Śnił mi się Tottenham

Śnił mi się Tottenham. Po golu straconym w doliczonym czasie gry w meczu, który miał zakończyć najdłuższą w historii klubu serię spotkań bez wygranej w Premier League, a który zakończył się tylko remisem; po meczu, który co najmniej na drugi tydzień z rzędu zakotwiczył klub w strefie spadkowej; po kolejce trzydziestej trzeciej, co oznacza, że na uniknięcie niewyobrażalnego zostało ledwie pięć – śnił mi się Tottenham i nie był to, dodajmy od razu, jakiś mroczny koszmar. Nie żebym od razu odzyskał nadzieję, bo po tym, jak nie udało się wygrać u siebie z Brighton prawdopodobieństwo degradacji wzrosło. Odzyskałem jednak coś ważniejszego, a mianowicie klub.

Obiecuję sobie od tygodni, że kiedy Tottenham spadnie z Premier League (co, przyznacie, będzie w dziejach tej ligi sensacją porównywalną jedynie z mistrzostwem wywalczonym przez Leicester) solennie spiszę całą listę okoliczności, które do tego doprowadziły. Część z nich będzie, by tak rzec, łagodząca – takiej plagi kontuzji, i to rozciągniętej na więcej niż jeden sezon, nie notował żaden inny klub. Dla części jednak, i to większej, żadnej taryfy ulgowej się nie znajdzie, a wiązać się będą np. z pomyłkami zarządu, związanymi z zatrudnieniem kolejnych dwóch trenerów o profilu diametralnie odmiennym od poprzednika, i ze sposobem inwestowania w piłkarzy, którzy, delikatnie rzecz ujmując, z racji wieku lub profilu nie są w stanie udźwignąć bieżącej presji (a może zresztą i za te kontuzje ktoś, czytaj: sztab medyczny lub trenerski, ponosi odpowiedzialność). 

Zimowe okienko na przykład, w którym odszedł Johnson i – mimo kontuzji Kudusa – nie postarano się o jakiegoś zmiennika na tę pozycję, z pewnością zajmie poczesne miejsce w każdej spisywanej po spadku anatomii katastrofy. Rodzina Lewisów i utrzymywani przez nią na posadach, bezpośrednio odpowiadający za funkcjonowanie Tottenhamu panowie Venkatesham i Lange bolesnych pomyłek popełnili jednak więcej; wśród osób regularnie opisujących klub panuje przecież konsensus, że Daniel Levy (niezależnie od osobnej i całkiem pokaźnej listy błędów, popełnionych za jego rządów) zarówno wcześniej zwolniłby Thomasa Franka, jak i nie zatrudniałby na jego miejsce Igora Tudora: jeśli drużynie zabraknie czasu, by wydźwignąć się z tarapatów, to ostatecznie dlatego, że z Chorwatem straciła sześć tygodni.

Dlaczego zatem śnił mi się Tottenham? Pewnie dlatego, że gdybym miał abstrahować od tego straconego gola w końcówce, było to najlepsze dziewięćdziesiąt minut Spurs od bardzo, bardzo dawna; dziewięćdziesiąt minut odpowiadające kibicowskim oczekiwaniom futbolu ofensywnego i intensywnego, z akcjami, które się kleją, z pressingiem, który działa, z pojedynkami, które się wygrywa, z bramkami, które zachwycają (no dobra, to trzeba epoce Franka oddać, że mimo biedafutbolu padały w jej trakcie cudowne gole, zdobywane przez Solanke, Romero, Palhinhę czy Richarlisona skorpionem, przewrotką czy nożycami). 

Minione miesiące upływały mi w nastroju rezygnacji i apatii, poza oczekiwaniem na jakiegoś gola po stałym fragmencie nie spodziewałem się właściwie niczego i tylko współczułem rzucanemu po różnych pozycjach Archiemu Grayowi, będąc przekonanym, że w jego wieku nie powinien dźwigać na barkach aż takiej odpowiedzialności. Wczoraj zaś spore fragmenty meczu oglądałem na stojąco, jakbym – żeby zacytować frazę z jednego z pierwszych treningów pod Roberto de Zerbim, którą Włoch wygłosił bodaj do Micky’ego van de Vena – miał na nowo zakochać się w piłce. Lubiłem patrzeć, jak Bentancur wyprowadza piłkę pod presją (czy Frank im tego zakazywał?!), lubiłem obserwować, jak Bergvall skacze do odbioru, lubiłem wgapiać się w układającego stopę do strzału Simonsa.

Tak, może Tottenham spadnie z ligi. Może to będzie wizerunkowa i sportowa katastrofa, jakiej świat nie widział. Może pół drużyny odejdzie. Może fatalnie zarządzany klub nie zdoła wrócić od razu do Premier League i spotka go los, będący obecnie udziałem Leicester. Może znów będę musiał oglądać mecze na nielegalnych streamach. Tym wszystkim zdążę się jeszcze martwić (albo, kto wie, cieszyć, bo kibicowanie Tottenhamowi na powrót stanie się moim intymnym hobby, a nie rozrywką, dostępną milionom konsumentów futbolowego kontentu). Na razie zapisuję sobie sen jasny jak uśmiech rozgrzewającego się z kolegami Maddisona. Sen, w którym drużyna, której kibicuję, gra w piłkę nożną, a patrzenie na to nie jest źródłem intelektualnej i estetycznej żenady.

Niektórzy – jak Roberto de Zerbi – przekonują, że za taką grą przyjdą i punkty, ale to już rozważania należące do strefy jawy. W zasadzie mógłbym śnić dalej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *