A co tam, podzielę się z Wami strumieniem świadomości: o pewnych rzeczach nie potrafię przestać myśleć, nawet jeśli od emocji poniedziałkowego wieczora minęło już kilkadziesiąt godzin.
Najpierw Fernando Torres: czy wart jest tych pieniędzy i jak Chelsea będzie szukała dla niego miejsca w składzie. Wątpliwości na ten temat zgłaszałem już na gorąco, podczas zamykania okienka, ale teraz rzecz wypada uporządkować. W kwestii pieniędzy: skoro Roman Abramowicz chciał zapłacić 50 milionów, nie warto już epatować sumami, za które Arsene Wenger zbudował drużynę zajmującą obecnie wyższą pozycję w tabeli (można jedenastkę Kanonierów zestawić w ten sposób, że nawet naszpikowana gwiazdami, w całości będzie tańsza od nowego napastnika Chelsea). Torres, choć przez ostatnie półtora roku na zmianę leczył się, mozolnie próbował odzyskać formę i znów się leczył, wciąż pozostaje jedną z najznamienitszych marek w świecie futbolu: ktoś wycenił ją na tyle, postawmy więc kropkę (i zobaczmy kontekst: Carroll – 35 milionów, Bent – 24…). Nie wykluczam zresztą, że zmiana warunków zewnętrznych może Torresowi posłużyć: inne otoczenie, inne treningi i inne wyzwania (walka o mistrzostwo kraju i triumf w Lidze Mistrzów…) usuną poczucie wypalenia i dadzą Hiszpanowi świeżość w podejściu do codziennych obowiązków.
Gorzej widzę wkomponowywanie Torresa w drużynę Chelsea. Od czasów Jose Mourinho grała ona trójką z przodu: wysuniętym napastnikiem i dwoma fałszywymi skrzydłowymi (ostatnio Drogba, a za nim Malouda i z konieczności ustawiany na prawej stronie Anelka). Był wprawdzie moment, kiedy Carlo Ancelotti próbował przejść na 4-4-2, z Anelką i Drogbą z przodu, a za nimi czwórką środkowych pomocników w diamencie, ale jako że Lampardowi nie służyło to najlepiej, przestał eksperymentować. W 4-3-3 Torres z Drogbą nie zagrają, na „klasyczne” 4-4-2 brakuje prawoskrzydłowego, „diament” z kolei, oprócz Lamparda, nie będzie leżał również Maloudzie (więcej o kłopotach z ustawieniem Torresa pisze Jonathan Wilson). O kłopocie z posadzeniem Anelki na ławce nie wspominam.
A może problem jest przejściowy, skoro Drogba ma już 33 lata? A może w ogóle nie ma się czym przejmować, skoro Torres zaraz złapie kolejną kontuzję? Ale w takim razie wracamy do punktu wyjścia: czy warto było wydawać 50 milionów? Pod tym względem o wiele lepiej wygląda sytuacja Liverpoolu po zakupie Carrolla i Suareza – były piłkarz Ajaxu potrafi grać w systemie 4-3-3 i takiego też spodziewam się ze strony Kenny’ego Dalglisha, gdy Carroll się wykuruje: brakującym ogniwem w ofensywnej układance może być wówczas albo Maxi, albo Jovanović, albo Joe Cole, oczywiście jeżeli ten ostatni przypomni sobie, jak się gra w piłkę.
O tym, że bywają wzmocnienia, które okazują się kłopotem, świadczy przykład… Tottenhamu i Rafaela van der Vaarta. Zgoda, zgoda: w pierwszej części sezonu Holender strzelił wiele bramek, a zważywszy na kwotę, za jaką go sprowadzano, wciąż pozostaje jednym z najbardziej udanych transferów sezonu. Zwróćmy jednak uwagę, że Holender robił furorę w Premier League, kiedy Jermain Defoe leczył kontuzję. Gdy Anglik wrócił, okazało się, że to nie działa: dwóch maluchów z przodu na Wyspach rzadko stanowi zagrożenie, o czym w Tottenhamie przekonywano się już za czasów Martina Jola i prób zestawiania ataku Defoe-Keane. Można oczywiście do pierwszej jedenastki awansować Croucha lub Pawliuczenkę, ale wtedy pojawia się pytanie, czy zespół stać na sadzanie na ławce Defoe’a lub, strach pomyśleć, van der Vaarta…
Po zamknięciu okienka transferowego i hiobowych wieściach na temat stanu zdrowia Kinga (operacja), Kaboula (operacja), Huddlestone’a (kłopoty z powrotem do zdrowia po operacji), Gallasa (problem z biodrem), Bale’a (problem z plecami), a także w związku z trzymeczową karencją Dawsona i operacją wyrostka Modricia, nie wygląda na to, żeby Tottenham było stać na więcej niż piąte miejsce. Zwłaszcza, że Arsenal trzyma poziom, w MU zaczął strzelać Rooney, w MC Dżeko, a Chelsea kryzys sprzed paru tygodni ma zdecydowanie za sobą. Za kilka godzin mecz z Blackburn, w środku obrony mogą zagrać Bassong z Woodgatem (pierwszy występ po ponadrocznej nieobecności na boiskach ekstraklasy i zaledwie dwóch sparingach rozgrywanych w drużynie rezerw) – poważnie się zastanawiam, czy w ogóle to oglądać.
PS Padały pod ostatnim wpisem pytania o straty wygenerowane przez Chelsea w ostatnim roku rozliczeniowym i podwojone po transferach Torresa i Luiza, w kontekście reguł finansowego fair play. Po pierwsze, w ostatnich miesiącach (nieuzwględnianych jeszcze w rozliczeniu) Londyńczycy mocno przyoszczędzili na pensjach Ballacka, Deco czy Joe Cole’a, po drugie w niedługim czasie mają znaleźć sponsora tytularnego Stamford Bridge, a po trzecie i najważniejsze, zanim UEFA zacznie to wszystko liczyć na poważnie, minie jeszcze trochę czasu. Kibicom Chelsea polecam lekturę uspokającego artykułu na Sportintelligence.
Skomentuj ~Seb Anuluj pisanie odpowiedzi