Tak naprawdę chciałbym to po prostu zrozumieć. Nie tyle zrzucić to z siebie, poradzić z tym sobie czy wyprzeć, na przykład zamieniając w gniew, szyderę czy tak zwany banter, a po prostu zrozumieć. Przez cztery dekady kibicowania Tottenhamowi widziałem przecież niejedno, wszystkie powtarzane w ostatnich dniach i godzinach statystyki (dwa punkty w ośmiu meczach za czasów Juande Ramosa, do których jesteśmy niebezpiecznie blisko…) są moimi statystykami. Jak to możliwe, że klub o takiej pozycji ekonomicznej, z trenerem o takich kompetencjach i z piłkarzami tej klasy, po takiej fali wakacyjnych wzmocnień, nie jest w stanie przez blisko pięćset minut strzelić bramki w lidze, nie jest w stanie wygrać meczu, nie jest w stanie po straconym golu odrobić strat, i tak dalej, i tak dalej?
Najprościej byłoby powiedzieć, że nie jest to drużyna na złą pogodę; „Lads, it’s Tottenham”, przypomnieć nieśmiertelną frazę sir Aleksa – miła i fajna ekipa, która może się podobać na modowym wybiegu, ale która i tak rozpierzchnie się w popłochu, gdy za rogiem ktoś dmuchnie w papierową torebkę. Ileż to razy – nie tylko w tym sezonie, nie tylko pod tym trenerem – przerabialiśmy taki scenariusz jak wczoraj z Aston Villą (skądinąd drużyną w kryzysie – o tym, że Tottenham jest kapitalnym rywalem na przełamanie, również już wiele razy zdołaliśmy się przekonać)? Bardzo dobry start, dominacja nad rywalem, kolejne szanse, dobrze broniący bramkarz przeciwnika, przypadkowo stracony gol, na przykład do szatni, na przykład w okolicznościach, które wymagały jedynie zachowania przez moment zimnej krwi (po co Robertson nie dał wczoraj wyjść piłce poza boisko, zwiększajac chaos, w którym grająca wówczas w dziesiątkę po urazie Van de Vena ekipa dała się ograć we własnym polu karnym?) – a potem już mentalny rozpad i na boisku, i na trybunach. Ostatni raz, gdy ta drużyna zdołała wygrać po tym, jak pierwsza traciła gola, miał miejsce przed dwoma laty, bodaj 46 meczów temu.
To nie tak miało być, prawda? Ekipa, która rozpadła się wczoraj, może i nie ma na koncie zbyt wielu strzelonych bramek w lidze (albo – jak Solanke – strzelała je dość dawno, jeszcze w czasach Bournemouth), ale ma wystarczająco wiele doświadczenia zebranego na boiskach Premier League. Minione okienko transferowe różniło się od poprzednich nie tylko tym, że Tottenham szastał pieniędzmi (na razie nie wygląda, by Tonali czy Fernandes byli warci kwot, jakie za nich zapłacono…), ale także tym, że zamiast młodzieńców z potencjałem sprowadzano zawodników gotowych na dziś i teraz, mających za sobą kilka sezonów na angielskich boiskach, niektórych – jak Tonali – „po przejściach”, niektórych – jak Robertson – z pasmem sukcesów i wiedzą, jakiej kultury potrzeba w drodze po sukces, niektórych – jak Fernandes po spadku z ligi – mających coś do udowodnienia.
I co? I nic? Po pięciu kolejkach drużyna wciąż wygląda na taką w budowie, a niektóre kluczowe pozycje na boisku wciąż wydają się nieobsadzone. Jak jest z „dziesiątką” to oczywiście wiemy: Maddison, Simons, Kulusevski leczyli się lub leczą, dla Marmousha, Kudusa, Fernandesa czy Gallaghera nie jest to pewnie ulubione miejsce na boisku, tu jeszcze można znajdować okoliczności łagodzące. Ale na przykład zbalansowanie środka pola, gdzie jedynym, który naprawdę wie, co robi, jest mający już status klubowego weterana Bentancur?
A środkowy napastnik? Niezgłoszenie do rozgrywek Premier League Richarlisona wygląda jak działanie na szkodę klubu: Brazylijczyk strzelał gole zawsze, kiedy był zdolny do gry, nawet tego lata w presezonie De Zerbi mówił o nim, że „wie, gdzie jest bramka”, ale przede wszystkim zawsze, gdy wychodził na boisko, sprawiał wrażenie, jakby chciało mu się walczyć do końca, niezależnie od tego, jaki był wynik. Kiedy wczoraj z murawy schodził zmęczony (i wciąż nieczujący gry) Solanke, Tottenham musiał zostać z Marmoushem na szpicy.
Jest kilka niespokojnych pytań o to – na papierze imponujące – okienko transferowe. Ilu po jego zamknięciu jest w kadrze sprawdzonych, skutecznych snajperów, to jedno z najważniejszych. Czy na prawej obronie po kontuzji Porro jest dostateczne zabezpieczenie, to nieco mniej ważne; gnębi mnie, jak widać, odejście Spence’a. Pytanie prawdziwie kluczowe: ilu jest liderów. Osobowości takich jak np. Palhinha – nawet jeśli nieumiejących rozgrywać piłki tak, jak życzyłby sobie trener, to przynajmniej zdolnych poderwać kolegów do walki skutecznym wślizgiem i nietracących głowy po pierwszym niepowodzeniu. Nie byłoby Tottenhamu w Premier League, gdyby nie gol Portugalczyka z Evertonem – ale może od gola ważniejsze były te wszystkie przerwane akcje, wola walki i siła charakteru, której po jego odejściu dramatycznie brakuje.
Oczywiście, oczywiście: przeczytałem w ostatnich tygodniach mnóstwo mniej lub bardziej brutalnych tekstów o Tottenhamie. Niektóre naprawdę świetne, na przykład Jonathana Liew w „Guardianie” po porażce z Newcastle – ten z wyliczeniem momentów, w których Tottenham zaczyna panikować (a zaczyna panikować zawsze…) i okrutną frazą o De Zerbim przypominającym człowieka, który zawsze musi trzymać otwarte drzwi do toalety. Banter i memy sprowadzające ten klub do komediowej trupy, ustawiające powszechną percepcję wyroki w mediach społecznościowych są równie dotkliwe jak statystyki – na przykład ta z liczbą porażek w Premier League na nowym wciąż stadionie (50 w 141 meczach: Arsenal na Emirates przegrał 50 na 382). To skądinąd również jeden z wątków rozmowy: stadion jak biblioteka, stadion, na którym kibice bywają równie neurotyczni jak piłkarze, a luksus zdaje się nie sprzyjać temu, do czego powinny służyć takie miejsca.
Nie o tym jednak chciałem pisać. Patrząc na wszystkie ostatnie mecze z dystansu chciałoby się powiedzieć, że Tottenham gra coraz lepiej. Rozpoczyna akcje do bramki coraz bardziej umiejętnie, kreuje coraz więcej szans, jego posiadanie piłki nie jest już tak sterylne. Połączenia między piłkarzami zaczynają być widoczne, taki Savio ma coraz więcej udanych dryblingów i podań kluczowych, Van Hecke wprowadza futbolówkę w ofensywną tercję z precyzją playmakera, a kiedy na boisku pojawia się Maddison, jego prostopadłe zagrania wreszcie zaczynają sprawiać rywalom problemy. Umir Irfan w obszernej analizie na stronie BBC uspokaja: ta rewolucja potrzebuje czasu.
Ale Tottenham nie wygrywa, a gole, które w końcu wczoraj strzelił, padły już w momencie, gdy spotkanie było rozstrzygnięte, telewizja zaś zdołała pokazać tysiące kibiców, którzy opuścili stadion i zmierzali pobliskimi ulicami w stronę metra. Van Hecke może sobie rozgrywać w najlepsze, ale fizyczny pojedynek z Jacksonem w kluczowym momencie przegrał (podobnie zresztą Kinsky: świetny w grze nogami, broniący kilka razy brawurowo – czy kilku strzałów w tym sezonie nie mógł jednak powstrzymać?). Roberto de Zerbi (co za niespodzianka…) nie trzyma nerwów na wodzy i na konferencji prasowej zaczyna wprost swoich piłkarzy atakować.
Oprócz „Lads, it’s Tottenham” jest jeszcze inna pamiętna fraza. „Tottenham’s story is this”, powiedział niegdyś po meczu z Leicester Antonio Conte, a jego legendarna tyrada stała się już nie tylko elementem ligowego folkloru, ale także częścią klubowego DNA. Misja, jaką ma dziś jego rodak, jest bardziej fundamentalna niż przebudowa składu, odmiana stylu gry z reaktywnego na proaktywny – i wiemy już, że wyprawy z piłkarzami na kolację czy obiad z klubowymi legendami nie wystarczą.