Jeśli wierzyć Davidowi Connowi (a Connowi wierzyć trzeba), kluby Premiership wydały zaledwie 30 milionów funtów w tegorocznym okienku transferowym: dbając o budżety, ograniczano się głównie do wypożyczeń lub sprowadzania wolnych zawodników. Także piłkarz, o którym – nie pierwszy zresztą raz – chcę tu mówić, nie kosztował nowego pracodawcę zbyt wiele. Jego sprawa odróżnia się od innych tym, że rzadko znajduje się taki transfer, po którym wszyscy są zadowoleni.

Fot. AFP/Onet.pl
Z perspektywy Celticu, któremu nie idzie w tym sezonie najlepiej, wypożyczenie z Tottenhamu Robbiego Keane’a – piłkarza będącego wyrazistą osobowością, charyzmatycznego i mającego duży wpływ na atmosferę w szatni (nawet w Liverpoolu, gdzie jego pobyt okazał się porażką, szybko stał się kumplem „rządzących” Gerrarda i Carraghera) – musi wydatnie podnosić morale. W dodatku chodzi o Irlandczyka, który od dziecka kibicował nie tylko Liverpoolowi, ale także Celticowi, i który przenosząc się do Szkocji spełnił kolejne ze swoich marzeń – podobnie jak kilka lat wcześniej uczynił to Roy Keane… W Glasgow dochodziła północ i padało, kiedy pięć tysięcy ludzi zgotowało kapitanowi reprezentacji Irlandii owacyjne przyjęcie (zobaczcie sami).
Z perspektywy samego Keane’a kilka miesięcy w Celticu jest świetnym czasem na odbudowanie formy, zagubionej w okresie grzania ławy w Tottenhamie. Już wiosną do jego gry zgłaszano zastrzeżenia, choć Harry Redknapp odpierał zarzuty, mówiąc, że gdyby nie drugie przyjście Irlandczyka, pewnie nie utrzymałby drużyny w Premiership. Jesień rozpoczął jako podstawowy napastnik, a jeszcze we wrześniu strzelił cztery gole w meczu z Burnley, ale szybko się okazało, że kombinacja Crouch-Defoe dawała menedżerowi więcej możliwości niż gra duetem Defoe-Keane. Stracił miejsce w składzie, stracił rytm i czucie gry, a kiedy ostatnio wychodził na końcówki spotkań, krytykowali go nawet najwierniejsi wielbiciele. Czasami przykro było zaglądać na fora kibiców Tottenhamu, domagających się wystawienia Keane’a na listę transferową.
Z perspektywy Tottenhamu odejście Irlandczyka oznacza więc, mówiąc całkowicie brutalnie, pozbycie się kłopotu, jakim jest zasłużony piłkarz, który z powodów całkowicie merytorycznych nie mieści się w podstawowej jedenastce. Oznacza też oszczędności (należał do najlepiej zarabiających, a mówi się nie tylko o tym, że Celtic przejmuje na siebie płacenie jego pensji, ale także że wypłaca Tottenhamowi milion funtów za zgodę na wypożyczenie). Oraz inwestycję: to klub z White Hart Lane pozostaje właścicielem piłkarza, jeśli więc pobyt na Parkhead okaże się sukcesem, to macierzysty klub będzie mógł zarobić na nim po raz kolejny albo – co Redknapp zapowiada – ściągnąć, odrodzonego i pełnego energii, na kolejny sezon w Premiership.
Kiedy przed rokiem odkupiono go z Liverpoolu, zastanawiałem się, czy ta decyzja ma sens w perspektywie dłuższej niż 10 tygodni nieobecności kontuzjowanego Jermaina Defoe: wcześniej i Martin Jol, i Juande Ramos nie mieli wątpliwości, że Defoe i Keane są zbyt niscy, by stworzyć naprawdę groźny duet napastników (w ogóle, zwłaszcza w kontekście niezdolności drużyny do bronienia się przy stałych fragmentach gry: czy nie za dużo tych konusów, kiedy w pierwszej jedenastce wychodzą również Modrić i Lennon?). Redknapp twierdził wprawdzie, że dobrzy piłkarze zawsze potrafią ze sobą grać, ale chwaląc Irlandczyka najwięcej mówił o jego cechach charakteru: waleczności, zadziorności, zaangażowaniu, umiejętności mobilizowania kolegów.
Jak widać miałem wątpliwości, ale przecież cieszyłem się, że wrócił, i dociskałem pedał patosu do dechy, cytując nawet wiersz Kawafisa. Tym razem czuję się dość podobnie: kiedy staram się myśleć racjonalnie, muszę przyznać, że drużynie nie będzie go w najbliższych miesiącach brakowało i ściskam kciuki, żeby udało mu się podbić Glasgow, ale w skrytości nieuleczalnie romantycznego serca żałuję jego odejścia. Czyżbym był tym jedynym niezadowolonym?
Skomentuj ~Q Anuluj pisanie odpowiedzi