Przynajmniej przed jednym ustrzegła mnie Opatrzność: zajęty pomocą przy odrabianiu zadań, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego eksperymentu chemicznego, w którym istotną rolę odgrywały jodyna, witamina c, mąka ziemniaczana i woda utleniona, nie zdążyłem napisać tekstu przedmeczowego. Na całe szczęście, bo gdybym to zrobił, czytalibyście w nim, że właśnie tego dnia Manchester United wydaje się do pokonania. Że nieprzypadkowo najlepsi analitycy zajmujący się regularnie Premier League usiłują dociec, czy Louis van Gaal ma jeszcze jakąś generalną koncepcję, czy dawno ją porzucił, żonglując ustawieniami z równą intensywnością co personelem, w którym nie mogą odnaleźć się zawodnicy tej klasy, co di Maria, Falcao i – wyjąwszy dzisiejszy mecz – Mata, a coraz więcej zależy od długich piłek na głowę niepasującego początkowo van Gaalowi Fellainiego. Że nawet dyskusja pod moim poprzednim wpisem pokazuje, iż nastroje wśród fanów MU dalekie są od zachwytu – mimo generalnie dobrej passy w lidze w 2015 r. i mimo związanej z nią minimalnej straty do wicelidera. Że, last but not least, Tottenham ostatnio tu nie przegrywał, ba: z Old Trafford punkty wywozili zarówno Andre Villas-Boas, jak Tim Sherwood.
Jak widać, czekałem na ten mecz z optymizmem, w którym utwierdziłem się jeszcze w ciągu pierwszych kilku minut, kiedy Tottenham zaczął grać wysokim pressingiem, a przyciskany Phil Jones zagrał do de Gei na tyle nieprecyzyjnie, że bramkarz MU z obawy przed golem samobójczym wybił piłkę na róg. Róg, dodajmy, po którym w polu karnym gospodarzy miało miejsce zamieszanie, Kane minął się z piłką, a Chadli się nie połapał i nie wykorzystał dobrej sytuacji – kolejna taka miała się nadarzyć dopiero 85 minut później, kiedy Kane strzelał z ostrego kąta w krótki róg i był to, pożal się Boże, jedyny celny strzał gości w całym meczu.
Czy Louis van Gaal ma generalną koncepcję, czy dawno ją porzucił, jest w tym momencie nieistotne – na pewno miał dzisiaj koncepcję, jak ograć Tottenham. MU skierowało ciężar większości akcji na lewą stronę, gdzie oprócz Younga i obiegającego go Blinda bardzo często schodził Fellaini, a gdzie Walkera w Tottenhamie Townsend i mający mnóstwo pracy w środku Mason pozostawili samemu sobie (Pochettino zareagował, wprowadzając Dembele za Townsenda jeszcze w trakcie pierwszej połowy, ale po chwili Bentaleb wyłożył piłkę pod nogi Rooneya i mecz praktycznie się skończył). Obrońcy Tottenhamu zostali rozciągnięci, w środku również było mnóstwo miejsca, Eriksena czy Kane’a praktycznie w tym meczu nie zobaczyliśmy. Przy pierwszym golu dla MU nikt nie nadążył za podającym do Fellainiego Carrickiem, przy drugim – podobnie jak w finale Pucharu Ligi będącym efektem stałego fragmentu – ani wygrywający pierwszą główkę Belg, ani uderzający drugą Carrick nie mieli właściwie towarzystwa ze strony piłkarzy z Londynu (Carricka Walker odpuścił jeszcze w pierwszej fazie rozegrania).
W sumie był to, nie da się ukryć, nokaut w pierwszej rundzie. Dawno nie widzieliśmy Manchesteru United grającego tak szybko i dawno nie widzieliśmy go podającego (Mata!, Carrick!, Blind!) z taką płynnością. Dawno nie widzieliśmy tak pogubionego, robiącego tyle błędów Tottenhamu. Jak by powiedzieli Anglicy: normal service resumed, świat został uporządkowany. Na jak długo, to oczywiście zupełnie inna kwestia, ale jak słusznie zauważono pod poprzednim wpisem: do Canossy Henryk IV udał się po to, by ostatecznie zwyciężyć.
Skomentuj KrólJulian Anuluj pisanie odpowiedzi