Tag: Transfery

  • Sprawa Manchesteru City: czy jest na tym świecie sprawiedliwość?

    Ale wiecie co, najciekawszy w tym wyroku na City, wydaje mi się nasz szok i niedowierzanie. Oraz stojąca za nimi niewiara w to, że klub sponsorowany przez petromocarstwo, zatrudniający nie tylko najlepszych trenerów i piłkarzy, ale też najlepszych prawników świata, może usłyszeć sprawiedliwy wyrok; sprawiedliwy, czyli adekwatny do skali rzeczywistych naruszeń.

    O to, że ich sukces stoi na tych wszystkich naruszeniach, że futbolowe imperium (drużynę i akademię, ośrodek treningowy, stadion – naprawdę potężny kawałek manchesterskiej rzeczywistości) budowano dzięki ostentacyjnemu lekceważeniu obowiązujących w tym świecie przepisów i dzięki pieniądzom, o których nie można powiedzieć, że były płacone pod stołem tylko dlatego, że pod stołem takie góry forsy nie zdołałyby się nigdy zmieścić, nikt się przecież serio nie spiera, tak jak nikt się serio nie spiera, dajmy na to, nad kwestią, czy rosyjski prezydent jest wojennym zbrodniarzem.

    Po prostu żyjemy w świecie, w którym milcząco przyjmuje się założenie, że możnym wolno więcej i możni pozostają bezkarni, bo są zbyt potężni i przecież kiedyś znów trzeba będzie robić z nimi interesy. Futbol jest lustrem otaczającej nas rzeczywistości także w tym sensie, że oglądaliśmy go, komentowaliśmy i kibicowaliśmy z pełną świadomością, że pieniądze, które pochłonęły alchemiczne retorty Pepa Guardioli, są znaczone. Myśmy wiedzieli, że City może więcej, niż – dajmy na to, Tottenham czy Arsenal, a już na pewno Crystal Palace lub Luton, tak jak więcej wolno Donaldowi Trumpowi. I dziś też jesteśmy wystarczająco duzi, żeby rozumieć, że ewentualna kara dla tego klubu może mieć międzynarodowe implikacje, np. w relacjach Wielkiej Brytanii ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. I że dla interesów Premier League zbyt srogi wyrok również nie jest opłacalny, no bo jak to: sprzedawać taki fajny produkt bez drużyny, która przewodzi w tabeli, ma Haalanda, Donnarummę oraz tyle innych gwiazd i gwiazdeczek. I że jakiekolwiek kary finansowe, a nawet zakazy transferów (przy obecnym sytuacji kadrowej City i jakości klubowej akademii) nie będą tak naprawdę dotkliwe.

    To jest niby przyjemny moment, trudno zaprzeczyć. Puszczam sobie tyradę, jaką wcielający się w młodego Briana Clougha w „Damned United” Michael Sheen wygłasza do piłkarzy Leeds. Fantazjuję o tych momentach niepewności, jakie może jednak dopadają czasem jednego czy drugiego szejka (ale napisawszy te słowa szybko jednak mam ochotę je skreślić, bardziej już ciekaw jestem reakcji tak chętnie moralizującego w sprawach pozafutbolowej rzeczywistości Pepa Guardioli). Z rozkoszą oglądam memy, które przenoszą graczy City na błotniste boiska drużyn z dołu ligowej piramidy. Ale kiedy czytam esemesa od przyjaciela, że trzyma kciuki za sprawiedliwy wyrok, bo od niego zależy przyszłość całej tej kopaniny, nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Z jednej strony przecież całym sercem się z nim zgadzam, a z drugiej, strach powiedzieć głośno, nie wierzę w sprawiedliwość, i bardzo się boję, że to nie współczesny świat kazał mi tak myśleć, a futbol właśnie.

  • Where we go: cztery myśli na zamknięcie okienka transferowego

    Jeszcze nigdy w historii futbolu nie wydano tylu pieniędzy jednego lata: łącznie 6,5 miliarda funtów w pięciu czołowych ligach Europy. Rozmowa o tym, który klub najbardziej się wzmocnił albo który zarobił najwięcej, mija się jednak z celem. Cały ten ambaras służy czemuś innemu.

    1. Naprawdę lubiłem piłkę nożną, wiecie: taki sport, w którym gra się po jedenastu i w którym chodzi o strzelanie goli. Uspokajał mnie zielony kolor murawy i wyrysowane na niej białe linie. Uwielbiałem odgłos futbolówki uderzającej o siatkę. Cieszyły mnie leniwe rozmowy na trybunach, zanim jeszcze drużyna wyszła na rozgrzewkę: kto zagra i czy może któryś z młodych wychowanków dostanie szansę debiutu. Z czasem zacząłem również doceniać ponure dyskusje pomeczowe: dlaczego znów przegrali i czy przypadkiem trener się nie pomylił, eksperymentując z trójką obrońców i wahadłowymi, zamiast postawić na stare poczciwe 4-4-2. W trakcie samego meczu lubiłem nudę powoli rozwijających się akcji, które śledziłem jednak niezwykle pilnie w przekonaniu, że jeśli choć na chwilę odwrócę wzrok, może mnie ominąć coś bardzo ważnego.

    Nuda, to jest to słowo. Słowo tak złowrogie dla możnych tego świata, przekonanych najwyraźniej, że pokolenia wychowane już w sieci, przyzwyczajone do zmieniającego się nieustannie na ekranie feedu, potrzebują pobudzeń szybszych, intensywniejszych, a przede wszystkim częstszych niż te, które zapewni jakiś tam mecz.

    A to już nie jest tylko kwestia modyfikacji przepisów czy uatrakcyjnienia telewizyjnych transmisji (kto patrzył latem na Klubowe Mistrzostwa Świata, ten wie), to już nie tylko kwestia handlu koszulkami lub kolekcjonerskimi kartami z wizerunkami piłkarzy, wprowadzanymi na rynek tak szybko, że w zasadzie nie sposób wypełnić albumu z jednego sezonu, albo gier typu fantasy – to przede wszystkim kwestia transferów.

    2. Nie jestem oczywiście aż tak odklejony, by kwestionować ich potrzebę. Zawodnicy się starzeją i łapią kontuzje, nawet zwycięskie kluby – wiedział to znakomicie sir Alex – muszą co jakiś czas pozbyć się gwiazdy czy dwóch, żeby utrzymać pozostałych w stanie uniemożliwiającym spoczęcie na laurach.

    Nie mogę jednak nie zauważyć, że rynek transferowy – rynek tyleż realnego handlu między klubami, co towarzyszących temu plotek oraz (co naprawdę nie jest tu bez znaczenia) zakładów, w których można obstawić, kto zmieni barwy klubowe – przyciąga uwagę konsumentów futbolowej rozrywki w stopniu porównywalnym z tym, jaki budzą mecze jako takie, a czasami może nawet w stopniu większym.

    Jednym z najważniejszych dostarczycieli futbolowego, przepraszam za wyrażenie, kontentu, stał się w związku z tym Fabrizio Romano, którego „Here We Go” to bodaj najpopularniejszy dziś branżowy slogan, on sam zaś jest postacią pojawiającą się nawet w reklamach tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, nie mówiąc o oficjalnej komunikacji coraz większej liczby klubów.

    Oczywiście trudno nie podziwiać człowieka, którego – w ogromnej większości wiarygodne – informacje z transferowego cyrku wyprzedzają wieści dostarczane przez tradycyjne media. Trudno też nie opisywać samego rynku transferowego, wciąż nie do końca okiełznanego przez reguły PSR i FFP, zważywszy np. na aktywność takiej Chelsea. Patrząc jednak na sposób, w jaki choćby klub z zachodniego Londynu co pół roku pozbywa się piłkarzy, których dopiero co sprowadził, trudno nie stawiać pytań o pozafutbolowy kontekst całego tego cyrku.

    3. W listopadzie 2024 r. na łamach „The Atlantic” ukazał się tekst Annie Lowrey o zjawisku tzw. bro-economy. W świecie, którego postać zmieniał podówczas polityczno-ekonomiczny sojusz Muska i Trumpa, w świecie młodych mężczyzn fantazjujących o pójściu w ich ślady, furorę zaczął robić całkowicie nowy sposób myślenia o zdobyciu fortuny – sposób oparty o aplikacje do szybkiego inwestowania na giełdzie, grę w kasynach online czy handel kryptowalutami. Sposób, dla którego kluczem była i jest skłonność do ryzyka, łudząca niecierpliwych klientów obietnica łatwego zarobku, a przede wszystkim uzależnienie od kolejnych dawek dopaminy; dodajmy na marginesie, że wspomniane aplikacje, kryptowaluty, kasyna i strony bukmacherskie są obecne w świecie futbolu za sprawą wszechobecnego sponsoringu.

    Przyznam, że Lowrey dała mi klucz do patrzenia na zamknięte właśnie okienko. Ciężka praca na treningu? Metodyczne stawianie na rozwój młodych talentów w akademii? Sami słyszycie, jak to nieefektownie brzmi w porównaniu z entuzjastycznym „Here We Go!” rudobrodego włoskiego influencera, powtarzanego stale i wciąż w mediach społecznościowych, opatrzonego emotikonami i generowanymi przez AI fotografiami zmieniających barwy zawodników w koszulkach swoich kolejnych klubów. Przecież nie tylko Fabrizio Romano korzysta na całym tym zamieszaniu: korzysta cały futbolowy świat, hodujący niewolników dopaminy, to jest, najmocniej przepraszam, konsumentów i klientów (dawniej: kibiców).

    4. Po europejskim niebie latały przez ostatnie dni dziesiątki awionetek, z których agenci zawodników wysyłali do Fabrizio Romano zdjęcia swoich podopiecznych. Ilu z nich za rok będzie nadal w miejscu, do którego właśnie zmierzali? Dla ilu przeprowadzka oznaczała sportową szansę? Ilu z ich nowych pracodawców sprowadzało ich z myślą o sportowym sukcesie drużyny, a nie po prostu dlatego, żeby interes się kręcił, a konsument i klient (dawniej: kibic) był zadowolony? Ilu niewolników dopaminy zresztą znajduje się także wśród ludzi decydujących o transferach?

    Z tej perspektywy najważniejszym wydarzeniem tegorocznego okienka było dla mnie niepowodzenie, jakie poniósł Tottenham przy próbie wykupienia z Nottingham Forest Morgana Gibbsa-White’a. I nie chodziło mi o to, jak bardzo ów pomocnik pasowałby do drużyny, której kibicuję, tylko o to, co powiedział, kiedy transfer spalił na panewce: że wraz ze swoją partnerką czekali na drugie dziecko, że w ciąży pojawiły się powikłania i że nie chciał narażać swoich najbliższych na dodatkowy stres.

    Tam w tych awionetkach, na lotniskach, a potem w ośrodkach treningowych, z koszulkami nowych klubów w dłoni, przy stolikach z długopisami, pozują do zdjęć prawdziwi ludzie, których życie właśnie kolejny raz wywróciło się do góry nogami. Pomyślmy o tym przez chwilę, kiedy zamknięte okienko ograniczy nam nieco liczbę dopaminowych strzałów.

  • Taksówka dla Ezego

    Ale przecież to wszystko już było i doprawdy: nie powinienem się aż tak bardzo przejmować. W 1997 roku ówczesny prezes Tottenhamu Alan Sugar zapłacił nawet Emmanuelowi Petit za taksówkę, którą ten zamiast do hotelu pojechał do domu Arsene’a Wengera, by ze swoim dawnym szefem z Monaco dopiąć podpisanie kontraktu z Arsenalem. Podobnie było w sierpniu 2013 roku, kiedy sprowadzany z Anży Machaczkała Willian przeszedł nawet w Tottenhamie badania lekarskie, ale medialny hałas wokół jego przyjazdu sprawił, że podkupiła go Chelsea, a Jose Mourinho wygłaszał następnie dobre rady dla rywali, by podobne transakcje prowadzili w większym sekrecie.

    Wszystko już było, łącznie z uprzejmym pismem, jakie przechodzący z Barcelony do Milanu Rivaldo wysłał do Daniela Levy’ego i Glenna Hoddle’a, a ci opowiadając o tym publicznie narazili się na śmieszność, bo zostali w ten sposób twarzami klubu, w którym zamiast piłkarza klasy światowej pojawia się podpisana przezeń kartka papieru. Na liście transferowych fiask Tottenhamu mamy też spóźnione o kilka minut w ostatnim dniu okienka transferowego latem 2012 r. dopięcie umowy z Porto o Joao Moutinho, niepodpisany w 2019 r. kontrakt z Paulo Dybalą, z którym nie dogadano się w kwestii praw do wizerunku, niepoważną ofertę złożoną Aston Villi za Jacka Grealisha – chociaż tyle, że niepowodzenie z transferem Saidiego Berahino z WBA skłoniło klub do sprowadzenia z Bayeru Leverkusen pewnego obiecującego Koreańczyka.

    Co łączy te sprawy, oprócz dość oczywistej – i stosującej się także do Eberechiego Eze – kwestii, że piłkarz, którego Tottenham chciał kupić, zwyczajnie wolał kontynuować karierę gdzie indziej? Bądźmy zresztą uczciwi: dla Petita czy Williana (o Grealishu, który miał wkrótce przejść do Manchesteru City, nie wspominając…) decyzja o nieprzejściu do Tottenhamu okazała się słuszna. I zapewne słuszna będzie również w przypadku Eze, bo dzięki takiemu wzmocnieniu Arsenal umocni swoją pozycję wśród faworytów do wygrania Premier League w tym sezonie.

    Otóż łączy te sprawy kunktatorstwo prezesa Levy’ego, który – z pewnością kierując się szlachetnymi pobudkami pilnowania klubowych finansów – pozwala, by transferowy cel wymknął mu się z rąk. Mimo iż od zakończonej niepowodzeniem próby wykupienia z Nottingham Forest Morgana Gibbsa-White’a minęło aż 28 dni, a od kontuzji Jamesa Maddisona – dni 17, do poważnych rozmów z Crystal Palace przystąpił dopiero 9 dni temu. Zgoda: karty miał nienajlepsze, sprzedawca wiedział (po rozmowach z Gibbsem-Whitem), że ma pieniądze i (po kontuzji Maddisona) że jest zdesperowany. Ale zdesperowanemu po kontuzji Havertza Arsenalowi sfinalizowanie transakcji zajęło kilka godzin. Dziś, kiedy o każdym ruchu transferowym klubowe źródła i agenci zawodników informują Fabrizio Romano i jemu podobnych niemal w czasie rzeczywistym, nie da się przeprowadzać transakcji tak, jak chciałby to robić Daniel Levy.

    Co w tym wszystkim najsmutniejsze: pieniądze będzie musiał wydać i tak, choćby dla uspokojenia rozwścieczonej bazy kibicowskiej. Problem w tym, że nie znajdzie już na rynku piłkarza tej klasy, co Eberechi Eze – dzięki swojej fantazji i kreatywności tak bardzo pasującego do klubowego etosu. W sumie to też już było, już raz na tym blogu pisałem tekst pod tytułem „Miałeś, Daniel, złoty róg”, zastanawiając się, czy piejący w dramacie Wyspiańskiego kogut nie pochodził aby z klubowego herbu. W „Weselu”, mimo rozpaczliwych wołań Jaśka, nikt się nie zbudził – i tutaj też tak będzie.

  • Daleki strzał Krzysztofa Piątka

    Nigdy wcześniej nie widziała na mojej twarzy takiego grymasu (nigdy później, dodajmy, również). Był czwartkowy poranek 1 września 2005 roku, nie mieliśmy jeszcze dzieci, a w redakcji miałem jakieś spotkanie dopiero koło jedenastej, więc żadne z nas nie spieszyło się ze wstawaniem, zwłaszcza że poprzedniego dnia wieczorem zamykało się okienko transferowe i do samego końca (za chwilę się okaże, czy faktycznie do końca) sprawdzałem najświeższe wieści z Londynu. Pamiętam, że położyłem się spać zadowolony: to było okienko, w którym do Tottenhamu przyszedł Edgar Davids, a wcześniej między innymi młodziutki Aaron Lennon, ostatniego dnia zaś prezes postanowił dorzucić Martinowi Jolowi jeszcze Jermaine’a Jenasa i koreańskiego lewego obrońcę Lee Young-Pyo. Mieszkaliśmy wtedy na Emaus, blisko Rudawy, przez okna wpadało słońce, dzień zapowiadał się naprawdę przyjemnie, coś mnie jednak podkusiło, by w drodze pod prysznic włączyć komputer i sprawdzić, jak na kibicowskich forach komentuje się transfer Jenasa: czy ów złoty niegdyś młodzieniec i ulubieniec sir Bobby’ego Robsona może odzyskać na White Hart Lane pełnię formy? Twittera jeszcze nie było, wieści nie roznosiły się aż tak błyskawicznie, więc chwilę mi zajęło, zanim przeczytałem, że późną nocą Tottenham sfinalizował jeszcze jeden zakup.

    Jaki to był grymas? Podobno miałem twarz zupełnie stężałą, jakby dotknął mnie stupor. Nie poruszałem się i nie mówiłem, nie reagowałem na wypowiadane do mnie słowa, miałem wzrok utkwiony w jednym punkcie: w ekranie komputera, na którym czytałem opinię Martina Jola, że Grzegorz Rasiak to wysoki i ciężko pracujący snajper z dobrymi statystykami strzeleckimi, regularnie występujący w reprezentacji Polski, który ma szansę sprawdzić się także w północnym Londynie.

    Byłem naprawdę przerażony. Nie chodziło o stosunek do samego piłkarza, który w Championship faktycznie radził sobie całkiem nieźle i z którego żarty części polskiej publiki przyjmowałem bez cienia sympatii. Chodziło o obawę, że moje intymne hobby zacznie nagle podzielać cały naród, że mój blisko dwudziestoletni już związek z Tottenhamem zacznie być traktowany jako rodzaj sezonowej mody, no i że koledzy z redakcji będą się teraz ze mnie nabijać po każdym przegranym meczu.

    Piszę o tym dzisiaj i sam widzę, ile się zmieniło: ów dobijający się wówczas do europejskich pucharów angielski średniak o świetnej przeszłości, któremu zacząłem kibicować w drugiej połowie lat osiemdziesiątych minionego stulecia, zdołał przebić niejeden rozpościerający się nad nim sufit. Zaczął regularnie grać w Lidze Mistrzów (wtedy rzecz niemal nie do wyobrażenia; Martin Jol był pierwszy, który otarł się o awans, ale zatruta lazanią drużyna straciła szansę w ostatniej kolejce), ba: przed rokiem wystąpił nawet w finale, raz czy drugi próbował walczyć o mistrzostwo Anglii, wybudował nowy stadion i finansowo zaczął gonić najbogatsze kluby kontynentu, zatrudnił podupadłego nieco, ale wciąż jednego z najgłośniejszych trenerów świata, w dodatku na miejsce szkoleniowca, którego autobiografia ukazała się także nad Wisłą. Nie, to już od dawna nie jest intymne hobby i także dlatego ewentualne pojawienie się Krzysztofa Piątka w północnym Londynie nie będzie dla mnie żadną traumą.

    Oczywiście, oczywiście: w pierwszym rzędzie nie będzie ono traumą dlatego, że w moim kibicowaniu osiągnąłem już chyba stan niejakiej dojrzałości i nawet bezpośredni powód tego transferu, czyli kontuzję i operację Harry’ego Kane’a, przyjąłem jak ktoś, kto z niejednym takim ciosem musiał się pogodzić (nawiasem mówiąc: znacie chyba to nieco dwuznaczne uczucie, w którym smutek na wieść o czyimś urazie wiąże się z ekscytacją związaną ze zwiększeniem szans na granie jakichś młodych zdolnych zawodników z zaplecza). W drugim rzędzie zaś, samo sprowadzenie Piątka do Tottenhamu prowadzonego przez Jose Mourinho wydaje się zwyczajnie sensowne. Jakkolwiek głośno Portugalczyk deklarowałby, że się zmienił i że w nowym klubie szuka formuły odpowiadającej nowym podopiecznym, nie wydaje się przecież, że nagle porzuci wszystkie swoje trenerskie pryncypia i zacznie na przykład układać skład pełen „fałszywych dziewiątek”. Nawet w pierwszym meczu pod nieobecność Kane’a jego obrońcy wciąż grali długie piłki do Sona czy Moury i nawet w jego trakcie Brazylijczyk zdobył bramkę głową po dośrodkowaniu Auriera. Najprościej mówiąc: drużyny Mourinho zawsze potrzebowały klasycznej „dziewiątki”.

    Dalej: ze zdrowiem Kane’a z sezonu na sezon jest gorzej. Przerwy Anglika w grze są coraz dłuższe, a stan jego ścięgien i kostek – coraz bardziej niepokojący. Niewykluczone, że będzie tak również w przyszłości: że sprowadzony do klubu Piątek nie musi zakładać, że będzie dostawał szansę tylko w końcówkach i mniej ważnych meczach pucharowych. Niewykluczone także, że rola samego Kane’a będzie ewoluowała: że Anglik chętniej będzie grał nieco dalej od bramki, wykorzystując swój talent do gry kombinacyjnej i pracując na bramki kolegów. Już nie mówię o tym – to najdalszy strzał – że po tylu kryzysach i przesileniach w klubie on także może zacząć myśleć o przeprowadzce do innej drużyny, może w lidze mniej dla jego zdrowia wymagającej.

    To naprawdę najdalszy strzał. Najpierw Krzysztof Piątek musi w ogóle przyjść do Tottenhamu. Potem: przypomnieć sobie szalony czas ubiegłego sezonu, w którym wychodziło mu wszystko – bo w tym rozczarowuje, jak zresztą cały Milan. Tyle że to samo można, niestety, powiedzieć o Tottenhamie. Czy z dwóch minusów można zrobić plus w piłce nożnej? Czy nowy początek, nowi koledzy, nowy – sensowniejszy niewątpliwie – trener pozwoli Polakowi odzyskać radość strzelania bramek? O tym, jak bezlitosną ligą jest Premier League przekonywało się już wielu zawodników sprowadzanych do Tottenhamu, z napastników można by wymienić nie tylko Grzegorza Rasiaka, ale także np. Serhija Rebrowa. Od początku sezonu wielkie kłopoty z aklimatyzacją ma najdroższy zawodnik w historii klubu, Tanguy Ndombele. Generalnie: proces przebudowy tej drużyny powinien był się zacząć jakieś półtora roku temu, jej najlepszy czas minął i wszystko wskazuje na to, że samo zatrudnienie Mourinho nie rozwiązało żadnego z klubowych problemów. Te najważniejsze wiążą się zresztą nie z kontuzją środkowego napastnika, ale z dezorganizacją gry defensywnej i brakiem kreatywności w środku pola oraz idącą w ślad za tym utratą tożsamości, która za najlepszych czasów Mauricio Pochettino opierała się na szybkości, wytrzymałości i pressingu (nie mówię już o tym, że z co najmniej kilkoma ważnymi piłkarzami klub chciałby się pożegnać, a kilku chciałoby odejść samemu – to zresztą powód, dla którego osobiście spodziewałbym się, że negocjacje z Milanem mogą trochę potrwać i prezes Levy spróbuje w ramach umowy opchnąć Włochom np. Victora Wanyamę).

    Jeżeli Krzysztof Piątek przyjdzie do Tottenhamu, trafi na plac budowy. Wygląd fasady remontowanego obiektu niewątpliwie się poprawi (niewątpliwie też lepiej będzie wyglądał w serialu Amazonu), problem w tym, że fundamenty, elektryczność i kanalizacja też są do remontu.

  • Rooney, czyli mężczyzna po przejściach

    Jako człowiek z gruntu sentymentalny i pełen naiwnej wiary w świat oraz ludzi nie mam najmniejszej ochoty formułować pryncypialnych potępień Kyliana Mbappe, Ousmane’a Dembele, Philippe’a Coutinho i tylu innych młodych piłkarzy, którzy uwierzyli nagle, że na innych boiskach trawa jest bardziej zielona, a jeśli nie bardziej zielona, to bardziej soczysta i niewątpliwie pożywniejsza. Nie myślę ani przez chwilę pisać o pazerności czy nielojalności, nie myślę szukać winnych w chciwych agentach albo szukających sensacji mediach. Kiedy tylko wzmaga się we mnie fala wzburzenia na to najbardziej nieprzyjemne oblicze współczesnego futbolu, myślę o Rooneyu. (więcej…)

  • Okienko transferowe: czasami lepiej nie kupić

    Forsy mają, dzięki ostatniemu kontraktowi telewizyjnemu, jak lodu, zresztą nawet gdy mieli jej mniej, wcale nie przeszkadzało im to w transferowym szaleństwie. A przecież kluby Premier League zachowują się podczas kolejnego już zimowego okienka zdecydowanie rozsądniej niż dawnymi czasy. Lepiej nie nabierajcie się więc na cały ten medialno-społecznościowy cyrk, który rozpęta się jutro od wczesnych godzin rannych – z grubych, ponad dwudziestomilionowych transferów, w najlepszym razie klub zmieni jakiś niemieszczący się w składzie WBA Berahino, może też w Anglii pojawią się kolejne sprowadzone za kilkanaście milionów funtów postaci, przy których nawet nienajgorzej zorientowani w światowym rynku piłkarskim dziennikarze zmuszeni są korzystać z usług Google’a (Oumar Niasse w Evertonie?), poza tym oczywiście dojdzie do licznych wypożyczeń. Gdzieś komuś wypadł na parę miesięcy z powodu kontuzji kluczowy obrońca, gdzieś podstawowy napastnik gra tak dużo, że rozsądniej byłoby zabezpieczyć się na wypadek kontuzji, gdzieś z kolei niemieszczący się w składzie ambicjoner psuje atmosferę w szatni… (więcej…)

  • Trzy myśli po Pucharze Anglii

    1. Historia się nie powtarza

    Przeczytałem gdzieś po sobotnim meczu Manchesteru United, że gol Rooneya z doliczonego czasu gry mógł być dla Louisa van Gaala „momentem Marka Robinsa” – chodzi o bramkę, którą piłkarz o tym nazwisku zdobył dla MU podczas meczu Pucharu Anglii z Nottingham Forest w styczniu 1990, zapewniając drużynie awans do następnej rundy i – wedle powszechnej wiedzy – ratując tym samym Aleksa Fergusona, będącego właśnie w trakcie czwartego sezonu bez wielkich sukcesów w klubie, przed zwolnieniem z pracy. Otóż ośmielam się wątpić. Nawet zdobycie w tym sezonie Pucharu Anglii i obronienie miejsca w pierwszej czwórce nie wystarczy, by obronić pozycję Louisa van Gaala. W spotkaniu z drugoligowym Sheffield United na oddanie przez swoich ulubieńców celnego strzału fani z Old Trafford musieli czekać 70 minut – nawet piłkarze MU, jak powiedział Paul Scholes, sprawiali wrażenie znudzonych. Pomeczowa konferencja prasowa van Gaala, jego zaklęcia i tłumaczenia, a nawet mówienie, że potrzebuje kreatywnych piłkarzy, były jeszcze nudniejsze – marna pociecha… Wszystko to składa się na wyjątkowo kiepską reklamę jednego z największych przedsiębiorstw piłkarskich świata. Właśnie dotarło do mnie, że w spekulacjach o odejściu van Gaala nie chodzi o to, czy na trenerskiej giełdzie są akurat lepsze nazwiska, jakiś Mourinho czy jakiś Guardiola. Chodzi zwyczajnie o to, że w przypadku tak wielkiego klubu jak Manchester United sukcesy odnoszone bez stylu nie są żadnymi sukcesami. (więcej…)

  • Kiedy piłkarz traci głowę

    „Ma głowę gdzie indziej”, „jego stan psychiczny nie predestynował go do gry”, „mentalnie nie był przygotowany do występu”, „media i agenci kompletnie pomieszali mu we łbie” – te i podobne tłumaczenia słyszymy w ostatnich tygodniach i latach aż za często. Żeby nie szukać daleko – Saidi Berahino, którego trener odsunął od gry w dzisiejszym meczu WBA przeciwko Chelsea (a mało, cholera, brakowało, żeby i tym razem Tony Pulis urwał punkty Jose Mourinho…), czy David de Gea, trzymany poza składem Manchesteru United od początku sezonu. Nicolas Otamendi, proszący sztab szkoleniowy Valencii o zwolnienie z treningów przed transferem do MC. Raheem Sterling, odmawiający udziału w przedsezonowym tournée Liverpoolu. Morgan Schneiderlin, już przed rokiem próbujący wymusić od zarządu Southamptonu zgodę na odejście. Przykłady można mnożyć, mnie najmocniej w pamięć wrył się Dymitar Berbatow, absentujący się od gry w Tottenhamie przed rekordowym transferem do MU. (więcej…)

  • Czas nieodnaleziony

    Miałem tego nie robić, miałem nie ulec zbiorowej gorączce z powodów, które wyłuszczyłem na portalu Sport.pl (zobaczcie, jak szybko weryfikują się negatywnie wszystkie wróżby: właściwie jedną z najbardziej interesujących aktywności 31 stycznia mogłoby być wykreślanie z listy transferów zapowiadanych jako „pewne” tych, które nigdy nie dojdą do skutku), ale wpadam na chwilę posmucić się z Wami, bo na tę transakcję akurat po cichu liczyłem.

    Nie żeby stało się coś niezgodnego z tym, co napisałem wczoraj wieczorem. „Okoliczności nieprzewidziane”, brzmi jeden ze śródtytułów tekstu, a poniżej mowa o kontuzjach, które wyeliminowały na cały sezon Walcotta, Błaszczykowskiego czy Falcao. Właśnie tego ostatniego ma zastąpić w Monaco Dymitar Berbatow i jego transfer jest w najlepszym interesie wszystkich stron: francuski klub potrzebuje krótkoterminowego zastępstwa za Kolumbijczyka, a 33-letni już Bułgar może pokazać się pod słońcem południa, w otoczeniu nieco mniej wymagającym niż Premier League, znacząco powiększając przy tym swoje emerytalne oszczędności.

    Tottenham, oczywiście, porównywalnego kontraktu nie mógł mu zaoferować i – mimo rychłego odejścia Defoe’a do Toronto – nie mógł mu również, poza jednym czy dwoma meczami Ligi Europejskiej, zagwarantować zbyt wielu okazji do występów w pierwszym składzie. Trzeba być sentymentalnym durniem albo notorycznym graczem w Football Managera, żeby tego nie zauważać.

    Rzecz w tym, że jestem i jednym, i drugim. Co więcej: jestem też człowiekim, który w marcu 2007 roku, w 90. minucie słynnych derbów z West Hamem, kiedy rywale prowadzili jeszcze 3:2, a Berbatow szykował się do wykonania rzutu wolnego, ku zdziwieniu całej rodziny ukląkł przed monitorem i zaczął wygłaszać inwokację do bułgarskiego księcia, który przecież potrafi wszystko, nawet przerzucić piłkę nad murem.

    Berbatow trafił. I wtedy (chwilę później bramkę zdobył również Stalteri, a Tottenham wygrał ostatecznie 3:4), i jeszcze wiele razy – na przykład z karnego w finale Pucharu Ligi z Chelsea. Jego występ w lutym 2007 r. z Boltonem, kiedy piłkarze Martina Jola od 35. minuty w dziesiątkę bronili prowadzenia, a Bułgar całymi minutami utrzymywał się przy piłce, wybijając przeciwników z uderzenia, był może najlepszym, jaki widziałem w życiu, występem zawodnika grającego jako jedyny napastnik. Inna sprawa, że także niektóre mecze w duecie z Robbiem Keane’em (pamiętam, jak wspólnie dostawali nagrodę piłkarza miesiąca…) domagałyby się wzmianki; nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej i później obaj osiągnęli lepszy poziom sportowy.

    Niestety, nocy z 31 sierpnia na 1 września 2008 też długo nie mogłem zapomnieć. I długo nie mogłem wyprzeć z pamięci tego, co wydarzyło się w dniach ją poprzedzających: tego, jak Berbatow usiłował wymusić wymarzony (i rekordowy ostatecznie) transfer do Manchesteru United przez odmowę gry w meczach Tottenhamu. Skomplikowanych uczuć, jakich doświadczałem następnie obserwując Bułgara w czerwonej koszulce, nie upraszczał fakt, że nie wszystko szło mu jak z płatka. On sam mówił o presji rekordowego transferu, o nieprzespanych nocach i bólu, z jakim przyjmował miejsce poza składem w finałach Ligi Mistrzów. Chemii, jaką wyczuwaliśmy między Berbatowem a Keane’em, z Rooneyem nie udało się wytworzyć, w końcu na Old Trafford pojawił się van Persie i czteroletni pobyt Bułgara w Manchesterze oceniać musimy w kategoriach niespełnienia.

    W Fulham były już tylko momenty: najpiękniejsze przyjęcia piłki świata, podania i bramki, strzelane niemal od niechcenia (pamiętacie słynny T-shirt z napisem „Keep calm and pass me the ball”, który zaprezentował po zdobyciu jednej z nich?) i kierujące moje w myśli w stronę Swanna. Owszem: patrzyłem na Dymitara Berbatowa i słyszałem frazy Marcela Prousta, nie tylko ze względu na wrodzoną, by tak rzec, dandysowatość bułgarskiego napastnika, ale także na jego osobność i dystans do blichtru angielskiej ekstraklasy. Niestety jednak, choć francuski kierunek przeprowadzki wydaje się ułatwiać ciągnięcie tej analogii, ja już nie jestem zainteresowany. Chciałem, żeby Dymitar Berbatow wrócił do Tottenhamu nie dlatego, że – jak napisał niedawno na Twitterze Rafał Stec – mamy do czynienia z klubem biblijnym, który z otwartymi ramionami przyjął już niejednego syna marnotrawnego (oprócz Keane’a do klubu wracali Klinsmann, Sheringham czy Defoe…). Myślałem raczej, że jeśli jeszcze raz zobaczę go na White Hart Lane, założę ponownie koszulkę z jego nazwiskiem na plecach i odzyskam własne wspomnienia ze straconego czasu.

  • Trzy akapity na zamknięcie okna

    Trzy akapity, a właściwie trzy nazwiska, albowiem trzy osoby symbolizują dla mnie zatrzaśnięte wczoraj okno transferowe w Premier League. Żeby było jasne, żadna z nich nie jest piłkarzem. Osoba pierwsza: Franco Baldini, nowy dyrektor sportowy Tottenhamu. Osoba druga: Ed Woodward, nowy dyrektor wykonawczy Manchesteru United. Osoba trzecia: Ivan Gazidis, nie tak znów nowy dyrektor wykonawczy Arsenalu. Trzy nazwiska i trzy strategie: planowanie, chaos i cierpliwość.

    O zatrudnienie Baldiniego Andre Villas-Boas dopominał się już w trakcie poprzedniego sezonu, zbyt dobrze pamiętając frustrujące zabiegi Daniela Levy’ego, który niemal do ostatnich minut ubiegłorocznego letniego okienka usiłował sprowadzić do Tottenhamu Leandro Diamao i Joao Moutinho, w obu przypadkach dając się pokonać tykającemu zegarowi. Kiedy maj 2013 przyniósł rozczarowanie (Arsenal i tym razem okazał się lepszy, mimo rekordowej ilości punktów w historii występów Tottenhamu w Premier League), Villas-Boas zabrał drużynę na pokazowy mecz na Jamajce. Piłkarze mogli się wspólnie zrelaksować, omawiając przy okazji, co poszło nie tak, a trener i prezes odwiedzili właściciela Tottenhamu, multimilionera Joe Lewisa, na co dzień trzymającego się z dala od spraw klubowych. To właśnie wtedy zdecydowano o sprowadzeniu Baldiniego i rozpoczęto przygotowania do okienka transferowego, określając budżet i najpilniejsze cele. Powtórzę to, co napisałem jeszcze przed zamknięciem okna: gdyby nie podkupienie Williana przez Chelsea, Tottenham (podobnie zresztą jak Manchester City, gdzie odpowiedzialny za transfery jest inny dyrektor sportowy, Txiki Begiristain) zakończyłby kupowanie jakieś 10 dni temu. Bilans zakupów? Siedmiu nowych piłkarzy, gruntownie odświeżony środek pomocy, gdzie pojawili się szybcy i agresywni Capoue czy Paulinho, Bale zastąpiony zarówno silnym i błyskotliwym lewoskrzydłowym (Chadli), jak wiotkim rozgrywającym typu „dziesiątka” (Eriksen) i rozdryblowanym, by użyć określenia Rafała Steca, atakującym z obu skrzydeł, ale też zza pleców wysuniętego napastnika Lamelą. Konkurencję w ataku zwiększył Soldado, a w obronie za pieniądze ze sprzedaży Caulkera udało się kupić Chirichesa – nie dość, że tańszego, to o wiele swobodniej niż młody Anglik czującego się z piłką. Pytania o sezon Tottenhamu nie są więc pytaniami o personel, ale o zdolność wytrzymania presji, związanej z powszechnym przekonaniem, że po tych zakupach drużyna powinna awansować do Ligi Mistrzów, i o szybkość zintegrowania nowych zawodników w drużynę – ale możliwości manewru, jakie Villas-Boasowi dał Franco Baldini, są oszałamiające.

    Inaczej niż Woodward Moyesowi. Wszyscy pamiętamy, jak dyrektor opuszczał nagle azjatyckie tournee Manchesteru United i wracał do kraju, żeby dopiąć jakiś spektakularny transfer. Nic podobnego się nie wydarzyło: wakacje upłynęły pod kątem pytań o przyszłość Wayne’a Rooneya, braku asertywności na rynku, a później chaotycznych działań, których skutkiem było powiększenie sumy, jaką trzeba było ostatecznie zapłacić za Fellainiego, o 4 miliony. Do końca lipca w kontrakcie Belga obowiązywała wszak klauzula, umożliwiająca wykup za 23,5 miliona funtów, MU nie zdecydował się na jej uruchomienie i ostatecznie musiał wydać 27,5 miliona. Nie udało się z Thiago Alcantarą i Ceskiem Fabregasem, nie udało się z Anderem Herrerą (jedną z sensacji dnia wczorajszego było pojawienie się w biurach ligi hiszpańskiej hochsztaplerów, usiłujących sfinalizować transfer tego zawodnika), Samim Khedirą, a nawet Wesleyem Sneijderem, zapewne prześlepiono okazję sięgnięcia po Ozila – pieniądze, jakie Arsenal wydał ostatecznie za niemieckiego rozgrywającego, spoczywały przecież na klubowych kontach, skoro Czerwone Diabły myślały o kupnie Fabregasa. Osobną kwestią – chciałoby się powiedzieć: kompromitacją w stylu dawnego Tottenhamu, było niezałatwienie w porę wypożyczenia Coentrao z Realu; ogłoszone już, ale ostatecznie niesfinalizowane (jak się teraz czuje Patrice Evra?) w obliczu wcześniejszego fiaska związanego z kupnem Leightona Bainesa. Pytania o sezon MU są pytaniami o zdrowie Rooneya, przyszłość Kagawy, stopień kreatywności, he, he, Fellainiego, i o to, jak wiele punktów zapewnią gole van Persiego – ale kibice klubu otwarcie przyznają, że po kilku miesiącach pracy Eda Woodwarda zatęsknili za Davidem Gillem.

    Ivan Gazidis mówił o budżecie Arsenalu mniej więcej to, co Woodward o budżecie MU – że klub ma pieniądze i ambicje sprowadzenia zawodników światowej klasy. On również długo ponosił porażki („nie” usłyszał m.in. w związku z Higuainem i Suarezem), ale zachował spokój i w końcu udało mu się odpalić największą transferową bombę tego okna. Dawno już do Arsenalu, ba: do całej Anglii nie przychodziła gwiazda świecąca tak jasno na europejskim firmamencie – nawet jeśli Ozil przyznaje, że z poprzedniego klubu został wypchnięty, i tak jest to wielkie osiągnięcie jego nowego pracodawcy, który zdołał zawczasu przewidzieć, że przeprowadzka do Madrytu Isco i Bale’a może skutkować dostępnością Ozila. Podobno pierwsze badania medyczne Niemca przeprowadzono już przed tygodniem… Ale nazwisko Gazidisa przywołuję nawet nie w związku z transferem fantastycznego rozgrywającego, tylko w związku z komunikatem zawartym w oświadczeniu ogłoszonym przy tej okazji. Poza standardowymi zdaniami o „ekscytującym dniu”, dyrektor mówił wczoraj głównie o większościowym udziałowcu klubu, Stanleyu Kroenke, i jego nieustannym wsparciu „dla Arsene’a i Klubu”, mającym na celu „dokonanie znaczących inwestycji dla wzmocnienia naszego składu i sprowadzenia utalentowanych zawodników, którzy odpowiadają naszym ambicjom i naszemu stylowi gry”. Owszem, piarowska nowomowa, ale można z niej wydobyć to, co najważniejsze: „Jak my wszyscy, pan Kroenke chciałby widzieć Arsenal kolekcjonujący mistrzostwa i puchary, i ma absolutną wiarę i zaufanie, że nasz menedżer będzie w stanie tego dokonać”. Pytania o sezon Arsenalu są więc jedynie pytaniami o niekupionego napastnika (choć nawet w przypadku kontuzji Giroud warto pamiętać, jak przed rokiem o grę na środku ataku upominał się Walcott) i jakość linii defensywnej (powiedzmy, że defensywnego pomocnika udało się odzyskać z Milanu…). Na to najważniejsze – o przyszłość Arsene’a Wengera i to, czy jest właściwą osobą na właściwym miejscu – Ivan Gazidis już odpowiedział.