Ach nie, derby nie są przeceniane. W żadnym wypadku. Naprawdę to napisałem? No jasne: zawsze przygniatają mnie kaskady lejącej się z trybun werbalnej przemocy, na ogół nie znoszę kibicowskiego prężenia muskułów w mediach społecznościowych, zwykle nie rozumiem, dlaczego tak trudno, ciesząc się z własnej wygranej, oddać sprawiedliwość rywalowi – zwłaszcza jeżeli w istocie grał dobrze.
Ale jest jeszcze przypadek Harry’ego Winksa. A może nawet dwóch Harrych, Winksa i Kane’a, bo przecież ten drugi od dawna specjalizuje się w strzelaniu bramek podczas meczów derbowych, a wczoraj po zdobyciu gola na 2:2 natychmiast popędził po piłkę, by dać drużynie jak najwięcej czasu na walkę o zwycięstwo. Obaj pokazali bardzo ważne, i zapominane czasem oblicze piłki nożnej. Nie od rzeczy będzie powiedzieć, że obaj są wychowankami klubu.
Nie to, że grali szczególnie dobrze, zresztą cała drużyna nie grała dobrze – zwłaszcza w pierwszej połowie, kiedy Mauricio Pochettino próbował ustawienia z dwójką napastników i uformowaną w diament czwórką pomocników za ich plecami (zarzucaliśmy trenerowi Tottenhamu w ubiegłym roku, że nie ma „planu B”, a teraz tych „planów B” wydaje się aż za dużo – choć oczywiście wypada docenić inicjatywę szkoleniowca, tak boleśnie wystrychniętego na dudka przez Slavena Bilicia w marcu; duet napastników Janssen-Kane, grający przeciwko trójce obrońców, teoretycznie powinien sprawić więcej kłopotów rywalom niż osamotniony wówczas Kane. Oprócz ustawienia nie pomagały rzecz jasna nieobecności – graczy kontuzjowanych i odpoczywających przed wtorkowym meczem Ligi Mistrzów w Monako. Nie pomagała również daleka od stabilności forma graczy w ostatnich latach kluczowych, Christiana Eriksena zwłaszcza, a także fakt, że Vincent Janssen z tygodnia na tydzień traci pewność siebie i zaczyna przypominać równie sympatycznego i równie pechowego pod bramką rywali Soldado. Ale to także nie wydaje się najistotniejsze.
Najistotniejsza wydaje się radość Harry’ego Winksa. Choć to nie on strzelił zwycięską bramkę, choć jego gol nie był arcydziełem sztuki piłkarskiej, a prostą dobitką strzału Janssena, idącą w dodatku po rękach bramkarza – energia bijąca od młodego pomocnika Tottenhamu, jego uśmiech, jego sprint w kierunku ławki rezerwowych, jego podziękowanie trenerowi, który tego dnia po raz pierwszy dał mu szansę gry w Premier League od początku spotkania, a potem gest w kierunku trybuny, na której siedzieli członkowie rodziny, wydały mi się czymś naprawdę uzdrawiającym.
Zważmy: gol 20-letniego Winksa był zwieńczeniem jego piętnastoletniego już związku z klubem – z klubem, któremu kibicowali jego rodzice i sąsiedzi z Hamel Hampstead, i w którym przeszedł przez wszystkie etapy rozwoju. Wyłowiony na jakimś obozie piłkarskim w okolicach Watfordu jako sześciolatek, w akademii bywał kapitanem kolejnych roczników, jako siedemnastolatek został posadzony na ławce pierwszej drużyny przez Tima Sherwooda i zadebiutował jako osiemnastolatek w Lidze Europy, ale dopiero wakacyjne tournee do Australii i mecze z Juventusem i Atletico okazały się przełomowe, i zaowocowały nową umową z klubem do 2021 roku. Nawet jeśli w kolejnych latach kariera tego starającego się kontrolować grę pomocnika (w jednym z wywiadów mówił o swojej fascynacji Xavim) nie rozwinie się równie spektakularnie jak kariera Harry’ego Kane’a – będzie musiał zmienić klub, jak Ryan Mason, lub zatrzyma się w rozwoju i przestanie pojawiać się nawet na ławce, jak Tom Carroll, jego niekontrolowany wybuch radości zapamiętamy z wdzięcznością.
Tego samego wieczora w derbach Madrytu trzy gole strzelił Cristiano Ronaldo, a choreografia jego „cieszynek” była nieautentyczna jak cały współczesny futbol.
Skomentuj Marek Anuluj pisanie odpowiedzi