Tag: De Zerbi

  • Drużyna na dobrą pogodę

    Tak naprawdę chciałbym to po prostu zrozumieć. Nie tyle zrzucić to z siebie, poradzić z tym sobie czy wyprzeć, na przykład zamieniając w gniew, szyderę czy tak zwany banter, a po prostu zrozumieć. Przez cztery dekady kibicowania Tottenhamowi widziałem przecież niejedno, wszystkie powtarzane w ostatnich dniach i godzinach statystyki (dwa punkty w ośmiu meczach za czasów Juande Ramosa, do których jesteśmy niebezpiecznie blisko…) są moimi statystykami. Jak to możliwe, że klub o takiej pozycji ekonomicznej, z trenerem o takich kompetencjach i z piłkarzami tej klasy, po takiej fali wakacyjnych wzmocnień, nie jest w stanie przez blisko pięćset minut strzelić bramki w lidze, nie jest w stanie wygrać meczu, nie jest w stanie po straconym golu odrobić strat, i tak dalej, i tak dalej?

    Najprościej byłoby powiedzieć, że nie jest to drużyna na złą pogodę; „Lads, it’s Tottenham”, przypomnieć nieśmiertelną frazę sir Aleksa – miła i fajna ekipa, która może się podobać na modowym wybiegu, ale która i tak rozpierzchnie się w popłochu, gdy za rogiem ktoś dmuchnie w papierową torebkę. Ileż to razy – nie tylko w tym sezonie, nie tylko pod tym trenerem – przerabialiśmy taki scenariusz jak wczoraj z Aston Villą (skądinąd drużyną w kryzysie – o tym, że Tottenham jest kapitalnym rywalem na przełamanie, również już wiele razy zdołaliśmy się przekonać)? Bardzo dobry start, dominacja nad rywalem, kolejne szanse, dobrze broniący bramkarz przeciwnika, przypadkowo stracony gol, na przykład do szatni, na przykład w okolicznościach, które wymagały jedynie zachowania przez moment zimnej krwi (po co Robertson nie dał wczoraj wyjść piłce poza boisko, zwiększajac chaos, w którym grająca wówczas w dziesiątkę po urazie Van de Vena ekipa dała się ograć we własnym polu karnym?) – a potem już mentalny rozpad i na boisku, i na trybunach. Ostatni raz, gdy ta drużyna zdołała wygrać po tym, jak pierwsza traciła gola, miał miejsce przed dwoma laty, bodaj 46 meczów temu.

    To nie tak miało być, prawda? Ekipa, która rozpadła się wczoraj, może i nie ma na koncie zbyt wielu strzelonych bramek w lidze (albo – jak Solanke – strzelała je dość dawno, jeszcze w czasach Bournemouth), ale ma wystarczająco wiele doświadczenia zebranego na boiskach Premier League. Minione okienko transferowe różniło się od poprzednich nie tylko tym, że Tottenham szastał pieniędzmi (na razie nie wygląda, by Tonali czy Fernandes byli warci kwot, jakie za nich zapłacono…), ale także tym, że zamiast młodzieńców z potencjałem sprowadzano zawodników gotowych na dziś i teraz, mających za sobą kilka sezonów na angielskich boiskach, niektórych – jak Tonali – „po przejściach”, niektórych – jak Robertson – z pasmem sukcesów i wiedzą, jakiej kultury potrzeba w drodze po sukces, niektórych – jak Fernandes po spadku z ligi – mających coś do udowodnienia.

    I co? I nic? Po pięciu kolejkach drużyna wciąż wygląda na taką w budowie, a niektóre kluczowe pozycje na boisku wciąż wydają się nieobsadzone. Jak jest z „dziesiątką” to oczywiście wiemy: Maddison, Simons, Kulusevski leczyli się lub leczą, dla Marmousha, Kudusa, Fernandesa czy Gallaghera nie jest to pewnie ulubione miejsce na boisku, tu jeszcze można znajdować okoliczności łagodzące. Ale na przykład zbalansowanie środka pola, gdzie jedynym, który naprawdę wie, co robi, jest mający już status klubowego weterana Bentancur?

    A środkowy napastnik? Niezgłoszenie do rozgrywek Premier League Richarlisona wygląda jak działanie na szkodę klubu: Brazylijczyk strzelał gole zawsze, kiedy był zdolny do gry, nawet tego lata w presezonie De Zerbi mówił o nim, że „wie, gdzie jest bramka”, ale przede wszystkim zawsze, gdy wychodził na boisko, sprawiał wrażenie, jakby chciało mu się walczyć do końca, niezależnie od tego, jaki był wynik. Kiedy wczoraj z murawy schodził zmęczony (i wciąż nieczujący gry) Solanke, Tottenham musiał zostać z Marmoushem na szpicy.

    Jest kilka niespokojnych pytań o to – na papierze imponujące – okienko transferowe. Ilu po jego zamknięciu jest w kadrze sprawdzonych, skutecznych snajperów, to jedno z najważniejszych. Czy na prawej obronie po kontuzji Porro jest dostateczne zabezpieczenie, to nieco mniej ważne; gnębi mnie, jak widać, odejście Spence’a. Pytanie prawdziwie kluczowe: ilu jest liderów. Osobowości takich jak np. Palhinha – nawet jeśli nieumiejących rozgrywać piłki tak, jak życzyłby sobie trener, to przynajmniej zdolnych poderwać kolegów do walki skutecznym wślizgiem i nietracących głowy po pierwszym niepowodzeniu. Nie byłoby Tottenhamu w Premier League, gdyby nie gol Portugalczyka z Evertonem – ale może od gola ważniejsze były te wszystkie przerwane akcje, wola walki i siła charakteru, której po jego odejściu dramatycznie brakuje.

    Oczywiście, oczywiście: przeczytałem w ostatnich tygodniach mnóstwo mniej lub bardziej brutalnych tekstów o Tottenhamie. Niektóre naprawdę świetne, na przykład Jonathana Liew w „Guardianie” po porażce z Newcastle – ten z wyliczeniem momentów, w których Tottenham zaczyna panikować (a zaczyna panikować zawsze…) i okrutną frazą o De Zerbim przypominającym człowieka, który zawsze musi trzymać otwarte drzwi do toalety. Banter i memy sprowadzające ten klub do komediowej trupy, ustawiające powszechną percepcję wyroki w mediach społecznościowych są równie dotkliwe jak statystyki – na przykład ta z liczbą porażek w Premier League na nowym wciąż stadionie (50 w 141 meczach: Arsenal na Emirates przegrał 50 na 382). To skądinąd również jeden z wątków rozmowy: stadion jak biblioteka, stadion, na którym kibice bywają równie neurotyczni jak piłkarze, a luksus zdaje się nie sprzyjać temu, do czego powinny służyć takie miejsca. 

    Nie o tym jednak chciałem pisać. Patrząc na wszystkie ostatnie mecze z dystansu chciałoby się powiedzieć, że Tottenham gra coraz lepiej. Rozpoczyna akcje do bramki coraz bardziej umiejętnie, kreuje coraz więcej szans, jego posiadanie piłki nie jest już tak sterylne. Połączenia między piłkarzami zaczynają być widoczne, taki Savio ma coraz więcej udanych dryblingów i podań kluczowych, Van Hecke wprowadza futbolówkę w ofensywną tercję z precyzją playmakera, a kiedy na boisku pojawia się Maddison, jego prostopadłe zagrania wreszcie zaczynają sprawiać rywalom problemy. Umir Irfan w obszernej analizie na stronie BBC uspokaja: ta rewolucja potrzebuje czasu.

    Ale Tottenham nie wygrywa, a gole, które w końcu wczoraj strzelił, padły już w momencie, gdy spotkanie było rozstrzygnięte, telewizja zaś zdołała pokazać tysiące kibiców, którzy opuścili stadion i zmierzali pobliskimi ulicami w stronę metra. Van Hecke może sobie rozgrywać w najlepsze, ale fizyczny pojedynek z Jacksonem w kluczowym momencie przegrał (podobnie zresztą Kinsky: świetny w grze nogami, broniący kilka razy brawurowo – czy kilku strzałów w tym sezonie nie mógł jednak powstrzymać?). Roberto de Zerbi (co za niespodzianka…) nie trzyma nerwów na wodzy i na konferencji prasowej zaczyna wprost swoich piłkarzy atakować.

    Oprócz „Lads, it’s Tottenham” jest jeszcze inna pamiętna fraza. „Tottenham’s story is this”, powiedział niegdyś po meczu z Leicester Antonio Conte, a jego legendarna tyrada stała się już nie tylko elementem ligowego folkloru, ale także częścią klubowego DNA. Misja, jaką ma dziś jego rodak, jest bardziej fundamentalna niż przebudowa składu, odmiana stylu gry z reaktywnego na proaktywny – i wiemy już, że wyprawy z piłkarzami na kolację czy obiad z klubowymi legendami nie wystarczą.

  • Jak dostaliśmy nasz klub z powrotem

    „To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi”, powtarzałem przez kilka ubiegłych miesięcy, układając sobie w głowie opowieść o dziewiątym najbogatszym klubie świata, który w przeciągu zaledwie roku wygrał Ligę Europy, w meczu o Superpuchar Europy był bardzo blisko pokonania najlepszej drużyny kontynentu, zaczął sezon świetnie, a z upływem kolejnych kolejek pogrążał się do tego stopnia, że… 

    No właśnie, to miała być opowieść o spadku Tottenhamu z Premier League, o katastrofie niemającej precedensu w dziejach tej ligi, o sensacji na miarę bodaj jedynie mistrzostwa wywalczonego przez Leicester. Nie twierdzę, że nie czuję ulgi w związku z faktem, iż ostatecznie do tego nie doszło, ale przyznaję: znajdowałem przez cały ten czas jakiś rodzaj pociechy w myśleniu, że przynajmniej sobie tę historię zamienię w literaturę. Że spiszę kronikę katastrofy nad katastrofami. Że opowiem, jak Levy zwolnił Postecoglou, jak Lewisowie zwolnili Levy’ego, jak Venkatesham z Langem nie zwolnili w porę Franka i jak pobłądzili z zatrudnieniem Tudora; jak po drodze trzebiona kontuzjami drużyna oduczała się gry w piłkę, jak w zimowym okienku padł sławetny cytat, iż wzmocnienia są niepotrzebne, bo zawodnicy wracają do zdrowia, jak wydawało się, że decyzja o zatrudnieniu Roberto de Zerbiego nie zdoła już odwrócić fatalnego trendu…

    To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi, ale i dziś dostaliśmy kilka całkiem niezłych. Pierwsza o Joao Palhinhi, człowieku, który – oprócz tego, że zdobywał w tym sezonie bramki piękne (pamiętacie przewrotki z Doncaster Rovers w Carabao Cup i z Bournemouth w lidze?), to zdobywał bramki najważniejsze, najpierw w końcówce wyjazdowego meczu z Wolverhampton, zaledwie miesiąc temu, a potem dzisiaj. Żaden z tych goli nie mógł się urodą równać z tamtymi, ale na obecnym etapie sezonu nie o urodę chodziło, a o charakter, wolę walki i zdolność do wzięcia odpowiedzialności.

    Dla mnie Palhinha jest piłkarzem sezonu – i to utrzymanie ostatecznie będzie miało jego oblicze. Niech was bowiem nie zmylą owe przewrotki: Portugalczyk nie poderwie tłumów cudownym dryblingiem ani bajeczną asystą, w rozegraniu wizjonerstwem nie zachwyci, ale swoimi wślizgami, odbiorami, blokami, podnosił drużynę w ciągu tych ostatnich tygodni niejeden raz. Po przyjściu De Zerbiego nie był graczem pierwszego składu, wydawało się, że inny profil pomocnika jest tu potrzebny, ale wszystkie techniczne braki zrekompensował wielkim sercem. Jeśli dobrze dostrzegłem w jego oczach łzy po strzelonym golu – niech stanowią potwierdzenie tezy, że futbol lubi takie historie. A wykupienie z Bayernu za dwadzieścia parę milionów zawodnika, który pozwolił klubowi zaoszczędzić milionów dwieście, wydaje się oczywistością.

    Kolejna historia, którą lubi futbol, to oczywiście wielki comeback Antonio Kinsky’ego. Zmieniony przez Tudora po kwadransie madryckiego horroru Czech odbudował się u De Zerbiego w sposób niebywały. Jego interwencje z Wolves (rzut wolny w końcówce), z Leeds (fenomenalna parada, również w końcówce) i wreszcie dziś z Evertonem (w końcówce, a jakże) były łącznie na wagę pięciu punktów; oczywiście nowy trener uszczelnił defensywę na tyle, że bramkarz rzadko bywał zatrudniany – chyba, że do rozgrywania, w czym skądinąd lepszy jest od Vicario – ale kiedy już bywał, wykonywał obrony klasy światowej. A trener, który wyznał dziś, że rozważał zrobienie na swój pierwszy mecz (z Sunderlandem) Kinsky’ego kapitanem, pokazał, jak wielką rolę w tym fachu mają rzeczy, których żadne modele statystyczne nie ujmą. „Chciałem pokazać coś, co jest bardzo ważne i w piłce, i w życiu: jeśli jesteśmy drużyną, jesteśmy jak rodzina – mówił dziś De Zerbi o tamtej idei. – Jeśli jeden z nas przechodzi przez trudny okres, musimy go wspierać”. 

    W tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości: ostatecznie Tottenham uratował przed spadkiem Roberto de Zerbi. Człowiek, który wszedł do kompletnie rozbitej psychicznie i niepamiętającej smaku zwycięstwa szatni – i który mimo, iż stracił w kilku pierwszych tygodniach pracy kontuzjowanych Romero, Kudusa, Simonsa i Solanke, zdołał ją psychicznie podnieść. Od pierwszej konferencji prasowej zarażał wszystkich optymizmem, opowiadał dziennikarzom o swojej roli psychologa, który pokazuje piłkarzom stare mecze z ich udziałem, by przypomnieć im, jacy potrafią być dobrzy, który odbywa z nimi mnóstwo rozmów w cztery oczy, który zaprasza ich na integracyjne kolacje, który ucina w rozmowach z mediami wszelkie próby użalania się na los. Który, dodajmy jednak w kontekście Kinsky’ego, trafia także z nieoczywistymi decyzjami: Włoch mówił od początku, że jego pierwszym bramkarzem jest Vicario, ale dał bronić Czechowi do końca.

    I jest jeszcze coś: atmosfera na stadionie, tak toksyczna za poprzedników, była podczas meczów Tottenhamu prowadzonego przez De Zerbiego fantastyczna. Dziś, podobnie jak przed spotkaniem z Leeds, autobus z piłkarzami jechał ulicami północnego Londynu wśród wiwatujących tłumów, jakby o paradę z okazji mistrzostwa czy pucharu chodziło, a nie o wsparcie drużyny broniącej się przed spadkiem. Doprawdy trudno uwierzyć, patrząc na połączenie piłkarzy z kibicami zarówno podczas dzisiejszego meczu i po nim, że zakończył się właśnie najgorszy sezon tego klubu od pięciu dekad.

    To też w zasadzie jest świetna historia, futbol takie lubi. W Tottenhamie znów (pytanie jak długo, znając gorący charakter Roberto de Zerbiego i jego zdolność do wchodzenia w zwarcie z przełożonymi) pracuje szkoleniowiec, który stylem gry pasuje do tego klubu. Świetny taktyk, kapitalny trener (co się nasłuchaliśmy od piłkarzy komplementów na temat jego zajęć!), ale też ktoś, kto ma nosa i rękę do ludzi, kto potrafi przemówić do ich serc. Dostaliśmy nasz klub z powrotem. Lepiej późno niż wcale.

    PS No dobra, to utrzymanie, te ostatnie tygodnie zrywu pod De Zerbim miały również twarz Bentancura. Wrócił po kontuzji w samą porę, z miejsca wskoczył do pierwszego składu i został w nim na dobre. Tak irytujący pod Frankiem spowalnianiem gry, podaniami w poprzek i do tyłu, tutaj dał spokój w wyprowadzaniu piłki pod presją i kontrolę w środku pola, słowem: klasę, której tak bardzo tu ostatnio brakowało.

  • Wygrana na Villa Park. Wiatr się odwrócił

    To. Był. Dobry. Mecz. Tottenhamu. Nabrawszy powietrza w płuca i uspokajając oddech patrzę na zapisane wyżej słowa z lekkim niedowierzaniem. Sprawdzam, czy naprawdę tu są i jak się prezentują. 

    Owszem, po pół godzinie gry można było jeszcze mówić, że mecz z silnie przemeblowaną między półfinałami Ligi Europy Aston VIllą przypominał jeden z owych treningów urządzanych przez Antonio Conte, który czasami nakazywał swoim podopiecznym grać w jedenastu przeciwko nieistniejącym przeciwnikom, ale później jednak gospodarze coś tam poprawili i zwłaszcza w drugiej połowie o obronę tego zwycięstwa trzeba było powalczyć.

    I, dalibóg, piłkarze Tottenhamu powalczyli. Od pierwszej minuty przenieśli grę na połowę rywala. Odbierali piłkę wysoko, skacząc do pressingu w sposób zorganizowany i uporządkowany. Byli drużyną, w której każdy był świadom ruchów kolegi – stąd te wszystkie rozegrania w trójkątach. Byli odpowiedzialni. Byli zaangażowani. Tworzyli wspólnotę: nawet pozostający dotąd jakby na peryferiach zespołu Kolo Muani podbiegł do Palhinhi i ucałował go w głowę po jednej z moich ulubionych akcji tego meczu (sezonu?), kiedy Portugalczyk poszedł za wcześnie do wślizgu przed własnym polem karnym, a potem zdążył się poprawić, rzucając się pod nogi rywala, odbierając piłkę i wyprowadzając ją, by dać się sfaulować – a po zejściu z boiska (Kolo Muani, nie Palhinha) szedł wzdłuż linii bocznej zbijając piątkę z kibicami.

    Sporo było takich scen: świętujący wywalczony aut Porro. Niedający odetchnąć obrońcom i bramkarzowi Villi Richarlison. Gallagher, który do gola dołożył przecież fenomenalną grę bez piłki na całym boisku. To był mecz, w którym trzeba było rywala zabiegać i dalibóg: zrobili to. To był mecz, w którym trzeba było wygrywać pojedynki, zgarniać drugie piłki i dalibóg: zrobili to. Ale też to był mecz, w którym z łatwością utrzymywali się przy piłce i – nawet jeśli bramki zdobywali w chaosie wywołanym po stałych fragmentach – wiedzieli, jak kreować kolejne sytuacje. No i to był mecz, w którym trzeba było utrzymać i koncentrację, i poziom zaangażowania do samego końca. W zasadzie się udało.

    Jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze – a dla odmiany dziś wiele na to wskazuje – będzie to efekt zatrudnienia trenera, którego etos gry ofensywnej pasuje do tego klubu lepiej niż pragmatyzm jego biedapoprzedników, i który potrafił uspokoić skołatane nerwy swoich piłkarzy, przekonując ich, że mimo katastrofalnej serii meczów bez zwycięstwa i jeszcze bardziej katastrofalnej serii kontuzji, potrafią jednak uprawiać ten sport. Ostatnia konferencja Roberto De Zerbiego, rozpoczęta tyradą o uciszaniu negatywnych myśli – że pech, że kontuzje, że sztab medyczny nie taki, że boisko nie takie – była rzuceniem wyzwania dziennikarzom, ale najpierw musiał w tych wszystkich kwestiach przekonać piłkarzy; mówił na jednej z wcześniejszych konferencji, że po prostu muszą zacząć go słuchać i – zważywszy na komplementy, jakimi obdarzył go dziś w jednym z wywiadów pomeczowych Connor Gallagher – udało mu się. Charyzma działa, nawet jeśli w rozmowach z dziennikarzami charyzmę trzeba podpierać tłumaczem.

    Ale jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze, będzie to zawdzięczał również spokojowi, jaki w środku pola wprowadza Bentancur (oby dzisiejszy uraz pozwolił mu dalej wychodzić w pierwszym składzie, bo pod De Zerbim jest znów tym piłkarzem, który zachwycał jeszcze za czasów Contego, w sumie żeby podsumować pobyt w Tottenhamie Thomasa Franka wystarczy przyjrzeć się, jaki antyfutbol prezentował w jego czasach Urugwajczyk), i – dla odmiany – dzikiej energii Gallaghera. To właściwie niewiarygodne, jak można w krótkim czasie i w tak niesprzyjających okolicznościach (po przeciętnym tak naprawdę meczu z Wolverhampton stracili jeszcze Solankego i Simonsa, wcześniej, na początku kadencji De Zerbiego, wysypali się Kudus i Romero…) odbudować wiarę zawodników we własne umiejętności – a zarazem jak można dać im klarowne instrukcje, co mają robić z piłką i bez.

    Tak, to był dobry mecz. Miałbym ochotę napisać nawet, że najlepszy od pierwszych tygodni Postecoglou, ale nie zrobię tego, bo musiałbym skreślić po przeczytaniu. Poprzeczka w ostatnich miesiącach była doprawdy nisko zawieszona; na analizę zmarnowanego sezonu przyjdzie jeszcze czas – na razie powiedzmy z pełnym przekonaniem i bez skreśleń: wiatr się odwrócił. 

  • Śnił mi się Tottenham

    Śnił mi się Tottenham. Po golu straconym w doliczonym czasie gry w meczu, który miał zakończyć najdłuższą w historii klubu serię spotkań bez wygranej w Premier League, a który zakończył się tylko remisem; po meczu, który co najmniej na drugi tydzień z rzędu zakotwiczył klub w strefie spadkowej; po kolejce trzydziestej trzeciej, co oznacza, że na uniknięcie niewyobrażalnego zostało ledwie pięć – śnił mi się Tottenham i nie był to, dodajmy od razu, jakiś mroczny koszmar. Nie żebym od razu odzyskał nadzieję, bo po tym, jak nie udało się wygrać u siebie z Brighton prawdopodobieństwo degradacji wzrosło. Odzyskałem jednak coś ważniejszego, a mianowicie klub.

    Obiecuję sobie od tygodni, że kiedy Tottenham spadnie z Premier League (co, przyznacie, będzie w dziejach tej ligi sensacją porównywalną jedynie z mistrzostwem wywalczonym przez Leicester) solennie spiszę całą listę okoliczności, które do tego doprowadziły. Część z nich będzie, by tak rzec, łagodząca – takiej plagi kontuzji, i to rozciągniętej na więcej niż jeden sezon, nie notował żaden inny klub. Dla części jednak, i to większej, żadnej taryfy ulgowej się nie znajdzie, a wiązać się będą np. z pomyłkami zarządu, związanymi z zatrudnieniem kolejnych dwóch trenerów o profilu diametralnie odmiennym od poprzednika, i ze sposobem inwestowania w piłkarzy, którzy, delikatnie rzecz ujmując, z racji wieku lub profilu nie są w stanie udźwignąć bieżącej presji (a może zresztą i za te kontuzje ktoś, czytaj: sztab medyczny lub trenerski, ponosi odpowiedzialność). 

    Zimowe okienko na przykład, w którym odszedł Johnson i – mimo kontuzji Kudusa – nie postarano się o jakiegoś zmiennika na tę pozycję, z pewnością zajmie poczesne miejsce w każdej spisywanej po spadku anatomii katastrofy. Rodzina Lewisów i utrzymywani przez nią na posadach, bezpośrednio odpowiadający za funkcjonowanie Tottenhamu panowie Venkatesham i Lange bolesnych pomyłek popełnili jednak więcej; wśród osób regularnie opisujących klub panuje przecież konsensus, że Daniel Levy (niezależnie od osobnej i całkiem pokaźnej listy błędów, popełnionych za jego rządów) zarówno wcześniej zwolniłby Thomasa Franka, jak i nie zatrudniałby na jego miejsce Igora Tudora: jeśli drużynie zabraknie czasu, by wydźwignąć się z tarapatów, to ostatecznie dlatego, że z Chorwatem straciła sześć tygodni.

    Dlaczego zatem śnił mi się Tottenham? Pewnie dlatego, że gdybym miał abstrahować od tego straconego gola w końcówce, było to najlepsze dziewięćdziesiąt minut Spurs od bardzo, bardzo dawna; dziewięćdziesiąt minut odpowiadające kibicowskim oczekiwaniom futbolu ofensywnego i intensywnego, z akcjami, które się kleją, z pressingiem, który działa, z pojedynkami, które się wygrywa, z bramkami, które zachwycają (no dobra, to trzeba epoce Franka oddać, że mimo biedafutbolu padały w jej trakcie cudowne gole, zdobywane przez Solanke, Romero, Palhinhę czy Richarlisona skorpionem, przewrotką czy nożycami). 

    Minione miesiące upływały mi w nastroju rezygnacji i apatii, poza oczekiwaniem na jakiegoś gola po stałym fragmencie nie spodziewałem się właściwie niczego i tylko współczułem rzucanemu po różnych pozycjach Archiemu Grayowi, będąc przekonanym, że w jego wieku nie powinien dźwigać na barkach aż takiej odpowiedzialności. Wczoraj zaś spore fragmenty meczu oglądałem na stojąco, jakbym – żeby zacytować frazę z jednego z pierwszych treningów pod Roberto de Zerbim, którą Włoch wygłosił bodaj do Micky’ego van de Vena – miał na nowo zakochać się w piłce. Lubiłem patrzeć, jak Bentancur wyprowadza piłkę pod presją (czy Frank im tego zakazywał?!), lubiłem obserwować, jak Bergvall skacze do odbioru, lubiłem wgapiać się w układającego stopę do strzału Simonsa.

    Tak, może Tottenham spadnie z ligi. Może to będzie wizerunkowa i sportowa katastrofa, jakiej świat nie widział. Może pół drużyny odejdzie. Może fatalnie zarządzany klub nie zdoła wrócić od razu do Premier League i spotka go los, będący obecnie udziałem Leicester. Może znów będę musiał oglądać mecze na nielegalnych streamach. Tym wszystkim zdążę się jeszcze martwić (albo, kto wie, cieszyć, bo kibicowanie Tottenhamowi na powrót stanie się moim intymnym hobby, a nie rozrywką, dostępną milionom konsumentów futbolowego kontentu). Na razie zapisuję sobie sen jasny jak uśmiech rozgrzewającego się z kolegami Maddisona. Sen, w którym drużyna, której kibicuję, gra w piłkę nożną, a patrzenie na to nie jest źródłem intelektualnej i estetycznej żenady.

    Niektórzy – jak Roberto de Zerbi – przekonują, że za taką grą przyjdą i punkty, ale to już rozważania należące do strefy jawy. W zasadzie mógłbym śnić dalej.