To miał być drugi debiut Wojciecha Szczęsnego – i znów na Old Trafford. Jasne: po feralnym meczu z Southamptonem i przesunięciu na ławkę polski bramkarz pojawiał się jeszcze na boisku, ale nie przeciwko tak mocnemu rywalowi i nie w meczu o taką stawkę. Ogromna szansa na wykazanie się, wielkie nadzieje, a w efekcie… rozczarowanie, bo w trakcie prawie stu minut gry zmiennik Ospiny nie miał w zasadzie nic do roboty, poza kilkoma rutynowymi interwencjami przy strzałach z dystansu. Uderzenia Rooneya zatrzymać nie mógł, Anglik miał zresztą mnóstwo miejsca między Koscielnym a Mertesackerem (a równie wiele miejsca miał, nie pierwszy raz w tym meczu, podający do kapitana MU di Maria).
Może więc mieć Polak pretensje do rywali, że nie dali mu się wykazać: że choć przez większą część meczu mieli ogromną przewagę w posiadaniu piłki, to ich akcje toczyły się na jałowym biegu, wokół leitmotivu, jakim była próba dogrania piłki na głowę ustawionego za Rooneyem Fellainiego. Po meczu z Monaco postanowiłem sobie nie komplementować pochopnie Arsenalu – dziś dotrzymanie postanowienia przychodzi mi o tyle łatwo, że mogę skoncentrować się na krytykowaniu Manchesteru United.
Poza szybkością, zdecydowaniem i koncentracją Davida de Gei, którego interwencji po strzale Cazorli gospodarze zawdzięczają to, że przegrali tak nisko, trudno dostrzec cokolwiek dobrego w najnowszym wcieleniu Manchesteru United. Nie wiem, kto z obrońców gorszy: Rojo, Smalling czy Valencia (chyba jednak Valencia, bo błąd przy golu Welbecka nie był jego jedynym w tym meczu…), nie wiem, kto z pomocników bardziej anonimowy: Herrera w pierwszej czy Carrick w drugiej połowie, co do Fellainiego zaś – ktoś podsumował, że to wspaniały piłkarz, dopóki nie widzi piłki przy swojej nodze, bo wtedy zaczynają się kłopoty… Długa piłka na aferę (pardon: na Fellainiego), próby wymuszenia rzutów karnych i spięcia z naprawdę dobrze sędziującym Michaelem Oliverem – co jeszcze zapamiętamy z tego występu Czerwonych, pożal się Boże, Diabłów? Jak wyglądała organizacja ich defensywy przy pierwszej bramce Arsenalu? Ile niecelnych podań i strat w środkowej strefie odnotowali (nawet Cazorli udawały się wślizgi na mało ruchliwych rywali)? Co się dzieje z formą opłacanych przez klub gigatycznymi pieniędzmi di Marią, Herrerą, Rojo albo trzymanym na ławce Falcao? Gdzie się podziewają młodzi zdolni, którzy mogliby w związku ze spadkiem formy tamtych dostać i wykorzystać swoje szanse – coś jak Mason, Bentaleb czy Kane w Tottenhamie Pochettino? Czy van Gaal wie, co robi, tak często w trakcie sezonu zmieniając ustawienia (4-3-3, 3-5-2, 4-1-3-2, 4-4-2) i miejsca poszczególnych piłkarzy (Rooney!) na boisku? Czy w przypadku dzisiejszego meczu naprawdę miało sens dokonywanie podwójnej zmiany w przerwie?
Fakt, że Arsenal nie wygrywał tu od ośmiu lat, jest miarą słabości holenderskiego projektu na przebudowę MU. Na zadawane dziś rano pytanie Michała Szadkowskiego, dokąd idzie van Gaal, najświeższa odpowiedź brzmi: powinien iść do Canossy. Żeby jeszcze nie pogrążył go piłkarz, o którym Holender w momencie rostania wypowiadał się w tonie dość lekceważącym… Zemsta jest rozkoszą bogów, powiadają. Bogów i Danny’ego Welbecka.
Dodaj komentarz