Widziałem już mnóstwo takich meczów. Gdybym miał więcej czasu na szperanie w archiwach, wynalazłbym jakiś link do wpisu na tym blogu z czasów, gdy trenerem Tottenhamu był Juande Ramos, albo Harry Redknapp, albo Andre Villas-Boas, albo Tim Sherwood (Martinowi Jolowi, ze względu na okoliczności zwolnienia, daruję bycie wymienionym w tym zestawie); wpisu, w którym biadam na okoliczności kapitulacji ukochanej mej drużyny w starciu z którymś z zespołów tradycyjnej angielskiej czołówki. Jakieś przespane początki, jakieś nieprzytomne zagrania, jakieś chwile gapiostwa i prezenty dla rywali, jakaś wysoka, zbyt wysoka linia obrony (ech, te czasy AVB…), za którą mogli rozpędzać się na przykład zawodnicy Manchesteru City, jakieś koronkowe akcje w polu karnym, cyzelowane przez piłkarzy Arsenalu powiedzmy, a później jakieś gorzkie żale, związane z tym, że oto na naszych oczach oddalają się szanse na awans do Ligi Mistrzów (bo przecież o mistrzostwie kraju serio się raczej nie mówiło). Chwile weryfikacji i przekłuwania balona, pompowanego z kibicowskich projekcji, bo przecież nie z realnego oglądu rzeczywistości.
Wanyama i Dembele jako jedna z najlepszych par środkowych pomocników Premier League, od której wielu niebędących przecież ułomkami rozgrywających z wysp odbija się jak piłeczki pingpongowe? Uniwersalny Dier, równie pewny w środku pomocy, jak i na stoperze, rzucający celne długie podania z głębi pola i skuteczny pod bramką rywala? Wybrany dopiero co piłkarzem miesiąca Alli? Eriksen, w każdej właściwie statystyce, którą mierzy się kreatywność, bijący na głowę Mesuta Ozila? Dobry chłopak Harry Kane? Najszybszy w lidze Kyle Walker?
Nie wymieniam całej drużyny, jak się zorientowaliście. Po pierwsze, gdyby nie Hugo Lloris, Tottenham przegrywałby do przerwy nie dwoma, tylko pięcioma bramkami (choć i on nie ustrzegł się błędu przy jednym z wykopów). Po drugie, Toby Alderweireld wypadł jak zwykle przyzwoicie (choć i on obejrzał żółtą kartkę, próbując naprawiać błąd któregoś z kolegów, co jak na obrońcę właściwie niefaulującego, zasługuje na wzmiankę). Po trzecie, Heung Min Son nie wykorzystał znakomitej sytuacji, będąc sam na sam z Mignoletem, ale od niego – choć kosztował niemało – wciąż wymagamy mniej niż od dotąd wymienionych; gdyby zdrowy był Lamela, Koreańczyk zaczynałby mecz na ławce.
Po czwarte, może najważniejsze. Już w trakcie meczu komentatorzy bezlitośnie krytykowali Bena Daviesa (tu, w Kalabrii, mogliśmy to rozpoznać po ilości zbliżeń na Walijczyka) za to, do jakiego stopnia nie radził sobie z Sadio Mane. Ale Davies również był tu na papierach zmiennika – za kontuzjowanego Rose’a, a wiele z sytuacji, w trakcie których ośmieszał go Senegalczyk, było efektem dramatycznego braku asekuracji ze strony kolegów, a być może także trenerskiego pomyślunku. Czy podczas kilkutygodniowego pobytu Mane na Pucharze Narodów Afryki w Tottenhamie zapomnieli, jak szybkim jest piłkarzem? Czy nie przewidzieli, że pod nieobecność Rose’a Liverpool będzie próbował jak najczęściej grać prawym skrzydłem?
Nie czepiam się Daviesa – czepiam się całej drużyny. Kiedy w ostatnich kilku meczach Liverpool przechodził kryzys, formułowano pretensje pod adresem Jurgena Kloppa, że jego jedyną receptą na kolejne porażki jest robić to samo, co do tej pory, tylko intensywniej. Wczoraj ta recepta okazała się nadzwyczaj skuteczna. Liverpool nie tylko robił to samo, co do tej pory, tylko intensywniej. Robił, dodajmy, to samo, co zwykle robi Tottenham – tylko intensywniej.
To było chyba najbardziej dojmujące. Liczba strat piłkarzy Tottenhamu, liczba odbiorów zawodników Liverpoolu. Liczba błędów, kiepskich przyjęć piłki, niecelnych podań spowodowanych tym, że w momencie, gdy otrzymywałeś futbolówkę i przez ułamek sekundy zastanawiałeś się, co z nią zrobić, był już przy tobie któryś z rywali. Ile razy Dembele próbował przedrzeć się przez środek pola Liverpoolu dryblingiem i został zablokowany? Ile razy Wanyama przyjmował piłkę, żeby nie zdążyć już przekazać jej dalej (przy pierwszym golu odebrał mu ją maleńki Coutinho, tak jak Mane Dierowi przy drugim)? Ile razy tempo akcji siadało z powodu takiego przyjęcia, a przy nieobstawionym chwilę wcześniej koledze pojawiał się przeciwnik?
Liverpool, faktycznie, kompletnie nie przypominał drużyny z ostatnich kilku spotkań. Zamiast jałowego utrzymywania się przy piłce – powrót „heavy metal footballu”. Biegający do utraty tchu Lallana i Firmino, odpowiedzialny Henderson, znakomity Winjaldum, chowający Wanyamę do kieszeni, i co najmniej dwukrotnie obsługujący doskonałym podaniem wybiegającego na pozycję Mane (nie wymieniam tylko Coutinho, wciąż bledszego niż przywykliśmy, choć i on z łatwością dostawał się w pole karne gości). Błyskawiczne podania, olśniewająco szybki ruch bez piłki, dzikość pressingu – oto charakterystyka drużyn Kloppa w najlepszym wydaniu. Tyle się mówiło o dziurawej obronie Liverpoolu – i raz nawet Lucas i Matip pogubili się przy podaniu Walkera do Eriksena, ale poza tym nie została ona poważnie przetestowana.
Mauricio Pochettino mówił po tym meczu, że nie można serio myśleć o walce o mistrzostwo kraju wykazując tak daleko idący brak zaangażowania i agresji. Ja tam na gadki o mistrzostwie się nie nabierałem, a i w powtórny awans do Ligi Mistrzów nie wierzę. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – z wahaniem przywołuję frazę z wiersza poetki, której piątą rocznicę śmierci obchodziliśmy półtora tygodnia temu; wiersza na temat o niebo poważniejszy niż jakaś tam piłka nożna. Problem w tym, że, niestety, o Tottenhamie wiem bardzo wiele. Żałuję tylko, że Marisa i Benito, moi ukochani kalabryjscy sąsiedzi, też się dowiedzieli.
Skomentuj Kuba Anuluj pisanie odpowiedzi