Mam dla niego mnóstwo sympatii. Jego przyjście do Tottenhamu, w 2004 r., zbiegło się z ważnymi zmianami w moim życiu i miałem poczucie, że jakoś tym zmianom towarzyszył. Już pierwszy jego mecz w roli menedżera, z Arsenalem na White Hart Lane, stał się klasykiem nawet jak na zawyżone standardy meczów derbowych: drużyna przegrała wprawdzie, ale po kapitalnym meczu, a wynik 4:5 zapowiadał, że po czasach ultradefensywnego Jacquesa Santiniego naprawdę idzie nowe.
Jak było dalej, mniej więcej pamiętamy. Wielka forma Robbiego Keane’a, wybitna gra Michaela Carricka (którego Santini w ogóle nie wystawiał i który w Manchesterze United nie wzbił się już na ten poziom), debiut Michaela Dawsona, pojawienie się na White Hart Lane Edgara Davidsa, a w końcu zatruta lazania, która – zjedzona w podlondyńskim hotelu przed ostatnim meczem sezonu – pozbawiła zespół szans na grę w Lidze Mistrzów. Ładny, ofensywny futbol i świetna gra obronna (w sezonie 2005/06 tylko 38 straconych bramek w lidze), przełamanie klątwy Chelsea, świetne mecze Berbatowa, który z Keanem tworzył wówczas najlepszy duet napastników w ekstraklasie, ale też Lennona, Robinsona (gol w meczu z Watfordem!), kolejny klasyk, czyli wygrany 3:4 mecz z West Hamem… W sumie dwukrotnie piąte miejsce w lidze, pierwsze od lat doświadczenia gry w europejskich pucharach, sukcesy transferowe (to Jol przekonał Garetha Bale’a, że Tottenham jest dla niego lepszym miejscem od Manchesteru United – sześciu piłkarzy, którzy jesienią pokonali Inter na White Hart Lane, debiutowało w klubie za jego czasów). Oraz, co jak na standardy Tottenhamu naprawdę było sporym osiągnięciem: poczucie, że już nikt się z nas nie śmieje.
Czy to musiało się tak skończyć? Tottenham kiepsko zaczął rozgrywki 2007/08, a prasa sfotografowała jego przedstawicieli podczas rozmów z Juande Ramosem, który poprzedniej wiosny jako trener Sevilli wyeliminował drużynę z Pucharu UEFA. Od tamtej pory Jol uchodził za człowieka skazanego – dyrektor sportowy Damien Comolli kopał pod nim dołki, dziennikarze i zawodnicy spekulowali, ile jeszcze zostało mu czasu, aż w końcu nadszedł dzień meczu Pucharu UEFA z Getafe, kiedy wiadomość o jego zwolnieniu przedarła się na trybuny jeszcze w trakcie gry, co dało efekt zaiste surrealistyczny: właściwie nikt z kibiców i dziennikarzy nie koncentrował się na tym, co dzieje się na boisku. Sam Jol o zwolnieniu dowiedział się z esemesa, którego wysłał mu bratanek.
Nie wiem, czy nie był to najgorszy dzień w moim kibicowskim życiu. Angielska prasa porównywała prezesa klubu do sowieckich dygnitarzy, a określenie „haniebne traktowanie” należało do najłagodniejszych. Martin Jol był wówczas symbolem wszystkiego, co w Tottenhamie pozytywne: otwarty i szczery, z wielkim poczuciem humoru i honoru (po tegorocznym zwolnieniu z Newcastle Chrisa Hughtona, dawnego współpracownika i przyjaciela z White Hart Lane, odmówił przejęcia po nim drużyny), uwielbiany przez dziennikarzy i szanowany przez zawodników, lubiący grać ofensywnie, młody menedżer prowadzący młodą drużynę… Można było odnieść wrażenie, że nawet jeśli spece w tym fachu, jak Mourinho czy Ferguson (który swego czasu chciał go ściągnąć na Old Trafford i zatrudnić w roli asystenta), łatwo z nim wygrywali, to on uczył się na błędach – podobnie jak uczyli się jego zawodnicy.
Teraz jednak wszyscy jesteśmy w innym miejscu. Następca Jola w Tottenhamie, Juande Ramos, omal nie spuścił klubu z Premier League, zaś następca Ramosa z kolei, Harry Redknapp, osiągnął w końcu to, co nie udało się Holendrowi: przedarł się z klubem do Ligi Mistrzów. Czy Jol również dałby radę to osiągnąć – nigdy się nie dowiemy. Jego późniejsze osiągnięcia trenerskie w HSV (piąte miejsce, półfinał Pucharu UEFA) i Ajaxie (wicemistrzostwo i puchar kraju) były jakoś porównywalne z tymi z londyńskich czasów, ale pewnie ciut poniżej oczekiwań. Niewątpliwie za każdym razem zapowiadało się lepiej, niż się ostatecznie kończyło (HSV długo przewodził w tabeli) – a i z czasów Tottenhamu jestem przecież w stanie przypomnieć sobie mecze, które drużyna przegrywała mimo bezpiecznego prowadzenia. Czy tym razem będzie inaczej? W Fulham presja jest mimo wszystko mniejsza: miejsce w środku tabeli i kilka fajnych meczów w Lidze Europy jak na pierwszy sezon powinny wystarczyć. Romantyk we mnie powie po cichutku, że jeśli Jol osiągnie więcej, a Tottenham będzie za rok szukał menedżera, bo obecny przesiądzie się na fotel trenera reprezentacji, to…
Ale nie, za wcześnie o tym mówić. Zwłaszcza w kontekście niesławnego odejścia z Fulham Marka Hughesa, który wypowiedział umowę z dotychczasowym pracodawcą, licząc na bardziej atrakcyjne oferty z AV i Chelsea, i na razie musiał obejść się smakiem. Klasa nie jest czymś, co w świecie futbolu byłoby nadreprezentowane. Kiedy piszę tu o Martinie Jolu, piszę właśnie o człowieku z klasą – jednak zawieszając osąd o tym, jakim Holender stał się w ciągu minionych lat menedżerem. Kolejny start już za trzy tygodnie, kiedy Fulham rozpocznie sezon w Lidze Europy.
Skomentuj ~nedved44 Anuluj pisanie odpowiedzi