Tag: Tottenham

  • Śnił mi się Tottenham

    Śnił mi się Tottenham. Po golu straconym w doliczonym czasie gry w meczu, który miał zakończyć najdłuższą w historii klubu serię spotkań bez wygranej w Premier League, a który zakończył się tylko remisem; po meczu, który co najmniej na drugi tydzień z rzędu zakotwiczył klub w strefie spadkowej; po kolejce trzydziestej trzeciej, co oznacza, że na uniknięcie niewyobrażalnego zostało ledwie pięć – śnił mi się Tottenham i nie był to, dodajmy od razu, jakiś mroczny koszmar. Nie żebym od razu odzyskał nadzieję, bo po tym, jak nie udało się wygrać u siebie z Brighton prawdopodobieństwo degradacji wzrosło. Odzyskałem jednak coś ważniejszego, a mianowicie klub.

    Obiecuję sobie od tygodni, że kiedy Tottenham spadnie z Premier League (co, przyznacie, będzie w dziejach tej ligi sensacją porównywalną jedynie z mistrzostwem wywalczonym przez Leicester) solennie spiszę całą listę okoliczności, które do tego doprowadziły. Część z nich będzie, by tak rzec, łagodząca – takiej plagi kontuzji, i to rozciągniętej na więcej niż jeden sezon, nie notował żaden inny klub. Dla części jednak, i to większej, żadnej taryfy ulgowej się nie znajdzie, a wiązać się będą np. z pomyłkami zarządu, związanymi z zatrudnieniem kolejnych dwóch trenerów o profilu diametralnie odmiennym od poprzednika, i ze sposobem inwestowania w piłkarzy, którzy, delikatnie rzecz ujmując, z racji wieku lub profilu nie są w stanie udźwignąć bieżącej presji (a może zresztą i za te kontuzje ktoś, czytaj: sztab medyczny lub trenerski, ponosi odpowiedzialność). 

    Zimowe okienko na przykład, w którym odszedł Johnson i – mimo kontuzji Kudusa – nie postarano się o jakiegoś zmiennika na tę pozycję, z pewnością zajmie poczesne miejsce w każdej spisywanej po spadku anatomii katastrofy. Rodzina Lewisów i utrzymywani przez nią na posadach, bezpośrednio odpowiadający za funkcjonowanie Tottenhamu panowie Venkatesham i Lange bolesnych pomyłek popełnili jednak więcej; wśród osób regularnie opisujących klub panuje przecież konsensus, że Daniel Levy (niezależnie od osobnej i całkiem pokaźnej listy błędów, popełnionych za jego rządów) zarówno wcześniej zwolniłby Thomasa Franka, jak i nie zatrudniałby na jego miejsce Igora Tudora: jeśli drużynie zabraknie czasu, by wydźwignąć się z tarapatów, to ostatecznie dlatego, że z Chorwatem straciła sześć tygodni.

    Dlaczego zatem śnił mi się Tottenham? Pewnie dlatego, że gdybym miał abstrahować od tego straconego gola w końcówce, było to najlepsze dziewięćdziesiąt minut Spurs od bardzo, bardzo dawna; dziewięćdziesiąt minut odpowiadające kibicowskim oczekiwaniom futbolu ofensywnego i intensywnego, z akcjami, które się kleją, z pressingiem, który działa, z pojedynkami, które się wygrywa, z bramkami, które zachwycają (no dobra, to trzeba epoce Franka oddać, że mimo biedafutbolu padały w jej trakcie cudowne gole, zdobywane przez Solanke, Romero, Palhinhę czy Richarlisona skorpionem, przewrotką czy nożycami). 

    Minione miesiące upływały mi w nastroju rezygnacji i apatii, poza oczekiwaniem na jakiegoś gola po stałym fragmencie nie spodziewałem się właściwie niczego i tylko współczułem rzucanemu po różnych pozycjach Archiemu Grayowi, będąc przekonanym, że w jego wieku nie powinien dźwigać na barkach aż takiej odpowiedzialności. Wczoraj zaś spore fragmenty meczu oglądałem na stojąco, jakbym – żeby zacytować frazę z jednego z pierwszych treningów pod Roberto de Zerbim, którą Włoch wygłosił bodaj do Micky’ego van de Vena – miał na nowo zakochać się w piłce. Lubiłem patrzeć, jak Bentancur wyprowadza piłkę pod presją (czy Frank im tego zakazywał?!), lubiłem obserwować, jak Bergvall skacze do odbioru, lubiłem wgapiać się w układającego stopę do strzału Simonsa.

    Tak, może Tottenham spadnie z ligi. Może to będzie wizerunkowa i sportowa katastrofa, jakiej świat nie widział. Może pół drużyny odejdzie. Może fatalnie zarządzany klub nie zdoła wrócić od razu do Premier League i spotka go los, będący obecnie udziałem Leicester. Może znów będę musiał oglądać mecze na nielegalnych streamach. Tym wszystkim zdążę się jeszcze martwić (albo, kto wie, cieszyć, bo kibicowanie Tottenhamowi na powrót stanie się moim intymnym hobby, a nie rozrywką, dostępną milionom konsumentów futbolowego kontentu). Na razie zapisuję sobie sen jasny jak uśmiech rozgrzewającego się z kolegami Maddisona. Sen, w którym drużyna, której kibicuję, gra w piłkę nożną, a patrzenie na to nie jest źródłem intelektualnej i estetycznej żenady.

    Niektórzy – jak Roberto de Zerbi – przekonują, że za taką grą przyjdą i punkty, ale to już rozważania należące do strefy jawy. W zasadzie mógłbym śnić dalej.

  • Czekając na arcyważny mecz o wszystko

    Stać mnie jedynie na kilka chaotycznych myśli, z których pierwsza jest taka, że wizualizowałbym sobie perspektywę utrzymania Tottenhamu w Premier League z większym spokojem, gdyby jednak Liverpool na Anfield załadował tej drużynie kilka bramek, Igor Tudor straciłby pracę i w arcyważnym meczu o wszystko z Nottingham Forest poprowadził ją jakiś inny szkoleniowiec; mocno się obawiam, że kiedy przyjdzie grać u siebie i dyktować warunki drużynie Vitora Pereiry zadanie okaże się dla Chorwata zbyt trudne, a potem na ratunek zabraknie czasu.

    Myśl druga: to Liverpool podarował Tottenhamowi ten punkt. Stopień, w którym gospodarze – w związku ze środowym meczem Ligi Mistrzów wystawiający skład bardziej jak na Carabao Cup niż na Premier League – nie przykładali się do gry, był zaiste niebywały. Mieli w końcu naprzeciwko siebie najgorszą drużynę w lidze (fakt, nie opinia – każdy z rywali w walce o utrzymanie zdobył w tym roku więcej punktów), drużynę zamroczoną serią potężnych ciosów zbieranych na boisku i poza nim (te kontrowersje ze zmianą bramkarza w meczu z Atletico, te próby przerzucenia odpowiedzialności za stan klubu przez nowych właścicieli na Daniela Levy’ego, te spekulacje o przyszłości tymczasowego trenera…), a przede wszystkim drużynę osłabioną brakiem trzynastu zawodników, wśród których są kapitanowie, liderzy, podpory i gwiazdy (wyliczmy dla porządku: Romero, Palhninha, Van de Ven, Bissouma, Udogie, Bergvall, Davies, Kudus, Bentancur, Kulusevski, Maddison, Odobert i Gallagher – i dla porównania wyobraźmy sobie Liverpool bez Van Dijka, Endo, Konate, Bajceticia, Kerkeza, Jonesa, Robertsona, Salaha, MacAllistera, Gakpo, Szoboslaia, Ngumohy i Gravenbercha JEDNOCZEŚNIE; dziś Tudor miał do dyspozycji DWUNASTU zdolnych do gry zawodników z pola plus trzech bramkarzy i trzech juniorów). 

    Drużynę, której ten tymczasowy szkoleniowiec w każdym kolejnym spotkaniu aplikuje nowe ustawienia i taktykę – i która dzisiejszego 4-4-2 nie wypróbowała na treningach ani razu, bo w tygodniu ćwiczono wariant z Gallagherem, który ostatecznie nie nadawał się do gry, więc na prawym skrzydle wystąpił nominalny lewy obrońca, dziewiętnastoletni, wchodzący dopiero do tej ligi Brazylijczyk Souza. Drużynę, którą – wydawało się – zaczęli już rzucać na deski, po tym, jak Vicario przepuścił strzał z rzutu wolnego Szoboslaia. 

    Tyle razy młody Ngumoha wkręcał Porro w ziemię, tyle razy Vicario wykopywał piłkę pod nogi gospodarzy, tyle razy biły widzów po oczach techniczne ograniczenia Dragusina. Tyle razy biła po oczach niezdolność piłkarzy Spurs do przeprowadzenia piłki przez środek boiska. Tyle razy w drugiej połowie Liverpool przerywał jakiś niemrawy atak i miał przed sobą trzech-czterech z trudem wracających na własną połowę obrońców, a za ich plecami mnóstwo miejsca. Tyle razy wydawało się, że Gakpo czy Salah zamkną wreszcie ten mecz…

    Nic takiego się nie wydarzyło. Aktualni wciąż mistrzowie Anglii dopuszczali tych permanentnych ostatnio przegrywów do kolejnych okazji, z każdą minutą pozwalając im wierzyć bardziej i bardziej. Zostawmy na boku jakość gry Tottenhamu – o tej trudno powiedzieć cokolwiek dobrego od tygodni. To była kwestia nie jakości, tylko wiary – zwłaszcza Richarlisona, który skończył ten mecz z największą liczbą wygranych pojedynków, wślizgów, strzałów (w tym strzałów celnych) i kontaktów w polu karnym rywala. Wiary, że się uda, jeśli porządnie zrobi się rzeczy, które należą do piłkarskiego elementarza: wygra się pojedynek, szybciej doskoczy do bezpańskiej piłki, zablokuje strzał.

    Oto, dlaczego na miejsce w pierwszym składzie nie może u Tudora liczyć Xavi Simons, a i Kolo Muani rozpoczyna mecze z ławki. Ta drużyna nie potrzebuje teraz efektownych sztuczek, cieszących oko kibica popisów, tylko takiej właśnie waleczności, jaką pokazywali Richarlison czy Tel. W sumie szkoda, że po tym wyrównującym golu nie poszli jeszcze za ciosem…, 

    Jakkolwiek to zabrzmi w perspektywie zbliżającego się spotkania fazy pucharowej Ligi Mistrzów, za tydzień przed Tottenhamem najważniejszy mecz od czasu majowego finału Ligi Europy. Bój o trzy, co ja mówię, sześć punktów. Doprawdy, nisko upadliśmy, a możemy jeszcze niżej.

  • Błąd: można się czegoś nauczyć, czyli pożytki z historii Antonina Kinsky’ego

    Nie wykluczam oczywiście, że to tylko ja mam takie wrażenie. Że to kwestia portali czy gazet, które czytam, i algorytmów, które zgodnie z logiką mediów niegdyś społecznościowych podsuwają mi wyłącznie rzeczy, które zdaniem tychże mediów chcę oglądać. Innymi słowy: nie wykluczam, że tak to wygląda wyłącznie z mojej bańki. Z drugiej strony wydaje mi się to wrażenie zbyt ważne, bym miał się nim nie podzielić. A co, jeśli dzięki wtorkowym błędom Antonina Kinsky’ego na stadionie Atletico i dzięki temu, że w ich efekcie Igor Tudor w szesnastej minucie zmienił bramkarza, zobaczyliśmy, że świat stał się odrobinę lepszym miejscem, niż był jeszcze parę lat temu?

    Wszyscy pamiętamy, co spotkało w podobnej sytuacji Llorisa Kariusa po finale Ligi Mistrzów 2017/18. Bezlitosna ściana kpin, brutalne oceny wszechwiedzących ekspertów (skądinąd nieświadomych jeszcze, że bramkarz Liverpoolu po zderzeniu z Sergio Ramosem ma wstrząnienie mózgu), wyścig na grepsy tak straszliwe, że w epoce gifów, memów i wszystkich tych szatańskich wynalazków, przy pomocy których tak łatwo uczynić z bliźniego swego – w wersji najłagodniejszej – ofermę, już tamtej nocy można było powiedzieć, że nie zostaną zapomniane nigdy.

    Nic takiego się w przypadku Kinsky’ego nie wydarzyło. Niemal natychmiast po meczu Atletico-Tottenham do opinii publicznej zaczęły się przebijać opinie prawdziwych fachowców w tej branży, w pierwszym rzędzie Petera Schmeichela i Davida de Gei, ale później spływały kolejne głosy – siłą rzeczy nagłaśniane przez media, komplikujące ich przekaz, z prawdziwym czy dobrze udawanym współczuciem powtarzane przez kolejne znane twarze.

    Bramkarskie legendy mówiły o młodym Czechu rozumiejąco, podkreślały wpisaną w ten fach nieprzewidywalność, pecha, a nade wszystko prawo do błędu. Głównym bohaterem dziennikarskich sprawozdań był raczej zmieniający bramkarza trener Tottenhamu niż sam Antonin Kinsky – a jeśli Czech, to pytano z troską, jak tą decyzją Igor Tudor mógł wpłynąć na dobrostan i przyszłość swojego podopiecznego. Podkreślano wsparcie, jakie dali młodemu bramkarzowi koledzy. Zauważono empatyczny komentarz odpowiadającego za szkolenie golkiperów w Tottenhamie Fabiana Otte. Kiedy głos zabrał sam Kinsky, pisał, owszem, o okrucieństwie futbolu – ale raczej dziękował za te wszystkie życzliwe reakcje, jakie spotkały go po madryckiej katastrofie. I podkreślał, że to dzięki nim – po tym, jak jego marzenia zamieniły się w koszmar – może znowu marzyć. Jakbyśmy wszyscy w ciągu minionych lat nauczyli się nie tylko tego, że na żadnej innej pozycji piłkarz nie mierzy się w podobnym stopniu z fatum (dobrze grający nogami zawodnik nagle wybija piłkę wprost pod nogi rywala: przecież w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto podałby ją idealnie pod nogi partnera z drużyny…), ale że słowa nie są niewinne, a pod trykotami z poliestru kryją się prawdziwi ludzie.

    Jako się rzekło: nie wykluczam, że to tylko tak wygląda z mojej bańki – niechże to więc będzie zakład Okońskiego. „Skoro trzeba wybierać, zobaczmy, w czym mniej ryzykujesz”, pisał Pascal. Wydaje mi się, że jako wspólnota mniej ryzykujemy powstrzymując rechot na widok człowieka, który wystawiony na osąd wielomilionowej widowni popełnił spektakularną wpadkę.

  • Dzień, w którym zabrakło mi słów

    Żyjemy w czasach permanentnej przesady, więc doprawdy próbuję ważyć słowa. Szok! Kompromitacja!! Żenada!!! Wszystko już było, każde mocne sformułowanie padło, nic nie robi wrażenia na odbiorcy, nawet wulgaryzmy w przestrzeni publicznej zdołaliśmy znormalizować. Słowa „Spursy” nie bardzo można użyć, skoro używało się go przy byle porażce. No dobra, dzisiejsza nie była byle porażką – i to nie tylko dlatego, że sześciu meczów z rzędu ten klub nie przegrał jeszcze nigdy w historii.

    Ironia, sarkazm, złośliwe docinki wydają się więc równie na miejscu jak beznamiętne analizy rozpadu, zestawiające go choćby z tamtym momentem, w którym po porażce 6:1 na St. James’ Park kończyła się inna tymczasowa kadencja na trenerskiej posadzie: ta Cristiana Stelliniego.

    Z drugiej strony tego, co zobaczyliśmy w ciągu pierwszych dwudziestu minut dzisiejszego meczu naprawdę nie da się z niczym porównać – i żadne ze słów nie wydaje się zbyt mocne. Wiele przeszedłem jako kibic Tottenhamu, pamiętam nie tylko tamtą katastrofę w Newcastle pod Stellinim, ale także 6:0 na Etihad pod wyrzuconym za sprawą tej porażki Andre Villas-Boasem w 2013, kiedy Lloris wpuścił pierwszego gola już w 14. sekundzie, czy wreszcie 2:7 z Bayernem w 2019 na koniec (pierwszego?) pobytu w klubie Mauricio Pochettino. Niby nic mnie już nie jest w stanie zdziwić. Zwolnienie trenera, który właśnie wygrał europejski puchar. Głupie czerwone kartki kapitanów drużyny. Mecze przechodzące do historii dzięki brakom celnego strzału czy xG poniżej 0,1. 

    Co różni dzisiejszy pogrom z rąk Atletico od tamtych, to oczywiście ta jedna trenerska decyzja, strach powiedzieć: jedyna decyzja, dzięki której pobyt Igora Tudora będzie w północnym Londynie pamiętany. Przedmeczowa decyzja o zmianie bramkarza na kogoś, kto po pierwszym kwadransie meczu trzy razy wyjmował piłkę z siatki, z czego dwukrotnie po własnych błędach – błędach zaiste kuriozalnych. Decyzja, która – wiele na to wskazuje – łamie karierę chłopca uważanego jeszcze czternaście miesięcy temu za jeden z większych talentów na tej pozycji w Europie.

    Przyznajmy: po tym, co obejrzeliśmy w ciągu kilkunastu występów Antonina Kinsky’ego w Tottenhamie niewiele wskazywało na jej sensowność. Kiedy Czech dostawał szansę od Postecoglou i Franka (albo kiedy łatał dziury, w przypadku kontuzji Vicario), popełniał błędy, przepuszczał strzały, które Włoch zwykł bronić. Wydawało się, że lepiej od kolegi gra nogami… dziś nikt już tak nie powie i jedyne, o czym można myśleć w kontekście występu Kinsky’ego, to jego dobrostan psychiczny po blamażu, który dokonał się na oczach całej Europy, i którego konsekwencją była zmiana już w 16. minucie. Może to też zresztą jest dla Tottenhamu typowe, że niewątpliwy komizm sytuacji niebezpiecznie blisko sąsiaduje z potencjałem tragedii.

    W okrutnym tekście, opublikowanym na łamach „Guardiana” zaledwie cztery dni temu, Barney Ronay ironizował na temat zatrudnienia przez klub Igora Tudora, że bazowanie wyłącznie na marce Chorwata jako specjalisty od wyciągania drużyn w kłopotach przypomina logikę zatrudniania trenera tylko dlatego, że nosi brązowy płaszcz, a najlepsi trenerzy noszą brązowe płaszcze, albo dlatego, że kiedyś już zdarzyło mu się w marcu pokonać drużynę grającą w niebieskich koszulkach. Na podobnej zasadzie wypada ocenić przecież nie tylko tę dzisiejszą zmianę obsady bramki Tottenhamu, ale i inne chaotyczne ruchy Chorwata. Odsyłanie na ławkę i przywoływanie z ławki Simonsa i Gallaghera, Souzy i Tela, Kolo Muaniego i Palhninhi. Zmiany ustawienia z trójki na czwórkę obrońców. Przerzucanie Graya z miejsca na miejsce po całym boisku. Desperackie, chaotyczne próby poprawienia czegokolwiek, ale sprawiające wrażenie podejmowanych w oparciu o rzut monetą czy o losowanie kart z talii tarota, nie zaś w oparciu o przynajmniej średnioterminową strategię. Nawet schodzącego z boiska Czecha nie potrafił dziś pocieszyć, zrobić jakiś gest, zachęcić do pozostania na ławce, gdy załamany młodzian schodził prosto do szatni.

    Kinsky’emu wypada współczuć. Mniej zrozumienia można mieć do Micky’ego Van de Vena (winowajca drugiego gola) i kilku pozostałych piłkarzy, którzy chyba źle dobrali obuwie, bo przez cały mecz się ślizgali. Najmniej jednak empatii budzą klubowi właściciele i zarządcy, którzy nie zareagowali na objawy kryzysu zmianą trenera już w listopadzie, którzy przespali zimowe okienko transferowe, a potem zatrudnili szkoleniowca, pod którym Tottenham prezentuje się jeszcze gorzej niż pod Thomasem Frankiem. Jeśli miałbym sobie pozwolić na jakiś, nienajlepszy zresztą greps w puencie, to powiem, że następny poślizg będzie poślizgiem do Championship.

    Wrócę do tematu. Na razie czekam na pożegnalną konferencję prasową szkoleniowca, o którym piszę po raz pierwszy, ale chyba ostatni. Nie będę tęsknił.

  • Czekając na Drugie Przyjście, czyli dlaczego Thomas Frank został zwolniony

    Widywałem na tym stanowisku gorszy materiał ludzki. Im bardziej był pod presją, im bardziej brutalne stawały się pytania dziennikarzy (którym oczywiście trudno się dziwić – robili to, co do nich należy), tym bardziej mu w gruncie rzeczy współczułem. Do końca utrzymał coś, co w języku etyki conradowskiej nazwanoby pewnie „integrity”. Nawet gdy wczoraj mówił, że odpowiedzialność za kiepskie wyniki rozkłada się na więcej osób, brzmiało to jak proste stwierdzenie faktu, a nie próba zrzucenia jej z siebie i przeniesienia na klubowy zarząd, na piłkarzy, na sztab medyczny, na sędziów, na splot niefortunnych zdarzeń.

    Wyobrażacie sobie w jego roli Mourinho czy Conte? Po każdym kolejnym urazie zawodnika pierwszego składu, po czerwonych kartkach Romero, po okienku transferowym, które faktycznie zakończyło się wyłącznie wymianą Johnsona za Gallaghera (przy takiej pladze kontuzji!), po fiaskach związanych z podejściami pod Gibbsa-White’a, Ezego, Semenyo, Robertsona (czy gdyby przyszli, sezon wyglądałby inaczej?), po karuzeli zmian na szczytach władzy (Paratici wraca, potem znów odchodzi…), na konferencjach prasowych leciałyby wióry. Winien byłby każdy, poza trenerem.

    Podkreślam ten ludzki aspekt sprawy na początku, bo później pewnie do niego nie wrócę, a w dobie błyskawicznych egzekucji wykonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych wydaje mi się ważny: to, że Thomas Frank okazał się niewłaściwym człowiekiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, nie czyni go człowiekiem złym, zepsutym czy nieuczciwym, nie czyni go też trenerską ofermą. Podczas siedmiu lat w Brentfordzie wypracował sobie markę podobną do tej, która zaprowadziła Grahama Pottera na posadę trenera Chelsea: trudno się dziwić, że chciał wypłynąć na szersze wody, spróbować swoich sił w większym klubie – i można mieć pewność, że niedługo znów zobaczymy go przy linii bocznej, odnoszącego sukcesy na swoją miarę.

    Bardziej już można się dziwić władzom klubu, które konstruując osławioną listę kryteriów, na jakich podstawie zdecydowały się ostatecznie postawić na Duńczyka, wśród np. znajomości ligi, zdolności rozwijania zawodników, medialnej prezencji i taktycznej elastyczności, przy tym ostatnim punkcie nie miały większych wątpliwości. Tottenham jest specyficznym klubem, pisałem o tym wielokrotnie, że oprócz wyników, patrzy się tu jeszcze na styl, w którym są osiągane; że tu oczekuje  się piłki odważnej, ofensywnej, podrywającej fanów z – kosztownych skądinąd – stadionowych krzesełek.

    Pragmatyczny Frank niczego takiego nie zaoferował. Owszem, zapamiętamy ten sezon z niewiarygodnie pięknych bramek – przewrotek Palhinhi i Romero, rajdu Van de Vena, skorpiona Solanke czy nożyc i uderzenia z połowy boiska Richarlisona, ale poza takimi błyskami i poza golami zdobywanymi ze stałych fragmentów, nie było tu niczego, na czym można by oko zawiesić. Imponujący pressing w otwierającym sezon meczu o Superpuchar Europy (dla przywrócenia proporcji: z trenującym zaledwie od paru dni PSG…) szybko się rozmył, a tempo akcji ofensywnych zaczęło być wprost proporcjonalne do letargicznej atmosfery Tottenham Hotspur Stadium. Długa piłka w kierunku napastnika, a poza tym „sideways and backwards everywhere we go” – tu akurat fani dobrze streśclli, jak wyglądała gra Tottenhamu, kiedy rywal oddawał mu futbolówkę. Gole oczekiwane poniżej 0,1 w kluczowych derbach z Chelsea i Arsenalem – z tą statystyką również pobyt Franka w północnym Londynie będzie kojarzony. 

    W ostatnich tygodniach wyglądało to tak, jakby świetni technicznie, błyskotliwi za poprzedniego szkoleniowca piłkarze zapomnieli, jak się wymienia szybkie podania w trójkącie, jak się gra prostopadłe piłki za plecy obrońców, jak się wychodzi na pozycję i pokazuje kolegom do gry – ileż było meczów, w których niewymuszone błędy sprawiały, że zagrana do oddalonego o kilkanaście metrów partnera piłka lądowała na aucie (albo we własnej bramce, jak po fatalnym wykopie Vicario w meczu z Fulham)? Co gorsza, zapomnieli też, jak się bronić, a gole tracone tuż zza pola karnego stały się specjalnością zakładu.

    Tottenhamu pod Frankiem naprawdę się nie dało oglądać – i wczorajsza porażka z Newcastle była w tym sensie emblematyczna. Ospały początek, oddanie inicjatywy pogrążonemu w kryzysie rywalowi, który z każdą minutą wizyty u doktora Tottenhama zaczynał czuć się pewniej i mocniej, kontuzja kolejnego piłkarza, strata bramki, buczenie rozczarowanych fanów w przerwie, próba powrotu do gry w drugiej połowie, wyrównujący gol (po rogu, a jakże…), błąd w wyprowadzaniu piłki i kontra, dająca gościom zwycięską bramkę. W spotężniałej w ostatnich miesiącach kolekcji upiornych występów na własnym stadionie, gdzie toksyczność atmosfery wśród fanów była powiązana z toksycznością oferowanego im futbolu, ten mecz z pewnością zajmie poczesne miejsce.

    Thomas Frank ma oczywiście rację: już robione przez autorów „Soccernomics” badania pokazują, że w dłuższej perspektywie zmiana trenera nie rozwiązuje żadnych klubowych problemów, a efekt nowej miotły jest zwykłym mitem. Tottenham chciał więc dać sobie i Duńczykowi czas, licząc pewnie, że latem, po mundialu, będzie miał lepsze możliwości manewru; że być może wtedy będzie mógł spełnić marzenia kibicowskiej bazy oraz samego Argentyńczyka i pozwolić Mauricio Pochettino dokończyć to, co zaczął przed laty (skądinąd, jak na standardy tego świata, wywiady Pochettino o swoich relacjach z Tottenhamem, są z pewnością niecodzienne). 

    Ale spirala fatalnych wyników i wywołanej nimi atmosfery nie pozwalała czekać do lata. Jakkolwiek to zabrzmi w kontekście klubu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej nieprzerwanie od pół wieku, tu stawką w decyzji zwolnieniu trenera nie jest przedłużający się dryf wielkiego tankowca, a uratowanie go przed zatonięciem, czytaj: pozostanie w Premier League. Jeśli nie naprawisz sytuacji transferami (okienko zamknęło się właśnie dziesięć dni temu, więc nie naprawisz), jeśli sytuacji nie udaje się odwrócić na boisku i jeśli trybuny ostatecznie straciły cierpliwość, jedynym sposobem odwrócenia trendu, jest zmiana na stanowisku szkoleniowca.

    Kto przyjdzie za Franka? Jeśli klub poważnie myśli o Pochettino, kandydatury wolnego od wczoraj De Zerbiego czy pracującego w Ferencvarosie Robbiego Keane’a nie wchodzą raczej w grę, bo to ludzie zbyt poważni, by przyjmować robotę na kilka miesięcy. Pobyt Ryana Masona w WBA skończył się jeszcze szybciej od pobytu Franka w Tottenhamie. Johan Heitinga w roli asystenta sprawdzał się dobrze, ale na posadzie samodzielnego trenera Ajaksu się nie utrzymał. Czy udźwignie presję, związaną z walką o utrzymanie?

    Kibicuję Tottenhamowi od 1987 roku i zwykłem powtarzać, że w tym czasie widziałem już wszystko – ale tego jeszcze nie doświadczyłem. Owszem, pamiętam dziewięć miesięcy Christiana Grossa, podczas których jedynie David Ginola i drugie przyjście Jurgena Klinsmanna wyprowadziło drużynę ze strefy spadkowej. Pamiętam dwa punkty w ośmiu meczach Juande Ramosa i ostatnie miejsce w tabeli. Ale samej degradacji Spurs jeszcze nie doświadczyłem, a metafizyczna część mojej osobowości podpowiada, że owa degradacja byłaby rodzajem odpłaty za zwolnienie Ange’a Postecoglou po tym, jak zdobył z Tottenhamem europejski puchar. Patrząc na plagę kontuzji i stopień degrengolady w drużynie, nie ufając korporacyjnej nowomowie klubowego zarządu, biorąc poprawkę na formę West Hamu, Leeds i Nottingham Forest, uważam ten scenariusz za wielce prawdopodobny.

    PS. Lubiłem ten sweterek w butelkowym kolorze.

  • Czy cierpliwość jest cnotą

    No i o czym to właściwie było? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że o gapiostwie Manchesteru City, który w pierwszej połowie wyszedł na dwubramkowe prowadzenie w zasadzie bez wysiłku, korzystając jedynie z prezentów, które sprawiali mu gospodarze. Gol numer jeden: strata w środku pola Bissoumy – pomocnik ten znakomicie radzi sobie z piłką pod presją, ale potrafi też nieoczekiwanie ją stracić; problem w tym, że nigdy nie wiesz, która jego wersja się wylosuje – a potem Dragusin zostawiający zbyt wiele miejsca Cherkiemu i spóźniony Vicario. Gol numer dwa: kolejna strata na własnej połowie po zbyt krótkim wybiciu Dragusina. Doprawdy: przed przerwą City nie musiało podkręcać tempa i nawet pressować nie potrzebowało zbyt intensywnie. Gracze Tottenhamu, od Vicario poczynając, pozostawiani sam na sam z piłką zawsze znajdowali sposób na zrobienie czegoś niemądrego – i to raczej z dala od bramki Donnarummy. Czy oni w ogóle trenują, a jeśli tak, to pod czyim kierownictwem – można się było zastanawiać patrząc na ten bieda (choć za wyjątkowo drogie bilety) futbol. 

    Gwizdy po ostatnim gwizdku pierwszej połowy były więc zasłużone; wszystko wskazywało na to, że czeka nas ostatnie 45 minut męczarni związanych z oglądaniem tej drużyny pod Thomasem Frankiem. On sam zresztą zdawał sobie chyba z tego sprawę: ten rzut kartonikiem z wodą na ziemię po pierwszym golu dla gości to przejaw frustracji, którą – jak na Duńczyka przystało – dotąd kontrolował, mimo iż od wielu tygodni w zasadzie na każdej konferencji prasowej odpowiadał na nieprzyjemne pytania o własną przyszłość.

    Ale strzelba wisząca na ścianie salonu rodziny Lewisów i tym razem nie wypali. Gapiostwo City gapiostwem – nie jest ono w końcu zmartwieniem fana Spurs. Mówienie o meczu, że składał się z dwóch połów i jedna nie przypominała drugiej w najmniejszym stopniu to dziennikarska tandeta, ale w tym przypadku coś faktycznie było na rzeczy. Przegrywający Tottenham zmuszony został w przerwie do zmiany chorego od kilku dni kapitana Romero, a przez to do korekty ustawienia, bo więcej środkowych obrońców już ta zdziesiątkowana kontuzjami drużyna już nie miała. Z 3-4-2-1, które skądinąd sprawdziło się w Lidze Mistrzów, trzeba było przejść na grę parą stoperów: jednym był pomocnik Palhninha, drugim – powracający po ponad rocznej przerwie do pierwszego składu Dragusin, na prawą obronę zawędrował znów Archie Gray. Wszystko to połatane i pofastrygowane (jedenastu podstawowych zawodników niezdolnych do gry – i to jakich zawodników…) przeciwko jednej z najlepszych drużyn kontynentu po traumie pierwszej połowy i kibicowskiej furii w przerwie wróżyło jak najgorzej – a skończyło się nadspodziewanie dobrze. Formacje gości i gospodarzy zaczęły wyglądać podobnie; na całym boisku mogła zacząć się walka jeden na jednego. Sarr z Gallagherem zaczęli wygrywać pojedynki z wciąż statycznymi pomocnikami City, idąc śladem Simonsa, który nie tylko pojedynki wygrywał, ale odbierał piłki, robił wślizgi, dryblował, strzelał i wypracowywał kolegom okazje do strzału. W ostatnich tygodniach najwytrwalsi z wytrwałych obserwatorów Tottenhamu upierali się, że forma Holendra rośnie – ale dziś zobaczyli to wszyscy i może nawet porównania z grającym tu niegdyś Modriciem nie byłyby całkiem na wyrost. Wraz z powrotem do gry Solankego i oswajaniem się Gallaghera z nowymi kolegami, kreatywność Simonsa daje nadzieję, że ten sezon zostanie zapamiętany z czegoś jeszcze, poza stałymi fragmentami, plagą kontuzji i karuzelą zmian na klubowych szczytach.

    Właśnie taki Totenham, jaki widzieliśmy w ciągu drugiej połowy, chcą oglądać kibice tego klubu. Strzelający gole z akcji. Zmuszający bramkarza rywali do świetnych – po próbach Udogiego, Simonsa, Odoberta – interwencji. Atakujący szybko i z rozmachem. Agresywny w doskoku. „Skorpion” Solankego to jedna z najpiękniejszych bramek w tym sezonie Premier League, ale nie byłoby go przecież bez zrywu Gallaghera, który wyprzedził jednego z piłkarzy City, popędził prawym skrzydłem i dośrodkował.

    Więc o czym to właściwie było? O piłce nożnej, którą cechuje czasem fantastyczna zaiste zdolność do wywracania gotowych narracji? O tym, że możliwość wystawienia w pierwszym składzie klasowego napastnika bywa bardzo pomocne? O nadziei, że cierpliwość, jaką nowi właściciele Tottenhamu wykazują w ostatnich tygodniach do Thomasa Franka, może jeszcze okazać się tym, czym cierpliwość być powinna: cnotą? O tym, że Duńczyk faktycznie ma rację, bo od klęski z Forest w każdym kolejnym meczu widać poprawę, choć rzadko przekłada się ona jeszcze na zdobycze punktowe? O odporności psychicznej tej przetrzebionej kontuzjami grupy chłopców i mężczyzn, którzy od miesięcy muszą grać także przeciwko pragnieniom własnych fanom? Zostawmy to na razie bez odpowiedzi i módlmy się tylko, by w ciągu najbliższej doby zamykającego się okienka transferowego doczekali się oni jakiegoś jednego czy dwóch wzmocnień.

  • Czy Thomas Frank musi odejść

    Po ludzku było to oczywiście niezwykle poruszające, patrzeć na te zbliżenia na twarz i całą sylwetkę Thomasa Franka w ciągu ostatnich kilku minut meczu z West Hamem. Nie wykonywał już żadnych mobilizujących gestów. Nie próbował poderwać zawodników do kolejnej szarży.

    Nie udzielał żadnych wskazówek, nie naradzał się z asystentami, nie wzywał żadnego z rezerwowych. Nie żuł już nawet gumy. Jakby się wyłączył albo jakby go odcięło: po prostu stał przy linii bocznej, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, co przecież w zachodniej kulturze bywa zwykle kojarzone z zamknięciem, odrzuceniem, napięciem i dyskomfortem. Zupełnie sam albo – by zacytować tytuł książki Raymonda Domenecha – straszliwie sam.

    Nie umiem w tym momencie Duńczykowi nie współczuć, choć jestem świadom, że mam do czynienia z jednym z najlepiej opłacanych i pracującym w bajecznie komfortowych – przynajmniej jeśli idzie o infrastrukturę – szkoleniowców na świecie. Pracą, którą wykonywał w Brentfordzie, zachwycali się koledzy-trenerzy, doceniali ją futbolowi eksperci, a kibice tego klubu do dziś gotowi są nosić go na rękach. W relacjach z dziennikarzami uprzejmy i otwarty. Niezrzucający – jak tylu poprzedników – winy na wszystkich dookoła: na piłkarzy, na klub, na rywali, na sędziów; przeciwnie: przyjmujący krytykę jako opis rzeczywistości, nie atak na siebie. W sumie, jak na ponure standardy futbolowego świata: niezwykle sympatyczna figura. Nic, tylko pozwolić mu dalej pracować, zwłaszcza że przejął drużynę, która skończyła poprzedni sezon na 17. miejscu w lidze; drużynę w fazie przebudowy; drużynę, z której odszedł dotychczasowy lider i kapitan, i której dwaj najbardziej kreatywni zawodnicy są od miesięcy kontuzjowani.

    Tak, z pewnością okoliczności łagodzących ocenę pracy Franka w Tottenhamie można by znaleźć sporo. Za klubowymi kulisami po wyjęciu z rąk Daniela Levy’ego sterów przez rodzinę Lewisów zmian zachodzi tyle, że Duńczyk może uchodzić wręcz za weterana – głos Vinaia Venkateshama w meczowym programie odczytałem zresztą jako wotum zaufania dla szkoleniowca. Na boisku dzisiaj można by się kłócić choćby o niepodyktowanego karnego za rękę Scarlesa, jeszcze przy stanie 1:1. Błędy Vicario przy rzutach rożnych zdarzały się temu bramkarzowi również za poprzednich trenerów – podobnie zresztą jak kapitalne interwencje. Trwa dopiero drugie okienko transferowe za kadencji Franka, a podczas pierwszego na kluczową pozycję rozgrywającego nie udało się sprowadzić dwóch pierwszych celów: Gibbsa-White’a i Ezego; Xavi Simons, na którego ostatecznie padło, wciąż jeszcze adaptuje się do wymagań tej ligi…

    Stop. W tym miejscu jednak okoliczności łagodzące się wyczerpują. W bardzo dobrym tekście Michaela Walkera z „The Athletic” czytałem w tym tygodniu o dzisiejszych derbach jako o starciu klubów, które zatraciły swoją „drogę”, czytaj: swój styl i sposób gry, swoją tożsamość. Bardzo w to wierzę, że przychodząc do Tottenhamu Frank spodziewał się, że uszczelni defensywę i nauczy swoich podopiecznych skutecznego wykorzystywania stałych fragmentów gry – i że z czasem jego gracze ofensywni staną się tak szybcy, bezpośredni i zabójczo skuteczni jak w poprzednim sezonie Mbuemo, Wissa czy Schade. Że Tottenham pod jego wodzą będzie agresywny w środku pola, odważnie pressujący, wygrywający pojedynki. I że kibice będą cenić uzyskane dzięki takiej strategii wygrane.

    Ale z Tottenhamem to nie jest takie proste. Po pierwsze, za rządów Daniela Levy’ego klub znalazł się wśród najbogatszych w świecie – tu presja mediów i bazy kibicowskiej jest dużo większa niż w Brentfordzie. Po drugie i ważniejsze, tu się liczy styl. Jak w cytacie z Danny’ego Blanchflowera funkcjonującym jak jedno z klubowych mott; cytacie, z którego wynika, że bardziej niż o wygrywanie chodzi w tym miejscu o chwałę. Tu fani mają podrywać się z krzesełek po kiwkach i technicznych sztuczkach następców Ginoli i Bale’a, Gascoigne’a i Dele Allego – nawet za cenę traconych goli, co akurat świetnie rozumiał Ange Postecoglou pytający po wygranej 4:3 z Manchesterem United (meczu, w którym jego piłkarze prowadzili już 3:0) „Are you not entertained?”.

    Nie jestem oczywiście zwolennikiem kompulsywnego zwalniania trenerów przez klubowe zarządy – a zwłaszcza zwalniania pod wpływem linczów dokonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. Im bardziej toksyczna atmosfera na trybunach, tym mniejszą mam ochotę maszerować równym krokiem z buczącymi. W dodatku, jak się już chyba zdążyliście zorientować, jakoś polubiłem Franka jako człowieka. Wyznaję jednak: mam wątpliwości, czy jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Kiedy myślę o dzisiejszej porażce z West Hamem, abstrahuję od (zakończonej właśnie) fatalnej passy rywala i jego trwającej jeszcze dłużej niż ta Tottenhamu degrengoladzie: w domyśle, nie wpadam w furię, że nawet z kimś takim nie umiemy już wygrać. Pal licho statystyki, miejsce w tabeli, niedokładne podania i błędy. Kluczowa wydaje mi się myśl, że przecież w końcu Frank i jego sztab mieli do dyspozycji pełny tydzień na treningi – i że efektem tego tygodnia była taka ofensywna mizeria.

    Najlepsze zdanie, jakie wygłosił Duńczyk na posadzie trenera Spurs, brzmiało: „Nie podejmując ryzyka, ryzykujesz”. Niestety, brzmi to zarówno jak opis sytuacji Tottenhamu na boisku, jak poza nim. Pozostawianie Thomasa Franka na posadzie, niekorzystanie z okazji, jaka wiąże się z uruchomioną przez właścicieli Chelsea i prezesa Realu trenerską karuzelą stanowisk, wydaje mi się coraz bardziej ryzykowne.

    A ten obraz samotnego Franka z ostatnich minut meczu mówi mi: ryzykowne także dla niego samego.

  • Afera kubeczkowa, czyli co z naszym światem robią media społecznościowe

    Nie jesteśmy w dobrym miejscu, kochani, i wbrew pozorom nie mam tu na myśli tego uprawiającego biedafutbol biedaklubu, który dziwnym zrządzeniem losu zalicza się do najbogatszych na świecie, choć patrząc na boisko kompletnie byśmy tego nie powiedzieli. Nie kieruje mną frustracja z powodu kolejnych straconych punktów czy straconego gola w doliczonym czasie gry, i to w meczu, w którym gra ofensywna Tottenhamu zdradzała nawet jakieś oznaki poprawy. Nie chodzi mi o kolejną pomeczową awanturę między piłkarzami i kibicami, o kolejny tajemniczy komentarz Romero na temat odpowiedzialności tych, którzy zabierają głos jedynie wtedy, gdy wszystko wydaje się iść dobrze, ale nawet wówczas robią to tylko po to, żeby powiedzieć „parę kłamstw”.

    Atmosfera wokół Thomasa Franka jest oczywiście fatalna, oczywiście były mecze (klęski derbowe z Chelsea czy Arsenalem, ale przede wszystkim ów noworoczny antyfutbolowy horror z Brentfordem), podczas których wydawało się, że owi doskonale opłacani zawodowcy zapomnieli o tym, jak się poprawnie przyjmuje piłkę, a następnie celnie ją podaje. „Niewymuszone błędy” to fraza klucz do ostatnich tygodni w Tottenhamie, bardziej jeszcze niż „przegrywane pojedynki” czy „kontuzje”, „gole oczekiwane” na poziomie 0,1 – i bardziej niż „stałe fragmenty”, bez których bylibyśmy pewnie w strefie spadkowej. Jeśli zważyć, że nie popełniają ich tylko młodziaki (Archie Gray z Forest…), ale liderzy: Vicario, Romero, Van de Ven, Bentancur czy Porro – problem wydaje się systemowy.

    Ale nie jesteśmy w dobrym miejscu z powodów zupełnie innych. Jeśli spojrzycie na relacje z wczorajszego spotkania z Bournemouth, i to nie tylko w mediach społecznościowych, ale także tych, ekhem, tradycyjnych, głównym wątkiem będzie w nich tak zwana afera kubeczkowa. Na pomeczowej konferencji, wśród dziennikarzy i wśród postaci paradziennikarskich typu Fabrizio Romano, na portalach i w gazetach tematem numer jeden jest logo na jednorazowym naczyniu, z którego Thomas Frank po wyjściu z szatni dopijał swoje espresso.

    Tak się składa, że poprzednim rywalem Bournemouth był Arsenal, którego ekipa musiała porzucić swoje kubeczki przy maszynie z kawą, tak się składa, że Frank nie popatrzył, z czego pije. I co? I nic, wydawałoby się. Nie zrobił tego specjalnie, nie chciał nic przez to powiedzieć, nie chciał nikogo sprowokować, dać ukrytego sygnału, zwrócić przeciwko sobie kibicowskiej bazy. To, że od wczoraj w mediach społecznościowych natrafiłem na tyle oburzonych głosów, z których wynika, że Duńczyka powinno się zwolnić z pracy z powodu trzymanego w rękach kawałka tektury, jest wyłącznie dowodem naszego postępującego zidiocenia pod wpływem tychże mediów. I to nie jest wyłącznie o naszym kibicowaniu. To jest o naszej konsumpcji kultury czy – zwłaszcza – polityki, której aktorzy dawno już przestali rozróżniać między rzeczywistością a rzeczywistością Twittera.

    Dawno, dawno temu, za siedmioma klubami i przed siedemnastoma sezonami, kiedy władcą zbiorowej futbolowej wyobraźni był José Mourinho, mógłbym właściwie pomyśleć, że – gdyby to jego sfotografowano z kubeczkiem z logo Arsenalu – mam do czynienia z wyrafinowanym sposobem na przejęcie narracji: na odwrócenie przez Portugalczyka uwagi od trywialnych kłopotów z formą, taktyką, a zwłaszcza z wynikami prowadzonej przezeń drużyny. Dziś nie mam złudzeń. Czas wyrafinowania minął, o czym zresztą świadczą także trendy dominujące w świecie futbolowej taktyki. Zgłupieliśmy wszyscy; prawdę powiedziawszy kiedy zacząłem ten wpis, jego pierwsze bynajmniej nie brzmiały „nie jesteśmy w dobrym miejscu”, bo najpierw odruchowo napisałem: jesteśmy w dupie.

  • Micky Van de Ven: w tej grze chodzi o chwałę

    Ja wiem, nikt o zdrowych zmysłach nie oglądał tego meczu, w końcu o tej samej porze Bayern wygrywał na wyjeździe z Paris Saint-Germain, a Liverpool u siebie z Realem. Może nawet i te spotkania wielu sobie odpuściło, w końcu to jakiś wtorkowy wieczór w listopadzie, dopiero czwarta kolejka Ligi Mistrzów, a nie któryś z wiosennych ćwierć- czy półfinałów, gdy wszystko stoi już na ostrzu noża. Nawet w północnym Londynie na Tottenham Hotspur Stadium na mecz z Kopenhagą stawiło się zaledwie 49 565 osób, mimo iż obiekt pomieści teoretycznie 62 850 widzów, a mecze Champions League nie należą tu bynajmniej do wieloletniej rutyny. 

    Rywal teoretycznie słaby, ale i z takimi Tottenham ostatnio fanów nie rozpieszczał. Nastroje po sobotnich derbach z Chelsea jeszcze gorsze. I coraz więcej głosów, że ten obiekt – świątynia kapitalizmu pod wezwaniem nieświętego Daniela – drużynie nie służy. Że ludzie przyjeżdżają tutaj z dalekich krajów, żeby zapoznać się z jeszcze jedną typowo angielską rozrywką, ale niekoniecznie zdzierając sobie przy tym gardło we wspieraniu piłkarzy. „Czy to jest biblioteka?” – wołali dziś doprawdy głośno kibice z Danii.

    W sobotę fani wybuczeli przegrywającą drużynę już kiedy schodziła na przerwę, wybuczeli ją także po meczu, a i w trakcie okazywali, jak bardzo są nieusatysfakcjonowani jej postawą. To dlatego Micky van de Ven i Djed Spence zlekceważyli Thomasa Franka, który po ostatnim gwizdku oczekiwał, że zostaną na boisku i podziękują kibicom za, ekhem, doping. Konferencja prasowa przed meczem z Kopenhagą była głównie o tym. Dziennikarze usłyszeli, że obaj zawodnicy pojawili się w niedzielę w gabinecie trenera. Że przeprosili. Że wszystko to dlatego, że naprawdę im zależało.

    No ale ja przecież nie o tym miałem pisać. Nie o tym, że to 4:0 z Kopenhagą (goli powinno być więcej – Richarlison dwa razy trafił w poprzeczkę, z czego raz z karnego, Kolo Muani też zmarnował dwa kapitalne podania Simonsa) stanowiło całkiem niezłą odpowiedź na wiele zarzutów pod adresem trenera i piłkarzy. Żadna z bramek nie padła po stałym fragmencie. Oprócz fantastycznych akcji oskrzydlających Udogiego z Odobertem po lewej stronie, sporo było prostopadłych podań, nie tylko grającego najlepszy mecz w Spurs Simonsa (cztery wykreowane szanse, z czego dwie duże, jedna asysta), ale także Bentancura. Wyprowadzanie piłki od obrony nie było żadnym problemem, wysokie odbiory również. Jeszcze przy stanie 0:0 naprawdę przyjemnie się na to patrzyło.

    No ale ja przecież naprawdę nie o tym miałem pisać, tylko o tym, jak błysk indywidualnego geniuszu potrafi nagle odmienić opowieść o całym sezonie. Jak wszystkie te rozmowy o tym, że futbol na nowo staje się tak bardzo ustrukturyzowany, iż pozbawia zawodników kreatywności i polotu, blakną nagle przy tej jednej jedynej akcji tegoż Micky’ego van de Vena z 64. minuty meczu.

    Wiem oczywiście, że porównania do wyróżnionego w 2020 roku Nagrodą Puskasa gola Heung-Min Sona narzucają się same, ale Van de Ven przebiegł jeszcze większy dystans: wystartował z linii własnego pola karnego, a potem pędził z piłką przez całe boisko, wchodząc w gąszcz rywali i zostawiając ich za sobą, by w końcu wyjść przed bramkarza i pokonać go silnym strzałem. Dziesięć kontaktów z piłką, jeden sprint… „Czułem, jakby Messi wcielił się w Van de Vena” – powiedział potem Frank, obracając przy okazji w żart ów incydent z soboty. A może raczej w Garetha Bale’a, odjeżdżającego Maiconowi tą samą lewą flanką w pamiętnych meczach z Interem?

    Nie, ja chciałem raczej przypomnieć czasy, których sam pamiętać nie mogę, ale do których odwołanie pozwoli mi podkreślić fakt, że w ten zwykły listopadowy wtorek na pustawym stadionie w starciu dwóch drużyn z problemami wydarzyło się coś naprawdę niezapomnianego. Jeden z najważniejszych cytatów w historii Tottenhamu, powracający np. na stadionowych banerach, ale także w nazwie jednego z kibicowskich podkastów, pochodzi od legendarnego kapitana drużyny z lat 60., Danny’ego Blanchflowera. „W tej grze chodzi o chwałę, o rozmach i styl, o wyjście na boisko, żeby nastrzelać mnóstwo bramek, a nie żeby czekać na to, co zrobi rywal, umierając przy tym z nudów” – powiedział piłkarz, który pod Billem Nicholsonem dał temu klubowi mistrzostwo i puchar kraju. W tej grze chodzi o chwałę. W tym klubie o nią chodzi. Wspaniałe to było, Micky; jeszcze wspanialsze niż tamta interwencja w Bilbao, nawet jeśli nie dało jeszcze (może już nigdy nie da) żadnego pucharu.

  • Bez serc, bez ducha, Tottenhamu derby

    Bawiłem się w trakcie tego meczu gorzej niż Alex Ferguson podczas negocjacji transferowych z Danielem Levym, a jak pamiętacie legendarny Szkot mówił, że targowanie się z byłym prezesem Tottenhamu było gorsze niż operacja biodra. Poza świetną grą Vicario w bramce (w bramce, podkreślam, bo pożytku z jego dalekich wykopów było tyle, co kot napłakał – inna sprawa, że Włoch odpowiadał aż za jedną trzecią podań Spurs w tzw. ostatniej tercji) drużyna, której kibicuję, nie dostarczyła mi ani jednego powodu do satysfakcji, jakiej mógłbym oczekiwać od spotkania derbowego. Zrozumiałbym przecież porażkę po jakiejś jeździe bez trzymanki, nawet niekoniecznie tak ekstremalnej, jak tamto 1:4, które zakończyło miodowe miesiące Ange’a Postecoglou w północnym Londynie. Zrozumiałbym przegraną po meczu, w którym zobaczyłbym energię i pasję. Zrozumiałbym klęskę, jeśli jej smak osłodziłby mi doskonały występ golkipera rywali. W sumie zrozumiałbym i wybaczyłbym wszystko, gdybym choć przez moment miał poczucie, że piłkarze Spurs wiedzą, co robią; że ich dość bezładne błąkanie się po boisku ma do czegoś prowadzić. Niczego podobnego nie dostałem.

    Początkowo Thomas Frank postawił na ustawienie 4-2-2-2 i tłumaczył przed pierwszym gwizdkiem, że wybrał piłkarzy, którzy będą aktywnie pressować i dużo biegać. Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie miało być i że jego pomysł rozsypał się na skutek wypadku losowego – trafiony piłką w głowę już w szóstej minucie Bergvall musiał opuścić boisko, a na jego miejsce wszedł Xavi Simons. Jasne: to, co prezentował Holender w ciągu kolejnej godziny, zanim i on został zmieniony, pokazało, że jeszcze długo nie będzie fizycznie gotów na wymogi Premier League; antologii tych momentów, w których odbija się od rywali albo gdy mając piłkę w dobrym miejscu wstrzymuje atak, zagrywa do tyłu, a w dodatku zbyt krótko, najbardziej nie chciałbym teraz zobaczyć. Ale przecież Simons nie jest jedynym zawodnikiem, od którego można by oczekiwać kreatywności – o wchodzeniu w pojedynki, podkręcaniu tempa, pressingu i innych rzeczach, które kojarzą nam się z derbami nie wspominając.

    O tym, że przez cały mecz Tottenham był w stanie nazbierać 0,05 gola oczekiwanego (przy xG Chelsea 2,92 – Vicario naprawdę uratował Spurs przed blamażem…) przeczytaliście już pewnie parę razy, w końcu od czasu gdy zbiera się te statystyki, czyli od sezonu 2012/13, gorszych ten klub i ten trener nie mieli. O tym, że w całym 2025 roku u siebie wygrali w Premier League zaledwie cztery razy pewnie też już mogło się Wam obić o uszy. W trakcie lutowej wizyty na meczu z City sam mogłem się przekonać, że w tej świątyni kapitalizmu, jaką jest Tottenham Hotspur Stadium, chętniej się konsumuje niż kibicuje. Ale czasami przecież – nawet podczas tych szalonych derbów pod Postecoglou, kiedy grając w dziewiątkę gospodarze ustawiali linię obrony na połowie boiska – owi konsumenci dawali się jednak porwać i zaczynali zdzierać gardła. Powtórzmy: tu nie chodzi o przegraną, tylko o postawę. Nawet osławione rzuty rożne i dalekie wyrzuty z autu nie były dziś dla Chelsea najmniejszym problemem – Sanchez łapał wszystko i dalekim wyrzutem rozpoczynał kolejne ataki gości. Chelsea, zauważmy na marginesie, miała dotąd problem z bronieniem się przy stałych fragmentach…

    Thomas Frank powtarza jak mantrę, że w nowej pracy zamierza stopniowo dokładać kolejne cegiełki. Że uszczelnił defensywę. Że – wraz z Andreasem Georgsonem – nauczył piłkarzy schematów rozegrania stałych fragmentów. Że na płynny, ofensywny futbol, w którym wszyscy instynktownie wiedzą, co robić, także przyjdzie czas. Wyniki na wyjazdach go bronią. Miejsce w tabeli broni go również, zważywszy, że poprzednik skończył na siedemnastym. Ale patrząc na takie mecze jak dzisiejszy (a wcześniej na porażkę z Bournemouth i cudem uratowany remis z Wolves) i widząc też, jak schodzący z boiska po ostatnim gwizdku Spence i Van de Ven nie podają ręki trenerowi, trudno nie stawiać pytania o kryzys tożsamości. Czy pragmatyzm Franka rymuje się z „To dare is to do”?

    Gol dla gości był efektem ciągu prezentów – od Spence’a, któremu odebrał piłkę Caicedo, od Simonsa, którego zbyt krótkie podanie wsadziło Van de Vena na minę, od Van de Vena wreszcie, ale nawet prezenty byłbym w stanie wybaczyć, gdybym miał poczucie, że były efektem jakiegoś odważnego zamysłu, a nie bezradności. 

    Może i Frank wystawił piłkarzy, którzy potrafią dużo biegać – Sarr potrafi na pewno. Problem w tym, że wystawił takich, którzy pod jego rządami zdają się zapominać, że poza bieganiem istnieje też rozgrywanie piłki. Porro, Bentancur, w sumie oni wszyscy wiedzieli kiedyś, i to całkiem niedawno, jak to jest: zagrać celne podanie do przodu bez przyjęcia. Nawet Kudus, który rozpoczął ten sezon fantastycznie, wygląda na przemęczonego. Kolo Muani? Był w powietrznych pojedynkach osamotniony, a drugie piłki padały łupem graczy Chelsea.

    Jasne: kontuzje Maddisona, Kulusevskiego i Solanke stanowią okoliczność łagodzącą. Jasne: zanim skończyło się na Simonsie, klub zagiął parol na Gibbsa-White’a i Ezego, Jasne: na lewym skrzydłe miał biegać Savinho, którego jednak City ostatecznie nie sprzedało. Jasne: ofensywny kwartet w zasadzie zaczyna w tym składzie od zera. Jasne, to dopiero pierwsze miesiące pracy – Pochettino w Tottenhamie, Arteta w Arsenalu potrzebowali więcej czasu. Z drugiej strony jednak, to przecież były derby z Chelsea, naprawdę kiepski moment na zbiorowy blackout.

    Lads, it’s Tottenham. Nikt nie psuje sobotniego wieczoru równie skutecznie.