Tag: PSG

  • Najlepsi na świecie bez piłki

    „Finałów się nie gra, finały się wygrywa”, powiedział kiedyś José Mourinho, kiedy jego Manchester United wygrał z Southamptonem w finale Pucharu Ligi; inna sprawa, że padło wówczas więcej goli niż dzisiaj, a drużyna Portugalczyka nie miała bynajmniej kontroli nad tamtym meczem. Przykładając jednak tę jego frazę do dzisiejszego finału, należałoby powiedzieć, że pasowała do podejścia obu trenerów, nawet jeśli styl, w jakim ów finał próbowali wygrać, nie mógł był bardziej odmienny.

    Z perspektywy ostatecznego celu trudno oczywiście owe style oceniać, ba: można docenić nieprawdopodobną solidność i organizację defensywy Arsenalu, tę pracę wykonywaną zwłaszcza w niskim bloku, to zamykanie linii podań, te powroty skrzydłowych wspierających bocznych obrońców, te bloki w kluczowych momentach – Gabriela czy Lewisa-Skelly’ego, nie ukrywajmy także: te momenty wybijania rywala z rytmu, choćby przez opóźnianie wznowień gry przez bramkarza (w pewnym momencie David Raya wezwał nawet fizjoterapeutów, dając kolegom dodatkowe kilkadziesiąt sekund wytchnienia). „Najlepsi na świecie bez piłki” – mówił o nich finałem Luis Enrique, komplementując strukturę w obronie, nietracenie bramek, nieprzegrywanie meczów (dziś przez jakieś 130 minut również nie przegrali…). Gdyby udało im się dowieźć prowadzenie, fani Arsenalu pamiętaliby ten mecz do końca życia – ale i futbolowi eksperci cmokaliby z uznaniem nad efektywnością zbudowanej przez Mikela Artetę maszyny. Czy fakt, że dwa – świetnie zazwyczaj funkcjonujące – trybiki owej maszyny zawiodły w konkursie rzutów karnych, powinien to uznanie umniejszyć?

    „Myślę, że my, kibice Arsenalu, w głębi duszy wiemy, że futbol na Highbury nie zawsze jest ładny, a nasza opinia najnudniejszej drużyny w całej historii wszechświata nie jest tak zdumiewająca, jak udajemy” – to zdanie Nicka Hornby’ego z „Fever Pitch” można by pewnie zacytować w odpowiedzi, ale byłaby to odpowiedź z innego, nazwałbym go „estetycznym”, porządku. Ładny futbol, ba: kosmicznie piękny, PSG zaprezentowało w pierwszym półfinale z Bayernem, ale już w drugim meczu z Bawarczykami potrafiło cierpieć tak pięknie jak dziś Arsenal. W Budapeszcie zaś wygrało (finały się wygrywa…) cierpliwością, konsekwencją – i rozumnym wykorzystaniem ławki rezerwowych.

    O tym, że gwiazdy Luisa Enrique rozegrały w tym sezonie mniej minut, że Hiszpan wymieniał ich równie efektywnie, jak oni sami swoje pozycje na boisku – napisano wiele (choć jeśli doliczyć rozgrywane przed rokiem o tej porze Klubowe Mistrzostwa Świata, to różnica meczów wynosiłaby 63 do 62 na korzyść, a raczej niekorzyść Arsenalu). Podobnie jak o tym, że z grupy indywidualistów trener PSG zbudował w ciągu trzech sezonów maszynę zachwycającą nie tylko dryblingiem i szybkimi atakami, ale ciężką pracą w walce o odbiór piłki. Dziś jednak nawet w ten sposób nie byli w stanie wykreować wielu szans i dali swojemu trenerowi drugą wygraną Ligę Mistrzów z rzędu dzięki strzałom z jedenastu metrów, rzec można: pokonali rywala jego własną bronią, czyli stałymi fragmentami.

    W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat żaden z finalistów Champions League nie był przy piłce tak mało jak Arsenal Artety; tu Mourinho z pewnością uśmiechałby się z uznaniem. Uwagi na temat zranionej duszy futbolu sobie jednak daruję: nie wiem, czy bardziej nie rani jej fakt, że najlepsza drużyna Europy powstała za kasę z Kataru.

  • Wolność, tempo, przestrzeń. Paryskie święto futbolu.

    Szczerze? Skończyło się kilka minut temu, a nie bardzo pamiętam, jaki był wynik – i dobrze, bo oznacza to chyba, że losy dwumeczu nie są rozstrzygnięte i że w rewanżu obejrzymy podobną jazdę bez trzymanki. Nie pamiętam sekwencji zdarzeń, kto i w której minucie strzelał gole i jak dużą przewagę miało w pewnym momencie drugiej połowy PSG. Nie pamiętam błędów, choć przecież się zdarzały, nie pamiętam niewykorzystanych szans, źle przyjętych piłek, niecelnych strzałów (zdaje się, że na początku Dembele był sam na sam z Neuerem po świetnym, otwierającym podaniu Hakimiego, ale nie trafił nawet w bramkę…). Mam poczucie, że najgorsze, co można zrobić po takim meczu, to zamiast ody do radości i zachwytów nad tym, czym wciąż potrafi być futbol, tworzyć jakiś katalog zastrzeżeń, jak to czasem robią jurorzy konkursu pianistycznego na widok muzyka, który oprócz umiejętności czytania nut i techniki, ma jeszcze najprawdziwsze ludzkie emocje, i to właśnie one wybijają się na pierwszy plan w jego interpretacji, niewykluczone zresztą, że trafniej wyrażając w ten sposób intencje kompozytora niż w doktrynach owych szukających dziury w całym akademików. Zważywszy zwłaszcza na to, ile w tym dzisiejszym graniu było odchodzenia od nut, zachwycającej czystością i swobodą improwizacji.

    Tak, to jest czas na zachwyt i radość – i chyba pisząc te słowa nie odreagowuję tylko sezonu, w którym (zobaczycie, obawiam się, półfinał jutrzejszy…) o wyniku meczu tak często rozstrzygają stałe fragmenty, umiejętność gry w defensywie, krycie indywidualne i fizyczność. Owszem, tej ostatniej nie brakowało i dzisiaj, ale w pierwszym rzędzie służyła jako narzędzie do niestrudzonego biegania między jednym polem karnym a drugim, do dotrzymywania rywalom kroku podczas frenetycznych ataków, do powstrzymywania ich na granicy faulu – a jeśli poza jego granicą, to nie ze złośliwości przecież, i nie z frustracji czy zamiłowania do ostrej gry, ale z powodu szybkości, w której rywal po prostu zdołał postawić stopę tam, gdzie zamierzałeś, o mgnienie oka przed tobą.

    Owszem, i w tym meczu aż cztery gole padły po rzutach karnych i rożnych, ale to nie ze względu na nie oglądało się starcie PSG-Bayern z zapartym tchem.

    Wolność, to jest to słowo. Wolność, jaką cieszą się piłkarze Luisa Enrique i VIncenta Kompany’ego, kiedy konstruują kolejne ataki. Prawo do dryblingu, do zachwycającej publiczność sztuczki – wydawałoby się: niepotrzebnie efektownej, a przecież otwierającej możliwość rozwinięcia jeszcze jednej akcji. Prawo do tego, żeby zrobić coś, wychodząc poza strukturę i schemat.

    Tempo, to też jest to słowo. Tempo, z jakim akcja przenosiła się z jednego pola karnego w drugie, i to nie ze względu na jakieś długie podania, a raczej na sekwencję zagrań z pierwszej piłki. Tempo, które sprawiało, że czas ekranowy przeciętnego futbolowego użytkownika smartfona spadł w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut do zera, bo zamiast siedzieć na Twitterku z rozdziawioną gębą wgapiał się w najlepszy mecz tego roku.

    Przestrzeń, to też jest to słowo. Przestrzeń, otwierająca się na boisku po jednym rozumnym podaniu Kimmicha czy Vitinhi albo po jednym zwodzie Olise, wiążącym za jednym zamachem trzech-czterech graczy PSG. I wdzięczność, to też jest to słowo. 

    Sami dobrze wiecie, ile taki produkt PSG budzi wątpliwości przez katarskie pieniądze i koncentrowanie w stolicy szyku i mody tych wszystkich futbolowych gwiazd i gwiazdeczek – i, analogicznie, ile prawdy było przez wszystkie lata w złośliwym przydomku „FC Hollywood”. FIFA, UEFA, wszechogarniająca komercja i wspomniany już prymat wyniku nad stylem – mamy doprawdy wiele powodów, by o współczesnej piłce myśleć z narastającym niesmakiem, ale dziś wszystkie musiały zblednąć, i trudno nie być za to wdzięcznym.

    No dobra, coś tam pamiętam. Wysoki pressing Bayernu. Piłki rzucane za plecy jego obrońców, kontry paryżan i sytuacje, w których dwóch ofensywnych graczy PSG wystarczało, by rozmontować cały blok defensywny gości. Kiwki Olise (nie dziwimy się skurczom Mendesa). Kiwki Kwaracchelii (nie dziwimy się wejściu w przerwie Laimera). Momenty zatrzymania szykującego się do wykonania jedenastki Kane’a. Akcję na 4:2, kiedy Hakimi otworzył sobie całe prawe skrzydło, a Dembele – zamiast strzelać – przepuścił piłkę do Kvaracchelii. Odbijającą się od słupka futbolówkę, kiedy Dembele trafił w tym meczu po raz drugi. Podanie Kane’a do Diaza przed golem tego ostatniego. Uśmiech Upamecano, zbijającego piątkę z Kwaracchelią po tym, jak wślizg, którym zatrzymał Gruzina, okazał się jednak czysty.

    Nie doświadczyłem czegoś podobnego od pamiętnego meczu Chorwacja-Hiszpania na Euro 2020. Wtedy miałem potrzebę wstać z kanapy i założyć garnitur, by choć strojem oddać sprawiedliwość wyjątkowemu wydarzeniu, ale od tamtej pory zmądrzałem przynajmniej w tej jednej kwestii, że wiem, iż istnieją jeszcze inne sposoby konfrontowania się z niewyrażalnym. Ivo Pogorelich na Konkursie Chopinowskim w 1980 r. zresztą nie miał garnituru.

  • Kylian Mbappé, czyli odjazd

    Patrzę na to zdjęcie od wczoraj, z silnym poczuciem, że jest wielką metaforą. Kylian Mbappé odjeżdża próbującemu go zatrzymać Gerardowi Piqué zupełnie jak wrażenie bycia na bieżąco z trendami współczesnej piłki odjechało kibicom i piłkarzom Tottenhamu, których niedawny ulubieniec i mentor zasiada teraz na ławce trenerskiej Paris Saint-Germain. Albo jak rzeczywistość odjechała zadufanemu, zapatrzonemu w świetlaną przeszłość i wciąż kierującego najbogatszym klubem świata zarządowi Barcelony. Jak odjechały szanse na osiągnięcie czegoś jeszcze z tym zespołem Lionelowi Messiemu. Zresztą nie tylko o Tottenham, Barcelonę czy Messiego chodzi: mam wrażenie, że niejeden zawodnik i trener (pamiętacie Jurgena Kloppa, zapytanego podczas niedawnej konferencji prasowej, czy Liverpool ma jeszcze szanse na mistrzostwo Anglii?), a może nawet ktoś, kto wcale się piłką nie interesuje, rozpozna się w tym obrazku jako ów bezsilny, choć z pewnością pełen dobrych chęci obrońca Barcelony. Już tego nie zatrzymasz, przeminęło. Nigdy już nie będzie ósmego maja 2019 w Amsterdamie (żeby odwołać się do najpiękniejszego wieczora w moim kibicowskim życiu), albo nigdy już nie będzie ósmego marca 2017 w Barcelonie (żeby odwołać się do jednego z najpiękniejszych wieczorów w życiu kibiców Blaugrany). Tamte remontady się już nie powtórzą. Kropka.

    Ale nie, uspokajam: nie jest to jeszcze jeden melancholijny tekst o tęsknocie za starym i dobrym – będącej skądinąd podstawowym kibicowskim balsamem po przeżytym dopiero co upokorzeniu. Barcelona jest superklubem, podniesie się tak czy inaczej, nawet jeśli zapłaci przy okazji cenę odejścia największego piłkarza w swoich dziejach. Tottenham również jest w dziesiątce najbogatszych klubów świata, krzywda mu się nie stanie, nawet jeśli jeden z największych trenerów w jego dziejach już tu nie pracuje, a jeden z największych piłkarzy również może zechcieć odejść po tym sezonie.

    Nie jest to również tekst o Kylianie Mbappé jako symbolu francuskiej mixité, o której pisała w swojej książce „Gorsze dzieci republiki” Ludwika Włodek; nie jest to tekst o człowieku, który na okładce „Time’a” miał być twarzą nowego, lepszego, nieuwikłanego w tyle naszych konfliktów pokolenia. Co tam kibicowskie nostalgie, co tam polityczne poglądy i wszystko, co nas dzieli: przyznacie przecież, że TO było coś niebywałego. Czysta energia, niemal nieskrępowana wolność (niemal, bo jednak odnajdująca się w strukturze dobrze poza tym poukładanej dzięki Mauricio Pochettno przy linii i Marco Verrattiemu na boisku…), elan vital, która zdawała się go rozpierać już w tunelu, gdy wychodził na Camp Nou – doprawdy, jedyne, czego można po tym popisie Kyliana Mbappé żałować, to tego, że nie żegnała go owacja na stojąco stu tysięcy widzów oklaskujących na co dzień piłkarzy, którym właśnie odjechał. Szybkość i przyspieszenie, koordynacja i zmysł równowagi, świadomość każdego ruchu, gdy nabiegał na piłkę i gdy składał się do strzału, siła i gracja… Nie, to nie jest Struś Pędziwiatr (choć tak portretuje go niejeden portal), na to porównanie Francuz jest stanowczo zbyt elegancki. Już raczej przywołanie tempa, jakie rozwijali Musiciens du Louvres, grający pod Markiem Minkowskim „Indes Galantes” Rameau, byłoby bardziej na miejscu – porównajcie sobie w wolnej chwili jego wykonanie ze stateczną wersją cudownego przecież Williama Christie. Jak dobrze czasami przypomnieć sobie, że piłka nożna może wyglądać właśnie w taki sposób.

    A propos zaś odjeżdżania, przypomniała mi się też niedawna obserwacja Piotra Żelaznego na Twitterze – o tym, że Neymar kończy już 29 lat i wchodzi w fazę doświadczonego piłkarza. „Wiem, że jest królem insta, imprezki, zajebiste żyćko, super kontrakty, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że jak na >>drugiego Pelego<< to nie do końca dojechał” – napisał ojciec założyciel „Kopalni”, którego serdecznie pozdrawiając niniejszym informuję, że wczoraj na Camp Nou nikt za Brazylijczykiem nie tęsknił.

  • Wygazowany Antychryst

    Na pozór wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Święte miasto, zgromadzony tłum słuchaczy – wśród których komentatorzy dostrzegli Dantego, Boccaccia, Petrarkę, Rafaela, Kolumba nawet, a na pierwszym planie mówca, który wydaje się mieć rysy Chrystusa. Jedno z licznych arcydzieł renesansowego malarstwa, pokazujących nauczającego Jezusa. Ale zaraz, chwileczkę: kim jest ta postać, szepcząca Zbawicielowi do ucha?

    Kazanie Antychrysta (fragment), Luca Signorelli, ok. 1500-1504, kqplica San Brizio, Orvieto

    Kto był w Orvieto, ten wie. Kaplica San Brizio, freski Signorellego, a zwłaszcza ten jeden, przedstawiający kazanie Antychrysta. Niby religijny, ale w chwili powstania do bólu współczesny, bo wszystko wskazuje na to, że malarzowi – który u dołu fresku zmieścił także swój autoportret, w dodatku w towarzystwie pracującego tu również Fra Angelico – towarzyszyła pamięć o niedawnych kontrowersjach wokół Savonaroli. I może właśnie ze względu na tę współczesną wymowę skojarzył mi się z kłopotem, jakiego doświadczam, patrząc niekiedy na mecze RB Lipsk.

    Na pozór wszystko wydaje się przecież w najlepszym porządku. Do tego stopnia, że nawet w czasach, kiedy Tottenham prowadził Mauricio Pochettino, fantazjowałem o tym, że jeśli kiedyś odejdzie, skuszony przez jakiś Real czy Manchester United, zastąpi go nie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale Julian Nagelsmann właśnie, a ukochana ma drużyna grać będzie futbol jeszcze szybszy, jeszcze intensywniejszy, oparty o jeszcze dzikszy pressing, niż to było w najlepszych latach Argentyńczyka. Kiedy się patrzyło na grę RB Lipsk serce i puls przyspieszały, zupełnie jak – strach mówić głośno, żeby nie zostać posądzonym o reklamowanie – po spożyciu napoju energetycznego. Oto, co najlepsze w europejskim futbolu XXI wieku, w dodatku wciąż takie świeże, niezmanierowane, no i – co nie jest przecież bez znaczenia – położone na postkomunistycznej pustyni futbolowej, czyli na terenie byłej NRD. Samo dobro, można by powiedzieć, przechodząc do porządku dziennego nad arcykrótką historią klubu czy faktem, że jego rozwój był efektem pieniędzy wpompowanych w drużynę przez spożywczego giganta. Przecież we współczesnym futbolu pieniądze rozstrzygają o sukcesach nie od dziś, a przy szaleństwach Romana Abramowicza w Chelsea, a później szejków w Manchesterze City i w gromiącym wczoraj drużynę z Lipska Paris Saint-Germain, przy dziesiątkach inwestycji wizerunkowych rozmaitej maści biznesmenów, przy nieodkrytym przecież przez szefów Red Bulla sposobie sklejania nazwy klubu z nazwą lub marką głównego sponsora, można by twierdzić nawet, że to, co się dzieje w Lipsku, mogło służyć za przykład umiarkowania, ciągłości i cierpliwości. Kapitaliści? No owszem, ale przecież nie tacy, którzy – jak członkowie zarządu uważanej długo za „więcej niż klub” Barcelony – w ciągu ostatnich lat puszczali z dymem setki milionów euro na piłkarzy, których następnie oddawali innym klubom albo sadzali na ławce. Kapitaliści z bardzo sensownym przepisem na konstruowanie drużyny, dodajmy. Ze świetną siecią skautów, zawsze stawiający na młodość (o tym, że wśród najlepszych drużyn tegorocznej edycji Champions League to właśnie RB Lipsk miał najniższą średnią wieku, nie ma co mówić), w młodość inwestujący, niewydający szalonych sum na uznanych i doświadczonych piłkarzy, za to mogący – choć nie jest to priorytetem – zasilać później klubowy budżet dzięki transferom wypromowanych dopiero w Lipsku gwiazd, takich jak Timo Werner. I oddający najmłodszym stery rządów w klubie. 33-letni Julian Nagelsmann był najmłodszym trenerem w dziejach Bundesligi i Ligi Mistrzów, prosta rzecz zatem: najmłodszym, który wprowadził swoją drużynę do półfinału Champions League. Jej dyrektor sportowy dopiero dobiega czterdziestki, a prezes jest ledwie przed pięćdziesiątką. „Działacz z brzuszkiem i z wąsem akurat tam by nie przeszedł” – podsumowuje tę strategię Michał Trela w świetnym tekście na temat istoty kontrowersji wokół RB Lipsk.

    Na tym chyba zawsze polegał problem: Rasenballsport Lipsk to drużyna wymyślona równie precyzyjnie, jak jej nazwa. Jej zachwycający – jasne, nie wczoraj, kiedy wydawała się sparaliżowana perspektywą będącego na wyciągnięcie ręki finału – styl gry nie był efektem przekonania (skądinąd w dzisiejszych czasach jednego z najsłuszniejszych), że stanowi najskuteczniejszą drogę do sukcesu w nowoczesnym futbolu. Nie: chodziło raczej o marketingową kalkulację, w której sposób gry w piłkę nożną powinien jak najściślej korespondować z reklamowanym przez drużynę produktem. Zawodnicy RB Lipsk mieli na boisku biegać tak szybko, jak wysoko latali skoczkowie narciarscy w kaskach reklamujących ten sam energetyk, albo jak mknęli po torze kierowcy Formuły 1 z ich zespołu. Trudno nie myśleć, że decyzja o tym, że mają tu grać sami młodzieńcy, a na ławce trenerskiej zasiadać energiczny żółtodziób, brała się z przekonania, że z takimi właśnie może się utożsamić grupa docelowa. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że trafia do niej przekaz, w którym drogę do sukcesu zapewnia pragmatyzm, umiarkowanie czy kolosalne doświadczenie, dzięki któremu osiągnęło się w życiu niejeden już sukces. Że mogą tu grać albo trenować zawodników rutyniarze po wielu przejściach, z twarzami, na których zmarszczki są efektem nie tylko zwycięskich uśmiechów, ale również strapień, jakie niosą nieuniknione przecież porażki.

    Nie wiem, czy wyrażam się dostatecznie jasno. Droga Paris Saint-Germain na upragnione szczyty europejskiego futbolu była o wiele pospolitsza, pieniądze w nią zainwestowane – nieporównywalnie większe, a intencje inwestujących w drużynę szejków – porównywalnie niskie („soft power” kontra „soft drink”, podsumował ktoś wczoraj na Twitterze). Może chodzi właśnie o tę jawność intencji, która w przypadku Paryżan pozostawała zawsze na wierzchu, a może też o to, że tam mieliśmy do czynienia z inwestycją w jednej z europejskich stolic, będącej zwykle symbolem tego, co najmodniejsze, najbardziej szykowne, a czasem najbardziej krzykliwe (o, jakże Neymar pasuje do tego wizerunku…) – w sumie na bajeczkę o kibicowaniu PSG nigdy nie potrafiłbym się dać nabrać.

    Z Lipskiem było inaczej: syreni śpiew pressingu drużyny Nagelsmanna, jej zuchwalstwo i młodość, działały na mnie z wyjątkową intensywnością, a jeszcze usiłowałem dopisać sobie do niej opowieść o podnoszeniu z upadku futbolowej ziemi niczyjej. Innymi słowy: był to produkt skrojony idealnie pode mnie. Nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że od dawna nie należę do grupy docelowej, na której zależy jej właścicielom – moja podatność na wdzięki Upamecano, Nkunku, Sabitzera, Poulsena, a przede wszystkim Nagelsmanna, była kolosalna.

    W sumie to czuję jakiś rodzaj ulgi, że ich wczoraj sparaliżowało. Że popełnili tyle błędów, zwłaszcza na własnej połowie. Że w końcu wyglądali na wygazowanych. Łatwiej się było wyzwolić z tego zauroczenia. Zobaczyć, że spojrzenie rzekomego zbawiciela jest puste.

    Myśl o tym, że Paris Saint-Germain może wygrać Ligę Mistrzów nie niesie, rzecz jasna, pocieszenia. Ale to już inny temat. Największe wrażenie w kaplicy San Brizio robi przecież Sąd Ostateczny.