Płyty się z tego nie wyda. Nie było to w żadnym sensie klasyczne zwycięstwo Arsenalu nad Tottenhamem – było to po prostu rutynowe zwycięstwo Arsenalu nad Tottenhamem. Ale też trzeba powiedzieć, że ten mecz przyszedł za wcześnie, aby na jego podstawie móc oceniać nowy Tottenham. Jeszcze przed derbami Arsene Wenger przestrzegał, że wkomponowanie w drużynę więcej niż trzech zawodników może być problemem – tylko pięciu piłkarzy z wyjściowej jedenastki gości, którą oglądaliśmy dziś na Emirates, występowało w niej wiosną.
Brak zrozumienia widać było zwłaszcza w drugiej linii, gdzie zarówno Paulinho, jak Capoue, i zwłaszcza Dembele, tracili mnóstwo czasu, zanim któryś wpadł na pomysł pozbycia się piłki. Brak zrozumienia i wynikające stąd złe wybory, bo często zamiast narzucającego się podania do kolegi któryś z nich decydował się na indywidualną akcję. W ten sposób Paulinho jeszcze w pierwszej połowie zmarnował ciekawą inicjatywę Vertonghena, który przedarł się do przodu, podał do Brazylijczyka, wbiegł w pole karne i nie doczekał się odegrania, bo kolega postanowił uderzać samemu. W ten sposób również zaczął się kontratak dający Arsenalowi jedynego gola: Chadli po podaniu Rose’a sam pędził na bramkę, został zablokowany, zostawił za sobą mnóstwo wolnego miejsca, którym ruszyli gospodarze, Dawson złamał wysoko ustawioną linię obrony, cofając się za Olivierem Giroud, i… stało się nieszczęście.
Tych nieszczęść (z koguciej perspektywy, rzecz jasna) byłoby więcej, gdyby nie znakomity Lloris. Mnie oczywiście szybkość wyjść Francuza nie dziwiła: żeby grać wysoką linią obrony, jak chce i lubi Andre Villas-Boas, trzeba mieć bramkarza odważnie ruszającego poza pole karne. Dobrze, że oprócz wślizgów, Lloris zdołał również kilkakrotnie interweniować na linii. Szkoda, że jego koledzy poza strzałami z dystansu nie umieli do podobnej pracy zmusić Wojciecha Szczęsnego.
Problemy Tottenhamu? Oprócz braku zgrania i wynikającej stąd rozlazłości, zapowiadająca się arcygroźnie kontuzja Capoue (był w pierwszych meczach znakomity; dziś został zniesiony z boiska pod maską tlenową, a mnie to wyglądało na zerwane wiązadła i zapowiedź wielomiesięcznej przerwy – oby nie była to strata równie bolesna, jak ubiegłoroczny uraz Sandro), brak klasycznej „dziesiątki” i osamotnienie Soldado w ataku. Hiszpan wiele razy cofał się, szukając gry z kolegami, a gdy raz czy drugi znalazł się w polu karnym – jego uderzenia z pierwszej piłki były blokowane przez czujnego Mertesackera. Kłopot w tym, że w kolejnym już meczu większość piłek do niego nie dochodziła – zarówno z powodu braku „łącznika” (zobaczcie, jak głęboko grał i jak często podawał do tyłu teoretycznie mający spełniać tę rolę Dembele), jak i marnej jakości dośrodkowań. Danny Rose, który próbował najczęściej, musi się jeszcze dużo uczyć, jeśli idzie o wrzutki w pole karne. Kyle Walker musi się uczyć nie tylko wrzutek, ale i przyjmowania piłki. Chadli i Townsend raczej ścinali do środka, szukając okazji do strzału – ale strzały z daleka kłopotów Szczęsnemu nie sprawiały. Nie przekonała mnie decyzja AVB o wprowadzeniu na boisko Defoe’a i zatrzymaniu Chadliego: może Holtby dziś, może Eriksen w kolejnych meczach odnaleźliby się w roli wspierającego napastnika (eksperyment z Sigurdssonem AVB najwyraźniej uznał już za nieudany).
O Arsenalu w tym sezonie piszemy, że nastawia się na grę z kontry (statystyki z dziś: 43 do 57 proc. dla Tottenhamu, jeśli idzie o posiadanie piłki, 394 do 509 w podaniach, z czego celnych 75 do 85 proc.), ale jakże to skuteczna taktyka, zwłaszcza jak się ma Walcotta, do którego można zagrać piłkę za plecy obrońców i gotowego obsłużyć nią Giroud. W środku pola, pod nieobecność Artety, błyszczą niedoceniane gwiazdy: świetnie się uzupełniający Rosicky i Ramsey, na środku obrony wreszcie zachowują spokój Mertesacker i Kościelny; każdy wie, co robić, nawet jeśli w końcówce trzeba bronić wyniku grając… czwórką bocznych obrońców. Kanonierzy, owszem, niekiedy tracą piłkę, ale ich gra defensywna z meczu na mecz się poprawia – nawet Giroud coraz lepiej radzi sobie podczas fizycznych konfrontacji z rywalami. Jeśli wiesz, co robisz, i instynktownie wiesz, co robią twoi koledzy, grasz o tych parę decydujących ułamków sekundy szybciej. Tych mniej więcej, które dziś zdecydowały o sukcesie Arsenalu i nad którymi „nowy Tottenham” będzie musiał pracować na treningach wiele tygodni. Po wydaniu stu milionów funtów na transfery – presja ciąży na najmłodszym menedżerze Premier League, ten najstarszy znów może odetchnąć pełną piersią. Jak pisałem przed tygodniem: wieści o śmierci Arsenalu są stanowczo przesadzone, a jeśli jeszcze do klubu przyjdzie Mesut Ozil…
PS. O odejściu Bale’a rozpisałem się wczoraj, o innych transferach więcej rzecz jasna jutro. Przepraszam, że ze względu na inne obowiązki nie zdołałem dziś rozpisać się na temat meczu Liverpool-MU. Generalnie jestem pod wrażeniem dojrzałości i dyscypliny piłkarzy Brendana Rodgersa i nie wydaje mi się, by (jak mówił po spotkaniu David Moyes) mistrzowie Anglii rozegrali najlepszy z dotychczasowych meczów pod wodzą nowego trenera. Im również przydałaby się jakaś „dziesiątka”…
Skomentuj ~hazz2 Anuluj pisanie odpowiedzi