Klasyk obejrzeliśmy dopiero wieczorem, kiedy Real ogrywał na Camp Nou Barcelonę – ogrywał faworyta, ogrywał w dziesiątkę, ogrywał psując niezapomniany wieczór pamięci Johana Cruyffa i ogrywał po strzelonym w końcówce golu niewidocznego wcześniej swojego największego gwiazdora. Thriller widzieliśmy z kolei po południu, kiedy Norwich biło się z Newcastle – sytuacja zmieniała się jak w przysłowiowym kalejdoskopie, były emocje, gole, niespodziewane zwroty, odrabiane straty, dramat drużyny walczącej o utrzymanie i euforia drużyny broniącej się przed spadkiem. Pomiędzy nimi, na Anfield Road, nie było ani thrillera, ani klasyku, choć momenty, w których kibice mogli zjeść kanapkę, zerknąć na Twittera albo strzelić sobie selfie z wyrzucającym aut piłkarzem, należały do rzadkości. Nie było tu mowy o cierpliwym tkaniu kolejnych akcji, budowaniu od obrony, dłuższej wymianie podań w środku pola. Podobnie jak w październiku, kiedy Klopp debiutował w Premier League podczas meczu na White Hart Lane, tylko jeszcze intensywniej, Dier i Dembele, Henderson i Can, Eriksen i Alli, Lallana i Sturridge rzucali się do pressingu. Wiele strat na własnej połowie – Walkera i Sakho przede wszystkim – było efektem uporczywej walki o odbiór. Po jednej z takich strat – i świetnym podaniu Coutinho – najlepszą w pierwszej połowie okazję do strzelenia bramki miał Sturridge.
Jako kibic Tottenhamu drżałem jak dawniej, kiedy jakieś podanie adresowano do Dembele: to był mecz, w którym tak chwalony na ogół Belg – jeden z tych zawodników Premier League, którego pozbawić piłki najtrudniej i który zarazem lubi się nią trochę pobawić – znajdował się pod największą presją. Pomeczowe skróty pełne były wprawdzie momentów, w których z łatwością przepychał Cana, Hendersona czy Milnera, zauważmy jednak, że jego podania przerwano aż sześciokrotnie, z czego aż cztery razy na własnej połowie, i że to dopiero w drugiej połowie udawało mu się znajdować więcej miejsca między pomocnikami Liverpoolu. Podobne problemy miał zresztą Can, od którego kilku niecelnych zagrań rozpoczynały się kontry Tottenhamu.
Wszystko w tym meczu było kwestią ułamka sekundy. Decyzja o przyjęciu zamiast uderzenia z pierwszej piłki, minimalnie złe przyjęcie, niepozostawiające już czasu na korektę, strzał zamiast podania – w zasadzie wszyscy piłkarze ofensywy Tottenhamu mieli momenty, w których mogli (i pewnie z innym rywalem zdołaliby) zachować się inaczej. Harry Kane, marnujący dwie okazje w pierwszej połowie, Dele Alli niewykorzystujący podania Eriksena w końcówce, gubiący się kilkakrotnie przed polem karnym Liverpoolu i niewykorzystujący świetnego odegrania Diera Son (brak Lameli był odczuwalny wyjątkowo dotkliwie…), przykładów pewnie można by znaleźć więcej – zwłaszcza że okazji bramkowych w tym meczu było aż trzydzieści trzy, z czego osiemnaście dla Tottenhamu. Tylko liczba wślizgów mówi o tym pojedynku więcej: dwadzieścia cztery Tottenhamu i aż czterdzieści osiem Liverpoolu. I może jeszcze procent celnych podań Liverpoolu: poniżej 70 procent, co przecież też było efektem dzikiego tempa i nacisku rywala. „Sułtani pressingu”… nie wiem, czy wypada pisząc o Tottenhamie i Liverpoolu nawiązywać do Marka Knopflera, przy którego muzyce wychodzą przecież piłkarze na St. James’ Park.
Był to też mecz, w którym bardziej niż kiedykolwiek odczuwało się w Tottenhamie brak piłkarza, nazwijmy to, nieprzewidywalnego. Owszem: tak samo jak wy pamiętam cudowną bramkę Dele Alliego w spotkaniu z Crystal Palace, ale zważcie, jak wiele ze zdobywanych przez piłkarzy Pochettino goli jest efektem a) stałych fragmentów gry, b) uderzeń z dystansu, c) wypracowywanych na treningach schematów rozegrań (w tym meczu np. przerzutów na skrzydła, do bocznych obrońców, próbujących zająć rolę skrzydłowych, oraz długich piłek do biegnących, by wesprzeć Kane’a, Sona, Eriksena czy Alliego – przy takich zagraniach również gubił się Sakho…). Tak jak doceniamy zwykle trenerski kunszt Mauricio Pochettino, komplementujemy organizację gry, koncentrację, nieustępliwość, przygotowanie fizyczne, charakter (kolejny raz odrobili straty – w sumie dziewiętnaście punktów w sezonie wywalczyli w meczach, które już przegrywali) itd., zauważmy: jedyny w sobotnie popołudnie prawdziwy artysta futbolu, nieustannie gubiący Walkera i schodzący do środka Philippe Coutinho (piłkarz, którego – nawiasem mówiąc – Pochettino prowadził w Espanyolu), wystąpił w drużynie przeciwnej.
Drużynie, która zresztą stworzyła o wiele lepsze okazje do strzelenia bramki: jeszcze przed golem Brazylijczyka sam na sam z Llorisem był wspomniany już Sturridge, Francuz zatrzymał też dwa świetne strzały Lallany: Liverpool robi postępy i jeśli w przyszłym sezonie Klopp zrobi porządek z obsadą bramki i zorganizuje defensywę, jeśli będzie miał za sobą pierwszy porządnie przepracowany okres przygotowawczy i pierwsze dojrzale przemyślane okienko transferowe – znów liczyć się będzie w walce o Ligę Mistrzów. Wiedząc już o dzisiejszym zwycięstwie Leicester nad Southamptonem i darowując sobie w związku z tym obliczanie, ile punktów musieliby jeszcze stracić piłkarze Ranieriego, by nie zostać mistrzem Anglii, powiedzmy i to: trudniejszego rywala Tottenham w tym sezonie mieć już nie będzie – co skądinąd w zestawieniu z niedosytem, powszechnie wyrażanym przez piłkarzy z Londynu po meczu, wiele mówi o atmosferze panującej w drużynie Pochettino.
Skomentuj michalokonski Anuluj pisanie odpowiedzi