Well, well, well. Trzy, a właściwie jedno, tylko trzykrotnie powtórzone, słowo Salmana Rushdiego w reakcji na zwycięstwo Tottenhamu nad Arsenalem ostudziło moje zapędy do zamiany tego bloga w „Zeszyty Literackie”. To zwycięstwo godne jest pieśni, myślałem sobie najpierw, albo ody czy hymnu, sonetu czy panegiryku, o ile wręcz nie sielanki. „Balladę o Harrym” zaczynałem już układać, ale autor „Szatańskich wersetów”, z którym jedną przebili mnie drużyną, ostudził moje zapędy za pomocą jednego wpisu na Twitterze. Well, well, well, było to niezwykle przyjemne. Z drugiej strony choćby patrząc na tabelę widać, jak niewiele się zmieniło. Następnego meczu boję się tak samo jak tego. Nie wierzę w awans do Ligi Mistrzów, zwycięstwo w Lidze Europejskiej czy Pucharze Ligi. Jestem przekonany, że ktoś kiedyś – raczej szybciej niż później – znajdzie sposób na Kane’a, zwłaszcza że gołym okiem widać, ile ten chłopak ma wciąż braków, zarówno jeśli idzie o przyjęcie piłki, jak wychodzenie na pozycję (wczoraj na spalonym znalazł się aż czterokrotnie). Pamiętam też, jak niefortunny wślizg Vertonghena tuż przy linii środkowej dał gościom okazję do kontrataku zakończonego bramką Ozila, albo jak nikt nie pilnował Koscielnego, gdy w drugiej połowie główkował po rzucie rożnym.
Ale co tam, wygrane Tottenhamu nad Arsenalem nie zdarzają się często. Chwilo, trwaj.
Rzecz w tym, że zawsze chciałem kibicować takiej drużynie. Drużynie, która podnosi się po straconej bramce, odrabia straty i przesądza o zwycięstwie w ostatnich minutach meczu (piętnaście punktów wywalczonych w trakcie tego sezonu w sytuacji, gdy najpierw się przegrywało – nikomu innemu podobne sztuki nie udają się tak często). Która coraz lepiej gra pressingiem, walcząc o odbiór piłki natychmiast po stracie (wpajana przez Pochettino piłkarzom zasada trzech sekund) i rozpoczynając naciskanie na rywala już na jego połowie. Która jest fantastycznie przygotowana kondycyjnie, biega więcej i szybciej od rywala – zwłaszcza w końcówkach, gdy tamten opada już z sił. Która rozgrywa czterdziesty mecz w sezonie, a wciąż wygląda świeżo i trenuje w komplecie, bo wszyscy są zdrowi. Która jest pełna młodych twarzy i która opiera się na wychowankach, żeby to do ich poziomu musiały równać sprowadzane z zagranicy mniejsze lub większe gwiazdy. Której trener (cholera, muszę to napisać, bo przecież to się właśnie wydarzyło, w odstępie zaledwie miesiąca) był w stanie przechytrzyć dwóch szkoleniowców od lat należących do nie tylko angielskiej elity. Która ma w składzie Harry’ego Kane’a, najskuteczniejszego napastnika spośród grających dziś w Premier League.
Jeśli macie gdzieś nagrany mecz z Arsenalem, albo jeśli traficie w telewizji na jego powtórkę, zwróćcie uwagę na wydarzenia z siedemnastej, pięćdziesiątej dziewiątej, albo siedemdziesiątej minuty. Niby w ich trakcie nie wydarza się nic kluczowego, to znaczy nie pada żadna z bramek, niby Arsenal nadal pozostaje zorganizowany w defensywie, a Tottenham bije głową w mur – za każdym razem jednak w ciągu tych kilkudziesięciu sekund wszystkie próby wyprowadzenia przez gości kontrataku są przerywane w zarodku, w zasadzie tuż przed polem karnym Ospiny. Kane, Lamela, Mason, Bentaleb, Eriksen i Dembele – wszyscy oni naciskają na rywala, ten zaś oczywiście gubi się i Tottenham może rozpocząć kolejny atak, zanim jeszcze Vertonghen czy Dier tak na wszelki wypadek zdążą się cofnąć na własną połowę.
Dwudziesty siódmy rok kibicuję zespołowi, który przez znakomitą większość tego czasu bywał dla pozostałych powodem do kpin. Jeszcze w listopadzie pisałem dla Sport.pl, że słowa „Tottenham” i „kryzys” idą w parze jak Jacek i Placek, albo raczej, bo nie brak tu elementów komicznych, jak Flip i Flap. Najboleśniej podsumował to chyba sir Alex Ferguson: było sobotnie popołudnie na Old Trafford, w szatni MU miał właśnie przemówić do swoich piłkarzy po raz ostatni przed rozpoczęciem meczu. „Prosiłem w myślach: »Och, daj sobie spokój z gadaniem o Tottenhamie – wspomina tamtą scenę Roy Keane. – Przecież wszyscy wiemy, jacy oni są: mili i fajni, ale i tak im wp… «”. Dotarcie do sedna zajęło sir Aleksowi cztery sylaby: „Lads, it’s Tottenham” – powiedział i to było na tyle.
Rzecz w tym, że po takich meczach jak wczorajszy miałoby się ochotę zmienić narrację. Przestać widzieć w Tottenhamie miły i fajny „nearly team”, który zawsze wywróci się gdzieś na prostej drodze, i zacząć szukać innych porównań. Angielskie Atletico byłoby zapewne na wyrost, bo żądza zwyciężania nie jest tu tak dzika, jak u brytanów spuszczanych ze smyczy przez Simeone; ci chłopcy, może poza Bentalebem czy Rose’em, nadal wydają się mili (choć z drugiej strony widzieliście przecież, ile wślizgów i odbiorów miał podczas meczu z Arsenalem Lamela). Angielska Borussia może zatem, ta sprzed obecnej smuty, rzecz jasna? Analogie można by mnożyć: klub o kapitalnej przeszłości i świetnych kibicach, dziś wykrwawiany regularnie transferami do zespołów większych i bogatszych, ale mający trenera, którego świeżość idei pozwala nagle podskoczyć wyżej, niż wskazywałyby tzw. czynniki obiektywne. Tyle miesięcy marzyłem po cichu o Tottenhamie trenowanym przez Jurgena Kloppa, czy nie powinienem się teraz bać Borussii, odbierającej nam Mauricio Pochettino?
Tak, wiem, miało nie być literatury. Ale co tam. To tylko raz na jakiś czas. Chwilo trwaj.
Dodaj komentarz