Wolność, tempo, przestrzeń. Paryskie święto futbolu.

Szczerze? Skończyło się kilka minut temu, a nie bardzo pamiętam, jaki był wynik – i dobrze, bo oznacza to chyba, że losy dwumeczu nie są rozstrzygnięte i że w rewanżu obejrzymy podobną jazdę bez trzymanki. Nie pamiętam sekwencji zdarzeń, kto i w której minucie strzelał gole i jak dużą przewagę miało w pewnym momencie drugiej połowy PSG. Nie pamiętam błędów, choć przecież się zdarzały, nie pamiętam niewykorzystanych szans, źle przyjętych piłek, niecelnych strzałów (zdaje się, że na początku Dembele był sam na sam z Neuerem po świetnym, otwierającym podaniu Hakimiego, ale nie trafił nawet w bramkę…). Mam poczucie, że najgorsze, co można zrobić po takim meczu, to zamiast ody do radości i zachwytów nad tym, czym wciąż potrafi być futbol, tworzyć jakiś katalog zastrzeżeń, jak to czasem robią jurorzy konkursu pianistycznego na widok muzyka, który oprócz umiejętności czytania nut i techniki, ma jeszcze najprawdziwsze ludzkie emocje, i to właśnie one wybijają się na pierwszy plan w jego interpretacji, niewykluczone zresztą, że trafniej wyrażając w ten sposób intencje kompozytora niż w doktrynach owych szukających dziury w całym akademików. Zważywszy zwłaszcza na to, ile w tym dzisiejszym graniu było odchodzenia od nut, zachwycającej czystością i swobodą improwizacji.

Tak, to jest czas na zachwyt i radość – i chyba pisząc te słowa nie odreagowuję tylko sezonu, w którym (zobaczycie, obawiam się, półfinał jutrzejszy…) o wyniku meczu tak często rozstrzygają stałe fragmenty, umiejętność gry w defensywie, krycie indywidualne i fizyczność. Owszem, tej ostatniej nie brakowało i dzisiaj, ale w pierwszym rzędzie służyła jako narzędzie do niestrudzonego biegania między jednym polem karnym a drugim, do dotrzymywania rywalom kroku podczas frenetycznych ataków, do powstrzymywania ich na granicy faulu – a jeśli poza jego granicą, to nie ze złośliwości przecież, i nie z frustracji czy zamiłowania do ostrej gry, ale z powodu szybkości, w której rywal po prostu zdołał postawić stopę tam, gdzie zamierzałeś, o mgnienie oka przed tobą.

Owszem, i w tym meczu aż cztery gole padły po rzutach karnych i rożnych, ale to nie ze względu na nie oglądało się starcie PSG-Bayern z zapartym tchem.

Wolność, to jest to słowo. Wolność, jaką cieszą się piłkarze Luisa Enrique i VIncenta Kompany’ego, kiedy konstruują kolejne ataki. Prawo do dryblingu, do zachwycającej publiczność sztuczki – wydawałoby się: niepotrzebnie efektownej, a przecież otwierającej możliwość rozwinięcia jeszcze jednej akcji. Prawo do tego, żeby zrobić coś, wychodząc poza strukturę i schemat.

Tempo, to też jest to słowo. Tempo, z jakim akcja przenosiła się z jednego pola karnego w drugie, i to nie ze względu na jakieś długie podania, a raczej na sekwencję zagrań z pierwszej piłki. Tempo, które sprawiało, że czas ekranowy przeciętnego futbolowego użytkownika smartfona spadł w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut do zera, bo zamiast siedzieć na Twitterku z rozdziawioną gębą wgapiał się w najlepszy mecz tego roku.

Przestrzeń, to też jest to słowo. Przestrzeń, otwierająca się na boisku po jednym rozumnym podaniu Kimmicha czy Vitinhi albo po jednym zwodzie Olise, wiążącym za jednym zamachem trzech-czterech graczy PSG. I wdzięczność, to też jest to słowo. 

Sami dobrze wiecie, ile taki produkt PSG budzi wątpliwości przez katarskie pieniądze i koncentrowanie w stolicy szyku i mody tych wszystkich futbolowych gwiazd i gwiazdeczek – i, analogicznie, ile prawdy było przez wszystkie lata w złośliwym przydomku „FC Hollywood”. FIFA, UEFA, wszechogarniająca komercja i wspomniany już prymat wyniku nad stylem – mamy doprawdy wiele powodów, by o współczesnej piłce myśleć z narastającym niesmakiem, ale dziś wszystkie musiały zblednąć, i trudno nie być za to wdzięcznym.

No dobra, coś tam pamiętam. Wysoki pressing Bayernu. Piłki rzucane za plecy jego obrońców, kontry paryżan i sytuacje, w których dwóch ofensywnych graczy PSG wystarczało, by rozmontować cały blok defensywny gości. Kiwki Olise (nie dziwimy się skurczom Mendesa). Kiwki Kwaracchelii (nie dziwimy się wejściu w przerwie Laimera). Momenty zatrzymania szykującego się do wykonania jedenastki Kane’a. Akcję na 4:2, kiedy Hakimi otworzył sobie całe prawe skrzydło, a Dembele – zamiast strzelać – przepuścił piłkę do Kvaracchelii. Odbijającą się od słupka futbolówkę, kiedy Dembele trafił w tym meczu po raz drugi. Podanie Kane’a do Diaza przed golem tego ostatniego. Uśmiech Upamecano, zbijającego piątkę z Kwaracchelią po tym, jak wślizg, którym zatrzymał Gruzina, okazał się jednak czysty.

Nie doświadczyłem czegoś podobnego od pamiętnego meczu Chorwacja-Hiszpania na Euro 2020. Wtedy miałem potrzebę wstać z kanapy i założyć garnitur, by choć strojem oddać sprawiedliwość wyjątkowemu wydarzeniu, ale od tamtej pory zmądrzałem przynajmniej w tej jednej kwestii, że wiem, iż istnieją jeszcze inne sposoby konfrontowania się z niewyrażalnym. Ivo Pogorelich na Konkursie Chopinowskim w 1980 r. zresztą nie miał garnituru.

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Wolność, tempo, przestrzeń. Paryskie święto futbolu.”

  1. […] z innego, nazwałbym go „estetycznym”, porządku. Ładny futbol, ba: kosmicznie piękny, PSG zaprezentowało w pierwszym półfinale z Bayernem, ale już w drugim meczu z Bawarczykami potrafiło cierpieć tak pięknie jak dziś Arsenal. W […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *