Błąd: można się czegoś nauczyć, czyli pożytki z historii Antonina Kinsky’ego

Nie wykluczam oczywiście, że to tylko ja mam takie wrażenie. Że to kwestia portali czy gazet, które czytam, i algorytmów, które zgodnie z logiką mediów niegdyś społecznościowych podsuwają mi wyłącznie rzeczy, które zdaniem tychże mediów chcę oglądać. Innymi słowy: nie wykluczam, że tak to wygląda wyłącznie z mojej bańki. Z drugiej strony wydaje mi się to wrażenie zbyt ważne, bym miał się nim nie podzielić. A co, jeśli dzięki wtorkowym błędom Antonina Kinsky’ego na stadionie Atletico i dzięki temu, że w ich efekcie Igor Tudor w szesnastej minucie zmienił bramkarza, zobaczyliśmy, że świat stał się odrobinę lepszym miejscem, niż był jeszcze parę lat temu?

Wszyscy pamiętamy, co spotkało w podobnej sytuacji Llorisa Kariusa po finale Ligi Mistrzów 2017/18. Bezlitosna ściana kpin, brutalne oceny wszechwiedzących ekspertów (skądinąd nieświadomych jeszcze, że bramkarz Liverpoolu po zderzeniu z Sergio Ramosem ma wstrząnienie mózgu), wyścig na grepsy tak straszliwe, że w epoce gifów, memów i wszystkich tych szatańskich wynalazków, przy pomocy których tak łatwo uczynić z bliźniego swego – w wersji najłagodniejszej – ofermę, już tamtej nocy można było powiedzieć, że nie zostaną zapomniane nigdy.

Nic takiego się w przypadku Kinsky’ego nie wydarzyło. Niemal natychmiast po meczu Atletico-Tottenham do opinii publicznej zaczęły się przebijać opinie prawdziwych fachowców w tej branży, w pierwszym rzędzie Petera Schmeichela i Davida de Gei, ale później spływały kolejne głosy – siłą rzeczy nagłaśniane przez media, komplikujące ich przekaz, z prawdziwym czy dobrze udawanym współczuciem powtarzane przez kolejne znane twarze.

Bramkarskie legendy mówiły o młodym Czechu rozumiejąco, podkreślały wpisaną w ten fach nieprzewidywalność, pecha, a nade wszystko prawo do błędu. Głównym bohaterem dziennikarskich sprawozdań był raczej zmieniający bramkarza trener Tottenhamu niż sam Antonin Kinsky – a jeśli Czech, to pytano z troską, jak tą decyzją Igor Tudor mógł wpłynąć na dobrostan i przyszłość swojego podopiecznego. Podkreślano wsparcie, jakie dali młodemu bramkarzowi koledzy. Zauważono empatyczny komentarz odpowiadającego za szkolenie golkiperów w Tottenhamie Fabiana Otte. Kiedy głos zabrał sam Kinsky, pisał, owszem, o okrucieństwie futbolu – ale raczej dziękował za te wszystkie życzliwe reakcje, jakie spotkały go po madryckiej katastrofie. I podkreślał, że to dzięki nim – po tym, jak jego marzenia zamieniły się w koszmar – może znowu marzyć. Jakbyśmy wszyscy w ciągu minionych lat nauczyli się nie tylko tego, że na żadnej innej pozycji piłkarz nie mierzy się w podobnym stopniu z fatum (dobrze grający nogami zawodnik nagle wybija piłkę wprost pod nogi rywala: przecież w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto podałby ją idealnie pod nogi partnera z drużyny…), ale że słowa nie są niewinne, a pod trykotami z poliestru kryją się prawdziwi ludzie.

Jako się rzekło: nie wykluczam, że to tylko tak wygląda z mojej bańki – niechże to więc będzie zakład Okońskiego. „Skoro trzeba wybierać, zobaczmy, w czym mniej ryzykujesz”, pisał Pascal. Wydaje mi się, że jako wspólnota mniej ryzykujemy powstrzymując rechot na widok człowieka, który wystawiony na osąd wielomilionowej widowni popełnił spektakularną wpadkę.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *