywszy zwłaszcza na to, ile w tym dzisiejszym graniu było odchodzenia od nut, zachwycającej czystością i swobodą improwizacji.

    Tak, to jest czas na zachwyt i radość – i chyba pisząc te słowa nie odreagowuję tylko sezonu, w którym (zobaczycie, obawiam się, półfinał jutrzejszy…) o wyniku meczu tak często rozstrzygają stałe fragmenty, umiejętność gry w defensywie, krycie indywidualne i fizyczność. Owszem, tej ostatniej nie brakowało i dzisiaj, ale w pierwszym rzędzie służyła jako narzędzie do niestrudzonego biegania między jednym polem karnym a drugim, do dotrzymywania rywalom kroku podczas frenetycznych ataków, do powstrzymywania ich na granicy faulu – a jeśli poza jego granicą, to nie ze złośliwości przecież, i nie z frustracji czy zamiłowania do ostrej gry, ale z powodu szybkości, w której rywal po prostu zdołał postawić stopę tam, gdzie zamierzałeś, o mgnienie oka przed tobą.

    Owszem, i w tym meczu aż cztery gole padły po rzutach karnych i rożnych, ale to nie ze względu na nie oglądało się starcie PSG-Bayern z zapartym tchem.

    Wolność, to jest to słowo. Wolność, jaką cieszą się piłkarze Luisa Enrique i VIncenta Kompany’ego, kiedy konstruują kolejne ataki. Prawo do dryblingu, do zachwycającej publiczność sztuczki – wydawałoby się: niepotrzebnie efektownej, a przecież otwierającej możliwość rozwinięcia jeszcze jednej akcji. Prawo do tego, żeby zrobić coś, wychodząc poza strukturę i schemat.

    Tempo, to też jest to słowo. Tempo, z jakim akcja przenosiła się z jednego pola karnego w drugie, i to nie ze względu na jakieś długie podania, a raczej na sekwencję zagrań z pierwszej piłki. Tempo, które sprawiało, że czas ekranowy przeciętnego futbolowego użytkownika smartfona spadł w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut do zera, bo zamiast siedzieć na Twitterku z rozdziawioną gębą wgapiał się w najlepszy mecz tego roku.

    Przestrzeń, to też jest to słowo. Przestrzeń, otwierająca się na boisku po jednym rozumnym podaniu Kimmicha czy Vitinhi albo po jednym zwodzie Olise, wiążącym za jednym zamachem trzech-czterech graczy PSG. I wdzięczność, to też jest to słowo. 

    Sami dobrze wiecie, ile taki produkt PSG budzi wątpliwości przez katarskie pieniądze i koncentrowanie w stolicy szyku i mody tych wszystkich futbolowych gwiazd i gwiazdeczek – i, analogicznie, ile prawdy było przez wszystkie lata w złośliwym przydomku „FC Hollywood”. FIFA, UEFA, wszechogarniająca komercja i wspomniany już prymat wyniku nad stylem – mamy doprawdy wiele powodów, by o współczesnej piłce myśleć z narastającym niesmakiem, ale dziś wszystkie musiały zblednąć, i trudno nie być za to wdzięcznym.

    No dobra, coś tam pamiętam. Wysoki pressing Bayernu. Piłki rzucane za plecy jego obrońców, kontry paryżan i sytuacje, w których dwóch ofensywnych graczy PSG wystarczało, by rozmontować cały blok defensywny gości. Kiwki Olise (nie dziwimy się skurczom Mendesa). Kiwki Kwaracchelii (nie dziwimy się wejściu w przerwie Laimera). Momenty zatrzymania szykującego się do wykonania jedenastki Kane’a. Akcję na 4:2, kiedy Hakimi otworzył sobie całe prawe skrzydło, a Dembele – zamiast strzelać – przepuścił piłkę do Kvaracchelii. Odbijającą się od słupka futbolówkę, kiedy Dembele trafił w tym meczu po raz drugi. Podanie Kane’a do Diaza przed golem tego ostatniego. Uśmiech Upamecano, zbijającego piątkę z Kwaracchelią po tym, jak wślizg, którym zatrzymał Gruzina, okazał się jednak czysty.

    Nie doświadczyłem czegoś podobnego od pamiętnego meczu Chorwacja-Hiszpania na Euro 2020. Wtedy miałem potrzebę wstać z kanapy i założyć garnitur, by choć strojem oddać sprawiedliwość wyjątkowemu wydarzeniu, ale od tamtej pory zmądrzałem przynajmniej w tej jednej kwestii, że wiem, iż istnieją jeszcze inne sposoby konfrontowania się z niewyrażalnym. Ivo Pogorelich na Konkursie Chopinowskim w 1980 r. zresztą nie miał garnituru.

  • Śnił mi się Tottenham

    Śnił mi się Tottenham. Po golu straconym w doliczonym czasie gry w meczu, który miał zakończyć najdłuższą w historii klubu serię spotkań bez wygranej w Premier League, a który zakończył się tylko remisem; po meczu, który co najmniej na drugi tydzień z rzędu zakotwiczył klub w strefie spadkowej; po kolejce trzydziestej trzeciej, co oznacza, że na uniknięcie niewyobrażalnego zostało ledwie pięć – śnił mi się Tottenham i nie był to, dodajmy od razu, jakiś mroczny koszmar. Nie żebym od razu odzyskał nadzieję, bo po tym, jak nie udało się wygrać u siebie z Brighton prawdopodobieństwo degradacji wzrosło. Odzyskałem jednak coś ważniejszego, a mianowicie klub.

    Obiecuję sobie od tygodni, że kiedy Tottenham spadnie z Premier League (co, przyznacie, będzie w dziejach tej ligi sensacją porównywalną jedynie z mistrzostwem wywalczonym przez Leicester) solennie spiszę całą listę okoliczności, które do tego doprowadziły. Część z nich będzie, by tak rzec, łagodząca – takiej plagi kontuzji, i to rozciągniętej na więcej niż jeden sezon, nie notował żaden inny klub. Dla części jednak, i to większej, żadnej taryfy ulgowej się nie znajdzie, a wiązać się będą np. z pomyłkami zarządu, związanymi z zatrudnieniem kolejnych dwóch trenerów o profilu diametralnie odmiennym od poprzednika, i ze sposobem inwestowania w piłkarzy, którzy, delikatnie rzecz ujmując, z racji wieku lub profilu nie są w stanie udźwignąć bieżącej presji (a może zresztą i za te kontuzje ktoś, czytaj: sztab medyczny lub trenerski, ponosi odpowiedzialność). 

    Zimowe okienko na przykład, w którym odszedł Johnson i – mimo kontuzji Kudusa – nie postarano się o jakiegoś zmiennika na tę pozycję, z pewnością zajmie poczesne miejsce w każdej spisywanej po spadku anatomii katastrofy. Rodzina Lewisów i utrzymywani przez nią na posadach, bezpośrednio odpowiadający za funkcjonowanie Tottenhamu panowie Venkatesham i Lange bolesnych pomyłek popełnili jednak więcej; wśród osób regularnie opisujących klub panuje przecież konsensus, że Daniel Levy (niezależnie od osobnej i całkiem pokaźnej listy błędów, popełnionych za jego rządów) zarówno wcześniej zwolniłby Thomasa Franka, jak i nie zatrudniałby na jego miejsce Igora Tudora: jeśli drużynie zabraknie czasu, by wydźwignąć się z tarapatów, to ostatecznie dlatego, że z Chorwatem straciła sześć tygodni.

    Dlaczego zatem śnił mi się Tottenham? Pewnie dlatego, że gdybym miał abstrahować od tego straconego gola w końcówce, było to najlepsze dziewięćdziesiąt minut Spurs od bardzo, bardzo dawna; dziewięćdziesiąt minut odpowiadające kibicowskim oczekiwaniom futbolu ofensywnego i intensywnego, z akcjami, które się kleją, z pressingiem, który działa, z pojedynkami, które się wygrywa, z bramkami, które zachwycają (no dobra, to trzeba epoce Franka oddać, że mimo biedafutbolu padały w jej trakcie cudowne gole, zdobywane przez Solanke, Romero, Palhinhę czy Richarlisona skorpionem, przewrotką czy nożycami). 

    Minione miesiące upływały mi w nastroju rezygnacji i apatii, poza oczekiwaniem na jakiegoś gola po stałym fragmencie nie spodziewałem się właściwie niczego i tylko współczułem rzucanemu po różnych pozycjach Archiemu Grayowi, będąc przekonanym, że w jego wieku nie powinien dźwigać na barkach aż takiej odpowiedzialności. Wczoraj zaś spore fragmenty meczu oglądałem na stojąco, jakbym – żeby zacytować frazę z jednego z pierwszych treningów pod Roberto de Zerbim, którą Włoch wygłosił bodaj do Micky’ego van de Vena – miał na nowo zakochać się w piłce. Lubiłem patrzeć, jak Bentancur wyprowadza piłkę pod presją (czy Frank im tego zakazywał?!), lubiłem obserwować, jak Bergvall skacze do odbioru, lubiłem wgapiać się w układającego stopę do strzału Simonsa.

    Tak, może Tottenham spadnie z ligi. Może to będzie wizerunkowa i sportowa katastrofa, jakiej świat nie widział. Może pół drużyny odejdzie. Może fatalnie zarządzany klub nie zdoła wrócić od razu do Premier League i spotka go los, będący obecnie udziałem Leicester. Może znów będę musiał oglądać mecze na nielegalnych streamach. Tym wszystkim zdążę się jeszcze martwić (albo, kto wie, cieszyć, bo kibicowanie Tottenhamowi na powrót stanie się moim intymnym hobby, a nie rozrywką, dostępną milionom konsumentów futbolowego kontentu). Na razie zapisuję sobie sen jasny jak uśmiech rozgrzewającego się z kolegami Maddisona. Sen, w którym drużyna, której kibicuję, gra w piłkę nożną, a patrzenie na to nie jest źródłem intelektualnej i estetycznej żenady.

    Niektórzy – jak Roberto de Zerbi – przekonują, że za taką grą przyjdą i punkty, ale to już rozważania należące do strefy jawy. W zasadzie mógłbym śnić dalej.

  • Czekając na arcyważny mecz o wszystko

    Stać mnie jedynie na kilka chaotycznych myśli, z których pierwsza jest taka, że wizualizowałbym sobie perspektywę utrzymania Tottenhamu w Premier League z większym spokojem, gdyby jednak Liverpool na Anfield załadował tej drużynie kilka bramek, Igor Tudor straciłby pracę i w arcyważnym meczu o wszystko z Nottingham Forest poprowadził ją jakiś inny szkoleniowiec; mocno się obawiam, że kiedy przyjdzie grać u siebie i dyktować warunki drużynie Vitora Pereiry zadanie okaże się dla Chorwata zbyt trudne, a potem na ratunek zabraknie czasu.

    Myśl druga: to Liverpool podarował Tottenhamowi ten punkt. Stopień, w którym gospodarze – w związku ze środowym meczem Ligi Mistrzów wystawiający skład bardziej jak na Carabao Cup niż na Premier League – nie przykładali się do gry, był zaiste niebywały. Mieli w końcu naprzeciwko siebie najgorszą drużynę w lidze (fakt, nie opinia – każdy z rywali w walce o utrzymanie zdobył w tym roku więcej punktów), drużynę zamroczoną serią potężnych ciosów zbieranych na boisku i poza nim (te kontrowersje ze zmianą bramkarza w meczu z Atletico, te próby przerzucenia odpowiedzialności za stan klubu przez nowych właścicieli na Daniela Levy’ego, te spekulacje o przyszłości tymczasowego trenera…), a przede wszystkim drużynę osłabioną brakiem trzynastu zawodników, wśród których są kapitanowie, liderzy, podpory i gwiazdy (wyliczmy dla porządku: Romero, Palhninha, Van de Ven, Bissouma, Udogie, Bergvall, Davies, Kudus, Bentancur, Kulusevski, Maddison, Odobert i Gallagher – i dla porównania wyobraźmy sobie Liverpool bez Van Dijka, Endo, Konate, Bajceticia, Kerkeza, Jonesa, Robertsona, Salaha, MacAllistera, Gakpo, Szoboslaia, Ngumohy i Gravenbercha JEDNOCZEŚNIE; dziś Tudor miał do dyspozycji DWUNASTU zdolnych do gry zawodników z pola plus trzech bramkarzy i trzech juniorów). 

    Drużynę, której ten tymczasowy szkoleniowiec w każdym kolejnym spotkaniu aplikuje nowe ustawienia i taktykę – i która dzisiejszego 4-4-2 nie wypróbowała na treningach ani razu, bo w tygodniu ćwiczono wariant z Gallagherem, który ostatecznie nie nadawał się do gry, więc na prawym skrzydle wystąpił nominalny lewy obrońca, dziewiętnastoletni, wchodzący dopiero do tej ligi Brazylijczyk Souza. Drużynę, którą – wydawało się – zaczęli już rzucać na deski, po tym, jak Vicario przepuścił strzał z rzutu wolnego Szoboslaia. 

    Tyle razy młody Ngumoha wkręcał Porro w ziemię, tyle razy Vicario wykopywał piłkę pod nogi gospodarzy, tyle razy biły widzów po oczach techniczne ograniczenia Dragusina. Tyle razy biła po oczach niezdolność piłkarzy Spurs do przeprowadzenia piłki przez środek boiska. Tyle razy w drugiej połowie Liverpool przerywał jakiś niemrawy atak i miał przed sobą trzech-czterech z trudem wracających na własną połowę obrońców, a za ich plecami mnóstwo miejsca. Tyle razy wydawało się, że Gakpo czy Salah zamkną wreszcie ten mecz…

    Nic takiego się nie wydarzyło. Aktualni wciąż mistrzowie Anglii dopuszczali tych permanentnych ostatnio przegrywów do kolejnych okazji, z każdą minutą pozwalając im wierzyć bardziej i bardziej. Zostawmy na boku jakość gry Tottenhamu – o tej trudno powiedzieć cokolwiek dobrego od tygodni. To była kwestia nie jakości, tylko wiary – zwłaszcza Richarlisona, który skończył ten mecz z największą liczbą wygranych pojedynków, wślizgów, strzałów (w tym strzałów celnych) i kontaktów w polu karnym rywala. Wiary, że się uda, jeśli porządnie zrobi się rzeczy, które należą do piłkarskiego elementarza: wygra się pojedynek, szybciej doskoczy do bezpańskiej piłki, zablokuje strzał.

    Oto, dlaczego na miejsce w pierwszym składzie nie może u Tudora liczyć Xavi Simons, a i Kolo Muani rozpoczyna mecze z ławki. Ta drużyna nie potrzebuje teraz efektownych sztuczek, cieszących oko kibica popisów, tylko takiej właśnie waleczności, jaką pokazywali Richarlison czy Tel. W sumie szkoda, że po tym wyrównującym golu nie poszli jeszcze za ciosem…, 

    Jakkolwiek to zabrzmi w perspektywie zbliżającego się spotkania fazy pucharowej Ligi Mistrzów, za tydzień przed Tottenhamem najważniejszy mecz od czasu majowego finału Ligi Europy. Bój o trzy, co ja mówię, sześć punktów. Doprawdy, nisko upadliśmy, a możemy jeszcze niżej.

  • Błąd: można się czegoś nauczyć, czyli pożytki z historii Antonina Kinsky’ego

    Nie wykluczam oczywiście, że to tylko ja mam takie wrażenie. Że to kwestia portali czy gazet, które czytam, i algorytmów, które zgodnie z logiką mediów niegdyś społecznościowych podsuwają mi wyłącznie rzeczy, które zdaniem tychże mediów chcę oglądać. Innymi słowy: nie wykluczam, że tak to wygląda wyłącznie z mojej bańki. Z drugiej strony wydaje mi się to wrażenie zbyt ważne, bym miał się nim nie podzielić. A co, jeśli dzięki wtorkowym błędom Antonina Kinsky’ego na stadionie Atletico i dzięki temu, że w ich efekcie Igor Tudor w szesnastej minucie zmienił bramkarza, zobaczyliśmy, że świat stał się odrobinę lepszym miejscem, niż był jeszcze parę lat temu?

    Wszyscy pamiętamy, co spotkało w podobnej sytuacji Llorisa Kariusa po finale Ligi Mistrzów 2017/18. Bezlitosna ściana kpin, brutalne oceny wszechwiedzących ekspertów (skądinąd nieświadomych jeszcze, że bramkarz Liverpoolu po zderzeniu z Sergio Ramosem ma wstrząnienie mózgu), wyścig na grepsy tak straszliwe, że w epoce gifów, memów i wszystkich tych szatańskich wynalazków, przy pomocy których tak łatwo uczynić z bliźniego swego – w wersji najłagodniejszej – ofermę, już tamtej nocy można było powiedzieć, że nie zostaną zapomniane nigdy.

    Nic takiego się w przypadku Kinsky’ego nie wydarzyło. Niemal natychmiast po meczu Atletico-Tottenham do opinii publicznej zaczęły się przebijać opinie prawdziwych fachowców w tej branży, w pierwszym rzędzie Petera Schmeichela i Davida de Gei, ale później spływały kolejne głosy – siłą rzeczy nagłaśniane przez media, komplikujące ich przekaz, z prawdziwym czy dobrze udawanym współczuciem powtarzane przez kolejne znane twarze.

    Bramkarskie legendy mówiły o młodym Czechu rozumiejąco, podkreślały wpisaną w ten fach nieprzewidywalność, pecha, a nade wszystko prawo do błędu. Głównym bohaterem dziennikarskich sprawozdań był raczej zmieniający bramkarza trener Tottenhamu niż sam Antonin Kinsky – a jeśli Czech, to pytano z troską, jak tą decyzją Igor Tudor mógł wpłynąć na dobrostan i przyszłość swojego podopiecznego. Podkreślano wsparcie, jakie dali młodemu bramkarzowi koledzy. Zauważono empatyczny komentarz odpowiadającego za szkolenie golkiperów w Tottenhamie Fabiana Otte. Kiedy głos zabrał sam Kinsky, pisał, owszem, o okrucieństwie futbolu – ale raczej dziękował za te wszystkie życzliwe reakcje, jakie spotkały go po madryckiej katastrofie. I podkreślał, że to dzięki nim – po tym, jak jego marzenia zamieniły się w koszmar – może znowu marzyć. Jakbyśmy wszyscy w ciągu minionych lat nauczyli się nie tylko tego, że na żadnej innej pozycji piłkarz nie mierzy się w podobnym stopniu z fatum (dobrze grający nogami zawodnik nagle wybija piłkę wprost pod nogi rywala: przecież w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto podałby ją idealnie pod nogi partnera z drużyny…), ale że słowa nie są niewinne, a pod trykotami z poliestru kryją się prawdziwi ludzie.

    Jako się rzekło: nie wykluczam, że to tylko tak wygląda z mojej bańki – niechże to więc będzie zakład Okońskiego. „Skoro trzeba wybierać, zobaczmy, w czym mniej ryzykujesz”, pisał Pascal. Wydaje mi się, że jako wspólnota mniej ryzykujemy powstrzymując rechot na widok człowieka, który wystawiony na osąd wielomilionowej widowni popełnił spektakularną wpadkę.

  • Dzień, w którym zabrakło mi słów

    Żyjemy w czasach permanentnej przesady, więc doprawdy próbuję ważyć słowa. Szok! Kompromitacja!! Żenada!!! Wszystko już było, każde mocne sformułowanie padło, nic nie robi wrażenia na odbiorcy, nawet wulgaryzmy w przestrzeni publicznej zdołaliśmy znormalizować. Słowa „Spursy” nie bardzo można użyć, skoro używało się go przy byle porażce. No dobra, dzisiejsza nie była byle porażką – i to nie tylko dlatego, że sześciu meczów z rzędu ten klub nie przegrał jeszcze nigdy w historii.

    Ironia, sarkazm, złośliwe docinki wydają się więc równie na miejscu jak beznamiętne analizy rozpadu, zestawiające go choćby z tamtym momentem, w którym po porażce 6:1 na St. James’ Park kończyła się inna tymczasowa kadencja na trenerskiej posadzie: ta Cristiana Stelliniego.

    Z drugiej strony tego, co zobaczyliśmy w ciągu pierwszych dwudziestu minut dzisiejszego meczu naprawdę nie da się z niczym porównać – i żadne ze słów nie wydaje się zbyt mocne. Wiele przeszedłem jako kibic Tottenhamu, pamiętam nie tylko tamtą katastrofę w Newcastle pod Stellinim, ale także 6:0 na Etihad pod wyrzuconym za sprawą tej porażki Andre Villas-Boasem w 2013, kiedy Lloris wpuścił pierwszego gola już w 14. sekundzie, czy wreszcie 2:7 z Bayernem w 2019 na koniec (pierwszego?) pobytu w klubie Mauricio Pochettino. Niby nic mnie już nie jest w stanie zdziwić. Zwolnienie trenera, który właśnie wygrał europejski puchar. Głupie czerwone kartki kapitanów drużyny. Mecze przechodzące do historii dzięki brakom celnego strzału czy xG poniżej 0,1. 

    Co różni dzisiejszy pogrom z rąk Atletico od tamtych, to oczywiście ta jedna trenerska decyzja, strach powiedzieć: jedyna decyzja, dzięki której pobyt Igora Tudora będzie w północnym Londynie pamiętany. Przedmeczowa decyzja o zmianie bramkarza na kogoś, kto po pierwszym kwadransie meczu trzy razy wyjmował piłkę z siatki, z czego dwukrotnie po własnych błędach – błędach zaiste kuriozalnych. Decyzja, która – wiele na to wskazuje – łamie karierę chłopca uważanego jeszcze czternaście miesięcy temu za jeden z większych talentów na tej pozycji w Europie.

    Przyznajmy: po tym, co obejrzeliśmy w ciągu kilkunastu występów Antonina Kinsky’ego w Tottenhamie niewiele wskazywało na jej sensowność. Kiedy Czech dostawał szansę od Postecoglou i Franka (albo kiedy łatał dziury, w przypadku kontuzji Vicario), popełniał błędy, przepuszczał strzały, które Włoch zwykł bronić. Wydawało się, że lepiej od kolegi gra nogami… dziś nikt już tak nie powie i jedyne, o czym można myśleć w kontekście występu Kinsky’ego, to jego dobrostan psychiczny po blamażu, który dokonał się na oczach całej Europy, i którego konsekwencją była zmiana już w 16. minucie. Może to też zresztą jest dla Tottenhamu typowe, że niewątpliwy komizm sytuacji niebezpiecznie blisko sąsiaduje z potencjałem tragedii.

    W okrutnym tekście, opublikowanym na łamach „Guardiana” zaledwie cztery dni temu, Barney Ronay ironizował na temat zatrudnienia przez klub Igora Tudora, że bazowanie wyłącznie na marce Chorwata jako specjalisty od wyciągania drużyn w kłopotach przypomina logikę zatrudniania trenera tylko dlatego, że nosi brązowy płaszcz, a najlepsi trenerzy noszą brązowe płaszcze, albo dlatego, że kiedyś już zdarzyło mu się w marcu pokonać drużynę grającą w niebieskich koszulkach. Na podobnej zasadzie wypada ocenić przecież nie tylko tę dzisiejszą zmianę obsady bramki Tottenhamu, ale i inne chaotyczne ruchy Chorwata. Odsyłanie na ławkę i przywoływanie z ławki Simonsa i Gallaghera, Souzy i Tela, Kolo Muaniego i Palhninhi. Zmiany ustawienia z trójki na czwórkę obrońców. Przerzucanie Graya z miejsca na miejsce po całym boisku. Desperackie, chaotyczne próby poprawienia czegokolwiek, ale sprawiające wrażenie podejmowanych w oparciu o rzut monetą czy o losowanie kart z talii tarota, nie zaś w oparciu o przynajmniej średnioterminową strategię. Nawet schodzącego z boiska Czecha nie potrafił dziś pocieszyć, zrobić jakiś gest, zachęcić do pozostania na ławce, gdy załamany młodzian schodził prosto do szatni.

    Kinsky’emu wypada współczuć. Mniej zrozumienia można mieć do Micky’ego Van de Vena (winowajca drugiego gola) i kilku pozostałych piłkarzy, którzy chyba źle dobrali obuwie, bo przez cały mecz się ślizgali. Najmniej jednak empatii budzą klubowi właściciele i zarządcy, którzy nie zareagowali na objawy kryzysu zmianą trenera już w listopadzie, którzy przespali zimowe okienko transferowe, a potem zatrudnili szkoleniowca, pod którym Tottenham prezentuje się jeszcze gorzej niż pod Thomasem Frankiem. Jeśli miałbym sobie pozwolić na jakiś, nienajlepszy zresztą greps w puencie, to powiem, że następny poślizg będzie poślizgiem do Championship.

    Wrócę do tematu. Na razie czekam na pożegnalną konferencję prasową szkoleniowca, o którym piszę po raz pierwszy, ale chyba ostatni. Nie będę tęsknił.