Guardiola i Gaudi: szkic do pożegnania

Pewnego dnia będzie musiał zdjąć nogę z gazu albo się pochoruje – to Cruyff o Guardioli, cytat pochodzi jeszcze z 2009 r. Właściwie jest rzeczą niebywałą, że po tym, jak zdejmował nogę z gazu w Barcelonie (po czterech sezonach) i w Monachium (po trzech sezonach), w Manchesterze wytrwał aż dziesięć lat. Jasne: przychodził do klubu, zbudowanego na jego obraz i podobieństwo, a zanim szejkowie go sprowadzili, zatrudnili jego katalońskich druhów, by przygotowali mu drogę. Jasne: spełniano wszystkie jego życzenia, miał niebywały komfort pracy, zaufanie, nawet prawo do pomyłek na rynku transferowym; jak się nie udało z Claudio Bravo, sprowadził Edersona itd. Jasne: niepewność co do rozstrzygnięcia sprawy ze 115 zarzutami utrudniała decyzję o odejściu, a i ubiegłoroczny kryzys bardzo chciał pewnie zostawić za sobą. Ale nadal: dziesięć lat w jednym miejscu, setki meczów i treningów, konferencji prasowych i podróży, nawet dla człowieka obsesyjnie próbującego wymyślić futbol na nowo musiało być doświadczeniem wyniszczającym. Wiemy zresztą, że ceną owego pościgu za doskonałością był także ubiegłoroczny rozpad trwającego trzydzieści lat związku.

Napisałem o nim w tym czasie dziesiątki stron i dalibóg: nie mam ochoty przestawać. Jest dla współczesnego futbolu najważniejszym punktem odniesienia. W próbach konfrontacji z nim minęło życie całego pokolenia trenerów (niektórzy, jak Jurgen Klopp, niezwykle na tym skorzystali, a i on umiał uczyć się w trakcie tej rywalizacji), kolejne pokolenie wychował. O piłkarzach, którym otworzył oczy na dyscyplinę, którą uprawiają, wspominać nie ma co: nie chodzi tylko o to, że z najlepszymi pracował – najlepszych tworzył. 

Zdarzało mu się spektakularnie mylić, w jakimś konkretnym meczu przekombinowywać, wynajdywać o jedno nowe rozwiązanie za dużo – ale to też było powodem do niesłabnącego zainteresowania jego wizją: przekleństwo geniuszy polega wszak na tym, że widzą zbyt wiele możliwości i niekiedy najprostsza nie wydaje im się wcale najwłaściwsza. Z drugiej strony: geniusze nie umieją pozostawać na dłużej przy formule, która gwarantowała im sukces do tej pory. Chyba za to podziwiałem go najbardziej; chyba to było najważniejszym powodem, dla którego utrzymywał się na szczycie tak długo.

Odejdzie z nutą niedosytu: Ligi Mistrzów kolejny raz nie wygrał, po mistrzostwo Anglii zapewne kolejny raz nie sięgnie. Można powiedzieć, że jak Antonio Gaudi: nie dokończył dzieła.

Ale czy niedokończone nie wydawało się właśnie najpiękniejsze?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *