Tak, wiem: w rzeczywistości wygląda to kompletnie inaczej. W rzeczywistości mamy do czynienia z bandą nielojalnych chciwców, pazernych na „kaskę i respekcik”, jak to ujął z właściwą sobie precyzją jeden z moich młodszych kolegów. W rzeczywistości wystarczy jeden telefon od agenta, a potem cicha rozmowa w apartamencie hotelowym z prezesem potężnego klubu, żeby wszystkie dotychczasowe słowa, a choćby i pisemne umowy, przestały mieć znaczenie. Nie muszę wymieniać nazwisk, jeśli kiedykolwiek kibicowaliście jakiejś drużynie, przerabialiście to na własnej kibicowskiej skórze. Jeśli chodziło o Portsmouth – zadzwonił Tottenham, jeśli chodziło o Tottenham – zadzwonił Manchester United, jeśli chodziło o Manchester United – zadzwonił Real, jeśli chodziło o Real – zadzwoniła Barcelona, jeśli chodziło o Barcelonę – zadzwonił Milan itd., itp. I wszystko jedno, czy mówimy o piłkarzach, czy trenerach.
To dlatego dzisiejsza wiadomość o tym, że Roberto Martinez odrzucił ofertę Aston Villi i przedłużył kontrakt z Wigan wydaje się pochodzić z nierzeczywistości. Oto młody, ambitny menedżer, coraz powszechniej doceniany na Wyspach i poza nimi, prowadzący klub o najkrótszej historii spośród zespołów ekstraklasy; klub od lat z najwyższym trudem utrzymujący się w Premier League (w tym sezonie od pierwszej kolejki znajdował się w strefie spadkowej, a o jego utrzymaniu zadecydowały ostatnie minuty ostatniej kolejki) i od lat borykający się z tymi samymi barierami wzrostu (mały stadion w niedużym mieście, niewielki budżet na transfery i pensje), otrzymuje propozycję od klubu o wspaniałej tradycji, z nieporównanie większym zapleczem kibicowskim i ekonomicznym, a przede wszystkim: z nieporównanie większym potencjałem piłkarskim – nawet jeżeli Ashley Young, a zapewne i Stewart Downing zdecydują się na odejście. Zamiast kolejnego roku walki o przetrwanie na wejście dostaje perspektywę bezpiecznego środka tabeli, a jeśli zdoła potwierdzić swój menedżerski kunszt – może awansu do europejskich pucharów. Otrzymuje lepsze pieniądze, lepszych piłkarzy, jego mecze (częściej pokazywane w telewizji) obsługują lepsi dziennikarze… Wytężcie wzrok i znajdźcie powody, żeby odmówić.
Roberto Martinez znalazł. „Przez ostatnie dwa lata prezes bardzo mnie wspierał i był bardzo lojalny – nadszedł czas, żebym to ja go wsparł i był lojalny wobec niego” – powiedział 37-letni menedżer, skądinąd (co zapewne nie jest tu bez znaczenia) były piłkarz Wigan. Ma w swojej karierze porażkę 9:1 z Tottenhamem, po której wraz z piłkarzami zdecydował się na zwrócenie kosztów podróży podróżującym do Londynu kibicom, i kolejne potężne lanie w tym mieście (8:0 z Chelsea), ale mimo tamtych cięgów nie zrezygnował z przywiązania do ofensywnej, technicznej piłki. Nawet jednak, gdyby lubił futbol siłowy i toporny, byłby dziś bohaterem mojego romansu. Pal licho, że w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej.
Dodaj komentarz