Sprawa Manchesteru City: czy jest na tym świecie sprawiedliwość?

Ale wiecie co, najciekawszy w tym wyroku na City, wydaje mi się nasz szok i niedowierzanie. Oraz stojąca za nimi niewiara w to, że klub sponsorowany przez petromocarstwo, zatrudniający nie tylko najlepszych trenerów i piłkarzy, ale też najlepszych prawników świata, może usłyszeć sprawiedliwy wyrok; sprawiedliwy, czyli adekwatny do skali rzeczywistych naruszeń.

O to, że ich sukces stoi na tych wszystkich naruszeniach, że futbolowe imperium (drużynę i akademię, ośrodek treningowy, stadion – naprawdę potężny kawałek manchesterskiej rzeczywistości) budowano dzięki ostentacyjnemu lekceważeniu obowiązujących w tym świecie przepisów i dzięki pieniądzom, o których nie można powiedzieć, że były płacone pod stołem tylko dlatego, że pod stołem takie góry forsy nie zdołałyby się nigdy zmieścić, nikt się przecież serio nie spiera, tak jak nikt się serio nie spiera, dajmy na to, nad kwestią, czy rosyjski prezydent jest wojennym zbrodniarzem.

Po prostu żyjemy w świecie, w którym milcząco przyjmuje się założenie, że możnym wolno więcej i możni pozostają bezkarni, bo są zbyt potężni i przecież kiedyś znów trzeba będzie robić z nimi interesy. Futbol jest lustrem otaczającej nas rzeczywistości także w tym sensie, że oglądaliśmy go, komentowaliśmy i kibicowaliśmy z pełną świadomością, że pieniądze, które pochłonęły alchemiczne retorty Pepa Guardioli, są znaczone. Myśmy wiedzieli, że City może więcej, niż – dajmy na to, Tottenham czy Arsenal, a już na pewno Crystal Palace lub Luton, tak jak więcej wolno Donaldowi Trumpowi. I dziś też jesteśmy wystarczająco duzi, żeby rozumieć, że ewentualna kara dla tego klubu może mieć międzynarodowe implikacje, np. w relacjach Wielkiej Brytanii ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. I że dla interesów Premier League zbyt srogi wyrok również nie jest opłacalny, no bo jak to: sprzedawać taki fajny produkt bez drużyny, która przewodzi w tabeli, ma Haalanda, Donnarummę oraz tyle innych gwiazd i gwiazdeczek. I że jakiekolwiek kary finansowe, a nawet zakazy transferów (przy obecnym sytuacji kadrowej City i jakości klubowej akademii) nie będą tak naprawdę dotkliwe.

To jest niby przyjemny moment, trudno zaprzeczyć. Puszczam sobie tyradę, jaką wcielający się w młodego Briana Clougha w „Damned United” Michael Sheen wygłasza do piłkarzy Leeds. Fantazjuję o tych momentach niepewności, jakie może jednak dopadają czasem jednego czy drugiego szejka (ale napisawszy te słowa szybko jednak mam ochotę je skreślić, bardziej już ciekaw jestem reakcji tak chętnie moralizującego w sprawach pozafutbolowej rzeczywistości Pepa Guardioli). Z rozkoszą oglądam memy, które przenoszą graczy City na błotniste boiska drużyn z dołu ligowej piramidy. Ale kiedy czytam esemesa od przyjaciela, że trzyma kciuki za sprawiedliwy wyrok, bo od niego zależy przyszłość całej tej kopaniny, nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Z jednej strony przecież całym sercem się z nim zgadzam, a z drugiej, strach powiedzieć głośno, nie wierzę w sprawiedliwość, i bardzo się boję, że to nie współczesny świat kazał mi tak myśleć, a futbol właśnie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *