O to, czy mamy do czynienia z najlepszą ligą świata, można się pewnie spierać. Z pewnością idą do niej największe pieniądze, z pewnością jest najchętniej oglądana. Co do piłkarzy – mimo rekordowego transferu Paula Pogby do MU największe gwiazdy nadal chętniej spoglądają na Real i Barcelonę, nie budzi natomiast wątpliwości, że Premier League przyciąga największe gwiazdy trenerskie: Mourinho, Guardiola, Klopp, Conte, Wenger w jednej rywalizacji, w dodatku Mourinho i Guardiola w jednym mieście (Manchester jako piłkarska stolica świata)… doprawdy tylko Ancelottiego brakowało.
A przecież nie samymi gwiazdami ten świat żyje i dlatego ze wszystkich moich pomyłek („Błąd! Można się czegoś nauczyć!”, powiada z zadowoleniem pewna bliska mi osoba) ta popełniona podczas pisania ubiegłorocznej wersji „Przewodnika po Premier League” sprawiła mi zdecydowanie największą przyjemność. Mistrzem Anglii miała wszak zostać Chelsea, a za murowanego kandydata do spadku uznawałem Leicester. Że myliłem się w znakomitym towarzystwie, nie ma tu najmniejszego znaczenia – w pierwszych słowach proszę jednak o wyrozumiałość podczas lektury i traktowanie niniejszego Przewodnika tak samo jak jego poprzednich wydań. Jak zabawy, pozwalającej autorowi rozładować napięcie związane z przedłużającym się czasem oczekiwania na pierwszy gwizdek.
Inna sprawa, że im dłużej to robię, tym bardziej przypomina to wróżenie z fusów. Powody? Z jednej strony te tradycyjne – np. okienko transferowe zamykające się dopiero za dwa tygodnie, czyli niepewność, w jakich składach poszczególne drużyny (zwłaszcza te ze środka i dolnej połówki tabeli) zaczną sezon. Większość zawodników uczestniczących w Euro dopiero niedawno wznowiła treningi i nie sposób orzec, w jakiej znajduje się formie, dociążona pracą nad siłą i wytrzymałością (nie sposób też orzec, w jakiej będzie formie późną wiosną, kiedy sezon wejdzie w rozstrzygającą fazę – na ile zbyt krótkie wakacje przypłaci przemęczeniem i wypaleniem); wielu też jest kontuzjowanych. Sparingi przedsezonowe, w przypadku większości klubów z czołówki, zamieniły się raczej w pokazy objazdowego cyrku – o marketing, pieniądze i promocję na rynkach wschodzących idzie tu o wiele bardziej niż o solidne sprawdzenie możliwości poszczególnych piłkarzy. O kuriozalnym tournee Manchesteru United po Chinach, ostatecznie przerwanym, a wcześniej naznaczonym łomotem z rąk Borussii, kłopotami z pogodą i fatalnym stanem boisk, na których podopiecznym Jose Mourinho przyszło pracować, słyszeli wszyscy – ale taki Tottenham na przykład do Australii w ogóle nie zabrał uczestników Euro. Podczas meczów z Juventusem i Atletico ponad połowę wyjściowej jedenastki stanowili juniorzy i piłkarze, którzy o regularnej grze w Premier League mogą tylko marzyć. Rozważania, czy takie sparingi coś w ogóle dają trenerom, zostawiam na boku; w dzisiejszych czasach są równie sensowne, co użalanie się nad sumą, jaką wyłożono za Pogbę (równowartość dwóch airbusów A320 lub czterech pociągów TGV; miejmy nadzieję, że między polami karnymi Francuz będzie odpowiednio szybki…). Takie czasy.
Ale są też inne trudności – nazwijmy je psychologicznymi. Na ile intensywność napięcia na linii Mourinho-Guardiola zaburzać będzie racjonalność sądów, zwłaszcza u tego pierwszego? Na ile oddziaływać będzie na trenera i piłkarzy Arsenalu świadomość, że oto rozpoczyna się ostatni rok kontraktu Arsene’a Wengera? Czy katastrofalny występ Anglików we Francji zostawi jakiś ślad w psychice – zwłaszcza graczy Liverpoolu i Tottenhamu, których w kadrze Roya Hodgsona było najwięcej? Takich pytań sto, a dodajmy kolejne, równie atrakcyjne: na ile ubiegłoroczne osiągnięcie Leicester było fenomenem jednorazowym, a na ile zapowiedzią trendu (poziom ligi wyrównał się jednak, dzięki sensownie wydawanym przez mniejsze kluby pieniądzom z telewizyjnego kontraktu: Lisy na tron nie wrócą, ale tym razem mógłby powalczyć np. West Ham Slavena Bilicia)? Czy Mauricio Pochettino nauczy się wreszcie, że w ostatniej fazie sezonu piłkarze potrzebują wytchnienia? Jak pójdzie Jurgenowi Kloppowi, który tym razem mógł przepracować z piłkarzami cały okres przygotowawczy? Jak poradzą sobie nowi, nie tylko Guardiola przecież, ale także Antonio Conte czy Walter Mazzarri? A powracający, żeby coś udowodnić, nie tylko Mourinho przecież, ale także David Moyes? No dobra, zabierzmy się wreszcie do poważnej pracy.
Mistrzostwo Anglii wróci do Manchesteru. Do której jego części? Transferowy rozmach (rekord Pogby, kontrakt Zlatana, Mchitarjan, Bailly) pokazuje mocarstwowe ambicje Manchesteru United, a Jose Mourinho zaledwie kilkanaście miesięcy temu udowodnił, że świetnie wie, jak się ten wyścig wygrywa. Buńczuczne wypowiedzi na konferencjach prasowych – zwłaszcza w trakcie prezentacji w roli menedżera MU, kiedy powbijał szpile wszystkim dookoła, ale też po transferze Pogby, że ani Arsenal, ani Liverpool nie miałyby szans na podobną inwestycję – pokazują, że Wyjątkowy nie zmienił się ani trochę. W pierwszym sezonie magia jego nazwiska oddziaływać będzie z pewnością na podupadłe na duchu podczas trzyletniej już postfergusonowskiej smuty gwiazdy z Old Trafford. Pierwszy sukces mają już za sobą – wygrany mecz o Tarczę Wspólnoty. Pierwszego gola zdobył w trakcie pojedynku z Leicester Zlatan Ibrahimović – zaczyna się więc dobrze. Z drugiej strony można by wprawdzie napisać, że rozgrywanie akcji podczas spotkania z mistrzami Anglii ślimaczyło się jak w czasach Louisa van Gaala, no ale po to właśnie Mourinho wykładał 90 milionów funtów za Pogbę, by do drugiej linii United wróciła dynamika. Obronę, dość szczelną już za van Gaala i dodatkowo zabezpieczaną przez jednego z najlepszych na świecie bramkarzy, wzmocnił Bailly, w końcu zdrów jest także Luke Shaw. Po przyjściu Pogby porządkowanie spraw w pomocy może wyglądać na tyle sposobów, że sam Mourinho pewnie jeszcze nie odkrył wszystkich i nie zdecydował, czy drużyna grywać będzie raczej w ustawieniu 4-2-3-1 czy 4-3-3. Samopoczuciem piłkarzy specjalnie się przy tym nie przejmuje: zgodnie ze swoimi obyczajami, budowania małej kadry (zwykle pracuje z dwudziestoma piłkarzy z pola i trzema bramkarzami, tutaj nie omieszkał podkreślić, że robi wyjątek i powiększa liczbę graczy z pola o trzech) dokonał przeglądu zasobów i… odesłał Bastiana Schweinsteigera do rezerw. Wielu się pewnie zastanawia, czy podobny los nie spotka Juana Maty, którego Portugalczyk już raz się pozbywał – z Chelsea, i którego upokorzył zdejmując z boiska w końcówce meczu o Tarczę Wspólnoty, choć Hiszpan wszedł na boisko zaledwie kilka minut wcześniej. Czy równie bezceremonialnie może potraktować kapitana i legendę klubu, Wayne’a Rooneya? Jeśli Anglik miałby grać za plecami Ibrahimovicia, Pogba siłą rzeczy lądowałby obok defensywnego pomocnika (Carricka? Schneiderlina? Blinda?) przed linią obrony. Jeśli Francuz byłby jednym z trójki pomocników (z Herrerą i defensywnym pomocnikiem?), Rooney musiałby atakować z któregoś ze skrzydeł; Mourinho mówił jednak, że miejsce kapitana United jest na dziewiątce lub dziesiątce – ba, odwiedzał go ponoć podczas zgrupowania reprezentacji Anglii, by ten niewątpliwie kluczowy gracz poczuł się dowartościowany… A gdzie w takim razie znaleźć miejsce dla Mchitarjana, Martiala czy Rashforda? Umówmy się: do kłopotów bogactwa Mourinho przywykł w każdym kolejnym miejscu pracy. Jego największym dylematem będzie pewnie kwestia, jak serio potraktować rozgrywki Ligi Europy, skoro w kraju, zwłaszcza po transferach Ibrahimovicia i Pogby nie wypada walczyć o cokolwiek innego niż mistrzostwo. Oczekiwania i presja, także po ubiegłorocznej klapie menedżera z Chelsea, są ogromne.
Za Manchesterem City przemawia nieco mniej argumentów. Starzejący się i wypalony cokolwiek skład niedawnych mistrzów i wicemistrzów kraju został gruntownie odświeżony – i to w sposób odpowiadający preferencjom nowego szkoleniowca, Pepa Guardioli. Jeśli drużyna będzie rozpoczynała rozgrywanie akcji od wysoko ustawionej linii obrony, umieszczenie w niej kogoś takiego jak komfortowo czujący się z piłką John Stones (kosztował aż 50 milionów!) było koniecznością, podobnie jak radykalne podniesienie poziomu energii drugiej linii dzięki sprowadzeniu z Dortmundu Ilkaya Gundogana. Świetnie dryblujący Sane stanowić będzie ważną konkurencję dla Sterlinga, Nolito zwiększy rywalizację wśród graczy ofensywnych, a przecież w klubie są wciąż zawodnicy z absolutnego topu: Sergio Aguero, David Silva czy od lat komplementowany przez Guardiolę Kevin de Bruyne. Tak naprawdę więc pytanie jest tylko jedno: czy i jak szybko nowy trener MC zaaklimatyzuje się w Premier League, na ile okaże się elastyczny, na ile wizyty na takich stadionach, jak przysłowiowa już Britannia, okażą się dlań problemem – jeśli idzie o ten rodzaj doświadczenia, jego hałaśliwy sąsiad, Mourinho, ma niewątpliwą przewagę. Podobnie w przypadku obsady bramki: także podczas Euro mieliśmy okazję się przekonać, o ileż lepszy od Joe Harta jest David de Gea. O to, czy piłkarze MC zechcą przyswoić sobie filozofię Guardioli, raczej nie powinniśmy się martwić – Fabian Delph powiedział, że ma wrażenie, iż w ciągu pierwszych trzech tygodni pracy z Katalończykiem nauczył się tyle, co przez całe piłkarskie życie (inna sprawa, że kilku pożegna się pewnie z klubem – w pierwszym rzędzie wypada wspomnieć o Mangali i Bonym, ze względu na kwoty, jakie zmarnowano podczas ich sprowadzania). Oglądać się to będzie pasjonująco – już podczas sparingów przekonywaliśmy się, o ile płynniej niż kiedykolwiek w tym klubie zawodnicy MC wymieniają się pozycjami i jak piłka potrafi między nimi krążyć, ale do mistrzostwa zabraknie trochę. Także dlatego, że pracodawcy Guardioli chcą, by klub pokazał się w Lidze Mistrzów; tego akurat zmartwienia Mourinho jest szczęśliwie pozbawiony.
Na trzecim miejscu widzę Chelsea – jeden Mourinho wie, dlaczego klub w poprzednim sezonie znalazł się poza podium. Sparingi, podobnie zresztą jak końcówka ostatnich rozgrywek pokazały, że Eden Hazard wrócił do formy, ciężar odpowiedzialności za strzelanie bramek choć częściowo zdejmie z pleców Diego Costy Mitchy Batshuayi, być może zresztą Costa jeszcze odejdzie z klubu, robiąc miejsce dla Lukaku – w każdym razie wiele wskazuje na to, że nowy trener Chelsea, Antonio Conte, będzie chciał grać dwójką napastników. Najciekawszym transferem pozostaje jednak N’golo Kante, lokomotywa środka pomocy, która pociągnęła wagony Leicester do mistrzostwa Anglii. Conte chce, by jego piłkarze walczyli – z reprezentacją Włoch na Euro udowodnił, ile można osiągnąć nawet z mocno przeciętnymi piłkarzami pod warunkiem, że podejmą walkę – więc lepszego wzmocnienia niż Kante znaleźć nie mógł. Francuz potrafi grać zarówno przed linią obrony, w duecie, jak jako jeden z trójki pomocników – może odwalać czarną robotę za Fabregasa (czerwona kartka Hiszpana w sparingu z Liverpoolem pokazuje, że on akurat do walczenia nie nawykł), ale może również współpracować z Maticiem; jeśli Chelsea grać będzie w ustawieniu 4-4-2 ktoś o takiej energii będzie absolutnie niezbędny. No chyba, że Conte zdecyduje się na grę trójką środkowych obrońców, co niewątpliwie odpowiadałoby – w sensie dzielenia odpowiedzialności między większą grupę ludzi – Johnowi Terry’emu, który jednak został w klubie. Pytanie o ustawienie Chelsea to jedno z ciekawszych pytań taktycznych na najbliższe tygodnie, bo i po Contem – podobnie jak po Guardioli – taktycznej świeżości w Premier League spodziewać się możemy najwięcej. A wśród wielu argumentów za tym, że to będzie sezon Chelsea, jest i ten, który bardzo pomógł Leicester w sensacyjnym marszu po tytuł: odpadają kłopoty związane z koniecznością walki na dwa fronty, bo tym razem Chelsea nie gra w żadnym europejskim pucharze. Na plus zapisuję też stosunkowo niewiele transferów – ten skład sięgał rok temu po mistrzostwo, ma więc wiele do udowodnienia, a i Conte znany jest z tego, że potrafi uczynić lepszymi zawodników, których mu powierzono.
Podobnie zresztą jak menedżer Liverpoolu Jurgen Klopp, z którym Contego łączy również maniacka wola zwyciężania. W tym przypadku jednak kluczowy jest czas. Niemiec obejmował drużynę już w trakcie sezonu, do którego przygotowywał ją jeszcze Brendan Rodgers. Fakt, że tym razem dane mu było pracować z nią całe lato (zgoda: kulawe nieco, w związku z zaangażowaniem wielu graczy w Euro i Copa America) będzie nie do przecenienia w przypadku zespołu, którego styl gry wymaga wszak fantastycznego przygotowania fizycznego. Piłkarze mówili zresztą, że tak wymagającego okresu przygotowawczego, nawet z trzema sesjami treningowymi dziennie, dotąd nie przeżyli – o to, żeby naprawdę wycisnąć z nich maksimum dbają teraz ściągnięci przez Kloppa z Bayernu specjalista od przygotowania fizycznego Andreas Kornmayer i dietetyczka Mona Nemmer. Podobnie jak Chelsea, także Liverpool nie musi się martwić o grę w europejskich pucharach (w ubiegłym roku drużyna zagrała aż 63 spotkania, teraz czeka ją pewnie niewiele ponad 40) – w takim poturniejowym sezonie to potężny atut. A Klopp wzmocnił zespół piłkarzami, których chciał i którzy mu pasują – zwłaszcza brylujący już w Premier League Sadio Mane i Georgio Wijnaldum mogą dodać dynamiki atakom Liverpoolu, pytanie tylko, co z defensywą: czy Joel Matip i Ragnar Klavan uszczelnią ją wystarczająco. Pod Kloppem Lovren i Sakho zaczęli wprawdzie grać lepiej, ten ostatni jednak podpadł trenerowi brakiem samodyscypliny i został odesłany do domu z przedsezonowego tournee. Kiepski początek sezonu – pierwsze mecze rozgrywane na wyjeździe w związku z przebudową Anfield i seria trudnych rywali – może powstrzymać rozpęd, ale w maju nikt już nie będzie o nim pamiętał. Już w pierwszych miesiącach pracy Niemca Liverpool potrafił grać mecze fantastyczne, a w Lidze Europy – wręcz heroiczne (zwłaszcza ćwierćfinałowy comeback w meczu z Borussią). Dlaczego teraz nie miałoby być jeszcze lepiej?
Co do Arsenalu i Arsene’a Wengera – to jest ten pierwszy sezon, w którym spisuję go na straty, to znaczy widzę na miejscu niedającym prawa gry w Lidze Mistrzów. Owszem, świadom jestem, że w maju byli na drugim miejscu – najlepszy wynik od jedenastu lat, ale punktów zdobyli tylko 71 – najsłabiej od czterech lat. Wiem także, że nieawansowanie do Champions League nie przydarzyło się Francuzowi nigdy dotąd i że fatalnie będzie, jeśli przydarzy się na koniec jego pracy w Londynie. W ogóle od dawna chciałbym, by pomniki i popiersia Wengera zdobiły nie tylko stadion Arsenalu, ale także siedzibę Premier League, bo mało kto tak bardzo przyczynił się do zbudowania potęgi tej ligi. Problem w tym, że czas już od dawna nie chce czekać na Wengera – wszystkich najgroźniejszych rywali prowadzą szkoleniowcy młodsi o pokolenie (no, w przypadku Mourinho jest to pół pokolenia…), nie tylko nadążający, ale wręcz nadający ton zmianom w światowej piłce, on zaś pozostaje zdumiewająco odporny na zmiany. Oczywiście wiem, że kiedy ma nóż na gardle, radzi sobie najlepiej i że od lat – choć brutalnie krytykowany – robi swoje. Tym razem jednak konkurencja jest jeszcze większa i groźniejsza. Tu Pogba i Ibrahimović, tam Gundogan, Stones czy Sane – a Wenger wciąż potwarza swoją mantrę, że choć ma pieniądze na transfery, to nie zamierza ich pochopnie wydawać. Owszem, sprowadził Granita Xhakę i młodego obrońcę Roba Holdinga, mówi się też o ściąganiu Mustafiego z Valencii, co jednak z tak rzucającą się w oczy potrzebą zwiększanie konkurencji dla Oliviera Giroud w ataku (nie udało się ściągnąć ani Vardy’ego z Leicester, ani Lacazette’a z Lyonu)? I czy sam Holding, a nawet Mustafi w defensywie to wystarczające wzmocnienie, zwłaszcza w świetle katastrofalnych wieści o zdrowiu Mertesackera i Gabriela (niezdolni do gry są także, co za niespodzianka, Welbeck i Wilshere)? W ogóle temat konieczności wzmocnienia/wymiany departamentu medycznego Arsenalu robi się leitmotivem tej przedsezonowej zabawy w prognozy. Wielu piłkarzy Kanonierów grało na Euro niemal do końca – nawet przygoda świetnego skądinąd Aarona Ramseya z Walią ciągnęła się aż do półfinału, z kolei Alexis Sanchez grał w finale Copa America, więc okres przygotowawczy pozwolił Wengerowi przyjrzeć się bliżej Krystianowi Bielikowi. Czy Polak będzie następnym, po Iwobim, graczem młodzieżówki, który przebije się do pierwszego składu – osobiście wątpię, chyba że lista kontuzjowanych jeszcze się wydłuży. Z szacunkiem więc dla zasług Wengera, ze świadomością klasy zawodników, których ma do dyspozycji – Czech, Koscielny, znakomity przed rokiem Bellerin, Xhaka, Ozil (miał w poprzednim sezonie miesiące wybitnej gry), Ramsey, Sanchez to gracze, którzy powinni bić się o mistrzostwo kraju – wypada powiedzieć, że kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Bez histerii, bez hejtu, który tak często dawał o sobie znać w poprzednich sezonach (zwłaszcza 2013/14), czas skonkludować koniec epoki i z zainteresowaniem czekać na nadejście następnej.
W przypadku Tottenhamu najbliższy sezon będzie niezapomniany z wielu względów – ostatni na White Hart Lane (a także pierwszy na Wembley, gdzie rozgrywane będą mecze Ligi Mistrzów), drugi w historii klubu z prawem gry w najlepszych klubowych rozgrywkach Europy. Nie będzie jednak niezapomniany pod względem najważniejszym: w świetle katastrofalnej końcówki minionego sezonu, kiedy drużyna sprawiała wrażenie zaoranej – coś, co cechowało także wszystkie poprzednie sezony zespołów trenowanych przez Mauricio Pochettino, który pod tym względem pozostaje uczniem Marcelo Bielsy – nie uwierzę po prostu, żeby udało się obronić miejsce w Champions League. Owszem, Pochettino mówi, że uczy się na błędach (na przedsezonowej konferencji malowniczo opowiadał, że po klapie w Newcastle, w meczu ostatniej kolejki, chciał wszystkich swoich piłkarzy pozabijać). I owszem, to będzie sezon całkiem udany i pełen wielkich meczów; meczów, w których piłkarze Pochettino znów będą biegać więcej i faulować częściej od rywali, niestrudzenie walcząc o odbiór piłki. Sezon dalszego rozwoju młodej drużyny – systematycznego podnoszenia umiejętności przez takich ludzi jak Harry Kane, Moussa Dembele, Eric Dier czy Dele Alli (kto w końcu przypuszczał rok temu, że dwaj ostatni okażą się objawieniami na skalę Europy – jeden na pozycji defensywnego pomocnika, drugi – atakującego z lewej czy grającego za napastnikiem), i rozwoju kolejnych, z których największe nadzieje budzi 17-letni Marcus Edwards. Tu Pochettino niewątpliwie jest w czołówce trenerskiej kontynentu – potrafi szlifować diamenty, znajdować im nowe pozycje, testując siłę charakteru tak samo jak umiejętność gry dwiema nogami. Tottenham ma jedną z najlepszych par stoperów w Premier League (Alderweireld-Vertonghen), bocznych obrońców, którzy przejmują rolę skrzydłowych (Rose, Walker) i dobrego bramkarza. Siłę środka pomocy wzmocnił z tęsknotą wyczekiwany przez Pochettino Victor Wanyama (w przypadku kontuzji czy dyskwalifikacji kogoś z duetu Dier-Dembele wyglądało to naprawdę kiepsko…), odpowiedzialność za strzelanie goli z Harrym Kane’em dzielił będzie sprowadzony z AZ Vincent Janssen (a w odwodzie pozostaje przecież, zdobywający właśnie kolejne gole na igrzyskach w Rio, Heung-min Son). Gdyby w drużynie pojawił się jeszcze jeden nieprzewidywalny pomocnik, byłbym większym optymistą – na razie muszę się zadowalać świetną formą Erika Lameli i mieć nadzieję, że Christian Eriksen oprze się pokusie przeprowadzki do Juventusu. Tak czy inaczej jednak, mimo iż trener przedłużył kontrakt, skład jest zgrany i zbratany, powtórki cudu nie będzie – rywale wzmocnili się stanowczo za bardzo.
West Ham wyląduje tam, gdzie skończył – w okolicy siódmego miejsca. Tu również nie mamy do czynienia z obniżeniem poziomu, w składzie zostali wszyscy najważniejsi – z tym najlepszym, czarodziejem środka pola Dimitri Payetem (niektóre jego akcje z Lanzinim wciąż mi się śnią), a wzmocnili go jeszcze Andre Ayew ze Swansea, Toni Martinez i Sofiane Feghouli z Valencii oraz znany Slavenowi Biliciowi Gokhan Tore z Besiktasu. Charyzmatyczny Chorwat będzie inspirował swoich podopiecznych do kolejnych epickich pojedynków – takich, jak wygrany z Manchesterem United bój na pożegnanie z Upton Park, ale też wyjazdowe mecze z Liverpoolem, Arsenalem czy Manchesterem City; tym razem na nowym obiekcie, niedawnym stadionie olimpijskim, gdzie – choć murawę od trybun oddziela dużo większa przestrzeń niż na poprzednim obiekcie, fani Młotów pokazali już, że potrafią nieźle hałasować. Choć Chorwat pokazywa już, że jako taktyk potrafi przechytrzyć rywali (od zmiany ustawienia na mecz z Tottenhamem zaczęło się wielkie hamowanie piłkarzy Pochettino), czasem będzie pewnie ponosił go temperament, stąd i tym razem można w przedsezonowe przewidywania wkomponować kilka wysokich porażek – przed dalszym marszem w górę prosiłoby się niewątpliwie o uszczelnienie defensywy, a także o wzmocnienie ataku, gdzie skłonność do kontuzji Andy’ego Carrolla jest, niestety, aż nazbyt dobrze znana kibicom, i gdzie nie do końca można polegać na Ennerze Valencii i Diafrze Sakho.
No a mistrz Anglii, Leicester? Nic dwa razy się nie zdarza, w dodatku odszedł N’golo Kante, a i na Mahreza wciąż są zakusy wielkich tego świata. Przed rokiem ten mały, wyjątkowo zgrany skład nie musiał walczyć na żadnym froncie poza ligowym – nawet z pucharów krajowych drużyna Claudio Ranieriego odpadła bardzo wcześnie, a teraz nie dość, że trzeba będzie walczyć w Europie, to na poziomie wyjątkowo wymagającym: w Champions League (tylko do grudnia co najmniej 6 dodatkowych meczów). Przed rokiem przez wiele miesięcy nikt tak naprawdę na Leicester nie stawiał – kolejni rywale wychodzili na mecz z nimi, grali swoje i… nadziewali się na kontrę. Tym razem nikt już ich nie zlekceważy, nie przyjedzie na King Power, żeby rzucić się do lekkomyślnego ataku. Czy znajdzie na nich sposób, np. przez oddanie im inicjatywy, to zupełnie inna kwestia. A co do transferów: nie łudźcie się, że Bartosz Kapustka ma wielkie szanse gry w pierwszym składzie. Już prędzej Ahmed Musa zwiększy tempo kontrataków, i tak dewastujące, zważywszy na możliwości Vardy’ego oraz klasę dryblingu i dograń Mahreza. Czy Jamie Vardy wiedział, co robi, odrzucając ofertę Arsenalu, a Wes Morgan podpisując nowy kontrakt z klubem? Leicester pozostanie jednym z najbardziej niewygodnych rywali w Premier League, dziury po Kante w środku łatwo się jednak nie zasypie, a już na pewno nie zrobi tego Nampalas Mendy: solidny, ale przecież pozbawiony tej charakteryzującej Kante cechy, którą najlepiej opisał Claudio Ranieri, mówiący kiedyś, że Francuz wyrzuci piłkę z autu, a potem pierwszy do niej dobiegnie. Obrona takoż wymagałaby jeszcze wzmocnień, choć z młodego Chilwella w przyszłości pożytek mieć może nie tylko Ranieri, ale także Sam Allardyce.
Dalej mam Everton pod Ronaldem Koemanem. Bez Johna Stonesa wprawdzie, ale ze ściągniętym ze Swansea Ashleyem Williamsem. Aż dziwne, że całkiem dobrze radzący sobie w Southamptonie Holender, wyposażony niewątpliwie w pieniądze nowego współwłaściciela klubu, Farhada Moshiriego, nie ruszył na zakupy nieco wcześniej. Zwłaszcza że wspiera go nowy dyrektor sportowy, niezwykle ceniony za okres pracy w Leicester Steve Walsh (to on sprowadzał do klubu Vardy’ego, Mahreza i Kante). Oczywiście Idrissa Gueye z Aston Villi – drugi, po Kante, jeśli idzie o liczbę wślizgów i przechwytów w poprzednim sezonie – będzie nabytkiem użytecznym, ale apetyty były i są z pewnością większe. Czy Koeman zdoła zatrzymać Lukaku, którego na powrót chciałaby ściągnąć Chelsea? Kogo jeszcze sprowadzi (mówi się o Bolasiem z Crystal Palace)? Niepewność mediów w tym względzie dobrze widać podczas lektury innych przedsezonowych zapowiedzi, koncentrujących się raczej na pytaniu o długofalowe ambicje nowego udziałowca, wyrażone m.in. w rozmowach na temat nowego stadionu. Koeman i Williams powinni zagwarantować lepszą organizację gry defensywnej, bardziej bezpośredni styl gry, więcej pressingu rozpoczynanego już przez napastnika, słowem – futbol dużo mniej sterylny niż ten, który doprowadził do zwolnienia Roberto Martineza, ale na marsz w górę tabeli trzeba będzie poczekać.
Kolejni, którzy napsują rywalom sporo krwi: Crystal Palace Alana Pardew. Idealnie do środka tabeli – bez zagrożenia spadkiem i bez szans na walkę o europejskie puchary. Na razie wzmocnieni dzięki przyjściu bramkarza Manandy z Marsylii (Hennessy popełniał jednak zbyt dużo błędów…), obrońcy Tomkinsa z West Hamu i skrzydłowego Townsenda z Newcastle (a także nowych amerykańskich właścicieli). Tylko kto będzie strzelał bramki, skoro w poprzednim sezonie czwórka najlepszych strzelców drużyny była w stanie zdobyć po pięć bramek? Michy Batshuayi ostatecznie wybrał Chelsea, ale fakt, że Pardew był w stanie wykładać za niego ponad 30 milionów funtów pokazuje możliwości finansowe klubu. Może z WBA przyjdzie – zagubiony tam wszakże podczas ubiegłorocznych przepychanek na temat odejścia – Saidi Berahino? Tylko czy jest typem piłkarza strzelającego po 20 goli w sezonie? Już prędzej odnalazłby się tu niechciany przez Kloppa w Liverpoolu Christian Benteke. Crystal Palace pokazywał w każdym razie drzemiące w drużynie możliwości w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy niejednokrotnie – przed rokiem zagrał w finale Pucharu Anglii i miał znakomitą pierwszą fazę sezonu, później jednak skład okazał się zbyt szczupły, a i kontuzje kluczowych graczy nie ułatwiły Alanowi Pardew zadania. Z szybkimi Bolasiem, Zahą, Townsendem, ze świetnym Cabayem za ich plecami, powinni pozostać mistrzami kontrataku, który przyniósł im sukcesy na Stamford Bridge i Anfield. Przedsezonowe tournee do USA pozwala się spodziewać gry trójką obrońców. Wymieniany półgębkiem wśród kandydatów na trenera reprezentacji Anglii Pardew będzie chciał udowodnić, że nie jest gorszy od Allardyce’a nie tylko jeśli idzie o krewkość przy linii bocznej. Ja tam się boję Selhurst Park.
Southampton straci na odejściu Ronald Koemana, z którym – jak na możliwości tego klubu – przeżył dwa fantastyczne sezony, zajął najwyższe miejsce w historii występów w Premier League i awansował do Ligi Europy. Zwłaszcza, że eksodus jest i tym razem pokaźniejszy: Wanyama wybrał Tottenham, Mane – Liverpool (tam już prawie połowa składu została wyciągnięta z Southamptonu), a Pelle – bajeczne zarobki w Chinach. Z drugiej strony jednak: drużynę demolowały odejścia podstawowych piłkarzy (i trenera) także dwa lata temu i rok temu, a do katastrofy nie dochodziło. Uchodząca za jedną z najlepszych w Anglii klubowa akademia wciąż produkuje nowe talenty, a sprowadzony na miejsce Koemana trener, Claude Puel, w Nice radził sobie więcej niż dobrze – mając jeszcze skromniejsze niż Southampton środki długo walczył o Ligę Mistrzów, w końcu awansując do Ligi Europy. Zapowiedź zmiany stylu gry po odejściu Wanyamy to wzmocnienie środka pomocy błyskotliwym Holjbjergiem z Bayernu, obrona pozostanie solidna, ze świeżo upieczonym mistrzem Europy Jose Fonte i nieustępującym mu wiele przed rokiem Virgilem van Dijkiem na czele – tu również, jak w przypadku, Crystal Palace, wątpliwości dotyczą graczy ofensywnych. Trapiony przez kontuzje Charlie Austin nie spełnił oczekiwań po transferze z QPR, a Shane Long to mimo wszystko nie ta klasa; kupiony z Norwich Nathan Redmond ma raczej zastąpić Mane – życzę powodzenia, zwłaszcza że przynajmniej na początku trzeba będzie grać w przeklętym z perspektywy tylu trenerów z Wysp rytmie czwartek-niedziela.
Stoke Marka Hughesa to osobna opowieść, dotykająca jednego z najbardziej przekłamanych mitów na temat Premier League. Mit dotyczy oczywiście zimnych i wietrznych wieczorów na Britannia Stadium, gdzie piłka ma latać równie wysoko jak łokcie zawodników i gdzie przegrywają najlepsi – rzecz w tym, że od dawna gra się tu futbol zdecydowania bardziej techniczny, a i siedem ubiegłorocznych porażek narusza legendę o twierdzy. Tak czy inaczej jednak, od dawna nie trzeba się martwić o ligowy los drużyny, która trzy razy z rzędu lądowała na dziewiątym miejscu w ekstraklasie. W klubie zostali Arnautović, Shaqiri, Affelay i Bojan, jest także sprowadzony w styczniu i świetny wiosną Imbula, a wzmocnili go jeszcze walijski metronom Joe Allen i młodziutki egipski skrzydłowy Ramadan Sobhi. W minionym roku kłopoty Markowi Hughesowi sprawiała wprawdzie – również wbrew stereotypom – gra defensywy, zwłaszcza przy stałych fragmentach, ale Walijczyk wciąż ma czas i pieniądze na jej wzmocnienie (a prawdopodobnie również na zakup środkowego napastnika o prezencji bardziej imponującej od zmuszonego grać jako fałszywa dziewiątka Bojana Krkicia i gwarantującego nieco więcej goli – w ubiegłym roku Stoke strzeliło ich zaledwie 41). Od solidnego bramkarza Butlanda do błyskotliwego skrzydłowego Arnautovicia – jakości drużynie nie brakuje, choć dziewiątego miejsca tym razem pewnie nie uda się obronić.
Teraz wszakże zaczyna się już rozmowa o drużynach, które będą myśleć o obronie ligowego bytu. Szacunek dla Davida Moyesa każe umieścić na ich szczycie Sunderland, choć łatwo nie będzie. Klub przeżywa właśnie siódmą (!) zmianę trenera w ciągu ostatnich pięciu lat, utrzymanie się w dwóch poprzednich sezonach zakrawało na cud, a przygotowania do tego sezonu rozpoczynały się jeszcze pod Samem Allardyce’em. Transferów było tu zawsze mnóstwo, problem w tym, że większość okazywała się niepowodzeniem – widać to także po tym, ilu zawodników opuściło klub tego lata. Na papierze drużyna wydaje się nawet słabsza, przyszedł tylko Papy Djilobodji z Chelsea i wypożyczony z MU, będący tam odkryciem tego szkoleniowca Adnan Januzaj (byłych piłkarzy MU w Sunderlandzie tylu, co eks-graczy Southamptonu w Liverpoolu), choć pewnie Moyes daleki jest od zakończenia zakupów; wolno jednak sądzić, że drzemią w niej nieuwolnione dotąd rezerwy, przede wszystkim w znanym Szkotowi jeszcze z czasów Evertonu Jacku Rodwellu. Jermain Defoe nie strzeli już oczywiście kolejnych piętnastu bramek, można jednak mieć nadzieję, że pod umiejącym organizować defensywę Moyesem uda się uszczelnić defensywę. Komicznie nieporadny przed rokiem podczas debiutu z Tottenhamem Jan Kirchoff okazał się ostatecznie solidnym defensywnym pomocnikiem – kibice z fantastycznej Academy of Light mają wszelkie podstawy, by myśleć, że ich nowy menedżer będzie równie solidny. Był zresztą taki zawsze podczas pracy na Goodison Park – w Sunderlandzie będzie mógł się odbudować.
Utrzyma się Bournemouth, choć tzw. syndrom drugiego sezonu mógłby wskazywać inaczej. Eddie Howe nie ma w drużynie wielkich gwiazd – sprowadzeni z Liverpoolu Jordon Ibe i z Chelsea Nathan Ake, podobnie jak wybrany młodym piłkarzem roku Football League Lewis Cook z Leeds to dopiero materiały na gwiazdy. Ale to dobrze. Drużyna w poprzednim sezonie utrzymała się bez trudności, wygrywając z Manchesterem United i Chelsea (na Stamford Bridge!), jej młody menedżer lubi pracować z młodymi piłkarzami, ale musi go cieszyć także powrót do zdrowia tych doświadczonych – Wilsona, Gradela czy Mingsa. O tym, że również Howe pracuje nad samorozwojem świadczy jego wakacyjny staż u Diego Simeone. Wielkiej presji nie odczuwa, bo po maleńkim Bournemouth nikt nie spodziewa się cudów. Pozwala to pracować w poczuciu wolności i swobody – porównywalnej z tą, która cechuje piłkarzy Bournemouth wymieniających się podaniami na boiskach Premier League. Wzrastali razem, hartując się na boiskach trzeciej, drugiej i pierwszej ligi, wspólnie awansując i wspólnie spełniając narzucane przez menedżera standardy, pod względem pracowitości na boisku równające się nawet z osiągami Tottenhamu Pochettino. Ambicja, głód sukcesów i brak wielkich ego w składzie łączy te dwie drużyny, a ich trenerzy należą do najsympatyczniejszych. Warto im kibicować, np. czyniąc Bournemouth drużyną drugiego wyboru.
Utrzyma się też West Bromwich Albion. Tony Pulis robi to od lat, cóż, że bolą nas zęby, kiedy musimy na to patrzeć (tu z kolei mowa nie tyle o nietraceniu goli, co o ich niestrzelaniu – o siedmiu meczach wygranych przed rokiem po 1:0 i trzynastu bez zdobytej bramki; statystyki, których nie powstydziłby się, ekhem, Louis van Gaal). WBA przejęli jednak chińscy inwestorzy, co każe pytać o ich ambicje, ewentualne pragnienie zmiany stylu gry, a w związku z tym bezpieczeństwo trenera, który sam stanowił polisę bezpieczeństwa – tzn. gwarancję pozostawania prowadzonych przezeń klubów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Historia zna przypadki właścicieli niecierpliwych albo takich, którzy uważali, że z ich wizerunkiem lepiej komponuje się doskonale ubrany i mówiący wieloma językami kosmopolita niż, dajmy na to, śmieszny łysol w czapeczce. Na razie Chińczycy mówią jednak o utrzymaniu, z czym – jako się rzekło – problemów być nie powinno. Bez przesadnej dbałości o posiadanie piłki (pod tym względem ostatnie miejsce w lidze), za to z obsesyjną wręcz, jeśli idzie o najgroźniejszą broń drużyny – stałe fragmenty gry. Nazwiska piłkarzy, których trenuje Pulis, nikomu nie zaimponują (choć marka Evansa i Chestera wzrosła po udanym Euro) – tradycyjnie wiele zależeć będzie od Claudio Yacoba w środku pola, i od Salomona Rondona z przodu, gdzie trudno również wyobrazić sobie, by Rickie Lambert grał gorzej niż przed rokiem.
Z beniaminków najłatwiej powinno pójść najbogatszemu Middlesborough, którego trener Aitor Karanka przebojem, choć nie bez perturbacji (pamiętna awantura z piłkarzami, po której prezes Steve Gibson odsunął go na jakiś czas od prowadzenia zespołu…) wywalczył wicemistrzostwo Championship, a przed sezonem wzmocnił się m.in. mającymi mnóstwo do udowodnienia na boiskach angielskiej ekstraklasy Alvaro Negredo i Victorem Valdesem (będzie rywalizował o miejsce w składzie z Bradem Guzanem), a także kolejnym w Premier League twardzielem środka pola, rekordzistą wślizgów ostatniego sezonu Serie A Martenem de Roonem z Atalanty. Skala inwestycji, i idąca w ślad za nią liczba nowych zawodników w klubie może się wydawać przerażająca i uniemożliwiająca szybkie zintegrowanie drużyny, ale przecież z podobnym problemem poprzedni menedżer Watfordu, Quique Sanchez Flores, poradził sobie wzorowo. Ze starych warto zwrócić uwagę na obrońców George’a Frienda i Bena Gibsona, w końcu nie tak znów wielu angielskich defensorów ma szanse na grę w pierwszych składach drużyn Premier League. Karanka, jak może pamiętacie, sam był obrońcą i do pracy z obrońcami przywiązuje szczególną wagę – w Championship jego drużyna niemal nie traciła bramek, a na własnym stadionie straciła tylko osiem.
Na granicy utrzymania w lidze albo tuż poza nią będzie Burnley, którego menedżer o niewyparzonej gębie, Sean Dyche, będzie jedną z najbardziej malowniczych postaci Premier League. Do ekstraklasy zdołali wrócić natychmiast po spadku, przechodząc przez rozgrywki Championship jak burza (w 2016 r. nie przegrali jeszcze meczu ligowego), problem w tym, że jak na standardy angielskiej elity mają stanowczo zbyt mały budżet. Nie mają natomiast piłkarzy, których nazwiska zatrzymywałyby nasze oko – może poza kolejnym z bohaterów Euro, sprowadzonym z Charltonu Islandczykiem Gundmundssonem; nawet Joey Barton pożegnał się z nimi przenosząc się do Rangers. Grająca w ustawieniu 4-4-2, z Andre Grayem (25 goli w poprzednim sezonie) i Samem Vokesem w ataku, zintegrowana, ambitna, nieustępliwa, wiele biegająca i wyższa niż inne drużyna, jak na Championship była za dobra, ale w Premier League wydaje się z kolei za słaba.
Czarno widzę los Swansea, zwłaszcza po odejściu lidera obrony, Ashleya Williamsa (w dłuższej perspektywie ma go zastąpić młody Mike van der Hoorn z Ajaxu), i transferach Ayew, Edera, Gomisa czy Paloschiego. Skład Walijczyków, nawet jeśli ma jasne punkty (w pierwszym rzędzie Fabiańskiego i Sigurdssona), wydaje się zbyt mały, dotychczasowe transfery, może poza debiutującymi na Wyspach Fernando Llorente i Borją Bastonem, nie imponują, trener Francesco Guidolin podczas pierwszych miesięcy pracy nie zdołał przekonać sceptyków. Heroizm – i fenomenalne uderzenie z dystansu – Sigurdssona, szybkość skrzydłowych, wzrost Llorente i Bastona to wciąż za mało. Przed Łabędziami długi sezon.
Watford zapłaci cenę za pochopne zwolnienie Quique Sancheza Floresa. Jego następca, Walter Mazzarri, ma wprawdzie wielkie doświadczenie, ale jak dotąd zdobywane wyłącznie we Włoszech. Nie ma natomiast, dodajmy, lekkiej ręki do zawodników („Nigdy nie byłem przesadnie lubianym trenerem” – wyznaje, a historia jego konfliktu z piłkarzami i kibicami Interu zasługiwałaby na bardziej dogłębny opis, podobnie jak intensywność starć z Jose Mourinho – szpile wbijane przez Portugalczyka Wengerowi wydają się przy nich tępe). Po angielsku mówi bardzo słabo. Czy poradzi sobie z kosmopolitycznym i raz jeszcze gruntownie przebudowywanym składem? Jak jego nowi zawodnicy zareagują na zmianę ustawienia – Watford niemal na pewno grać będzie trójką obrońców? Włoch w ofensywie ma do dyspozycji charyzmatycznego kapitana Troya Deeneya i nieoczekiwanie najlepiej strzelającego Nigeryjczyka Odiona Ighalo, cofniętych skrzydłowych musiał sprowadzić – Djedje z Marsylii i Zunigę z Napoli, a w środku pola liczy na ustabilizowanie formy Capoue i Behramiego. Fachowcem jest niewątpliwym, tylko czy będzie pamiętał, że nie ma do czynienia z maszynami? I jak długo pozwoli mu pracować zmieniający trenerów jak rękawiczki właściciel klubu?
Co do tego, że spadnie Hull fachowcy są zgodni tak samo, jak przed rokiem zgadzali się w kwestii degradacji Leicester. Czy powinna to być dla nas nauczka? W świetle tego, co wydarzyło się w klubie podczas ostatnich tygodni – nie sądzę. Menedżer Steve Bruce odszedł, skonfliktowany z synem poważnie chorego właściciela, wiceprezesem klubu Ehabem Allamem, następcy dotąd nie wyznaczono, nowych piłkarzy, jak nie było, tak nie ma, choć wzmocnienia przydałyby się na każdej niemal pozycji (zwłaszcza w ataku, gdzie jest tylko Abel Hernandez), trenujących w klubie trapi plaga kontuzji (przez najbliższe miesiące nie zobaczymy na boisku m.in. obrońcy Michaela Dawsona), kibice są wściekli. Owszem, pamiętamy tę grupę piłkarzy, walczących wraz ze swoim trenerem o utrzymanie kilkanaście miesięcy temu – pamiętamy też jednak, że była to walka daremna.
Korzystałem podczas pisania z wielu przedsezonowych skarbów kibica i tekstów, m.in. przygotowanych przez dziennikarzy „Guardiana”, ESPN i „Four Four Two”.
Skomentuj KBKBKB Anuluj pisanie odpowiedzi