Redakcja „Tygodnika” zamówiła u mnie duży tekst o mundialu, więc musiałem na jakiś czas zaniedbać blogowanie. Teraz też wpadam tylko na chwilę, ale nie mogę nie wpaść, skoro Liverpool zdecydował się zaproponować Rafie Benitezowi rozwiązanie umowy o pracę i skoro Hiszpan zdecydował się tę propozycję przyjąć. Jak być może pamiętacie, jeszcze w styczniu, po porażce z drugoligowym Reading w III rundzie Pucharu Anglii, założyłem się z Rafałem Stecem o butelkę wina, że Benitez do sierpnia przestanie pracować na Anfield Road. Że wyszło na moje, stwierdzam bez satysfakcji, tym bardziej, że wcale nie jestem przekonany, czy w obecnej sytuacji rozwiązanie umowy z menedżerem jest najlepszym pociągnięciem Liverpoolu.
Dlaczego tego scenariusza się spodziewałem, stali Czytelnicy wiedzą aż za dobrze, bo ten temat w ciągu ostatnich miesięcy gościł na blogu aż za często (wybaczcie w związku z tym autocytaty, ale przy temacie tak spenetrowanym trudno o oryginalność). Po pierwsze, tegoroczne wyniki Liverpoolu były, jak na standardy tego wielkiego klubu, kompromitujące: odpadnięcie z Ligi Mistrzów, a potem także z Ligi Europejskiej, żenująca wpadka w Pucharze Anglii i porażka w Pucharze Ligi, przede wszystkim zaś tylko siódme miejsce w Premier League, a co za tym idzie – przynajmniej roczny rozbrat z najbardziej prestiżowymi i najlepiej wynagradzanymi rozgrywkami pucharowymi. Po drugie, rozsypała się relacja trener-piłkarze. Kiedy zabrakło wyników, znany z nieumiejętności budowania bliższych relacji z podwładnymi Benitez „stracił szatnię”, a pod koniec sezonu kilku zawodników pozwoliło sobie wręcz na publiczne krytyki pod jego adresem. Po trzecie, Hiszpan miał kiepską rękę do transferów (o to spieraliśmy się, zwłaszcza z Rogerem_Kintem, do upadłego, ale zostałem przy swoim zdaniu – zwłaszcza wydanie 20 milionów na Aquilaniego wydaje mi się niezrozumiałe, ale przykładów z tych sześciu lat mógłbym wymienić, i wymieniałem, dużo więcej). Po czwarte, w tym akurat sezonie Benitezowi przytrafiały się zaskakujące błędy taktyczne: w ustawieniu (trójka obrońców przeciwko Sunderlandowi), w doborze zawodników na poszczególne mecze (Ngog przeciwko Olympique Lyon), w grze obronnej (wciąż zawodne krycie strefowe). Po piąte, piłkarze decydujący o obliczu drużyny albo łapali kontuzje, albo nieoczekiwanie tracili formę (ktoś przecież pracował z nimi na treningu…). Po szóste, z każdą konferencją prasową menedżera Liverpoolu pogłębiało się wrażenie jego izolacji i zamknięcia w sobie. Po siódme, Hiszpan prowokował niepotrzebne konflikty, np. z Alexem Fergusonem, sędziami albo władzami ligi, oskarżanymi przezeń o niekorzystne dla klubu z Anfield układanie terminarza gier. Po ósme, trzeba było wydostać się z zaklętego kręgu niepowodzeń i dać zespołowi poczucie „nowego początku” – częsty motyw przy podejmowaniu decyzji o zmianie menedżera.
A jednak zwolnienie (bo przecież faktycznie jest to zwolnienie) Rafy Beniteza w tym akurat momencie mnie dziwi. Klub jest zadłużony i wystawiony na sprzedaż, choć za nierealistycznie wysoką cenę, przyszłość jego największych gwiazd w związku z niezakwalifikowaniem się do Ligi Mistrzów stoi pod znakiem zapytania – czy jest sens pogłębiać panującą na Anfield Road niepewność usuwając jeszcze jeden ważny element układanki? I czy przy niepewności dotyczącej kwestii tak fundamentalnych jak właścicielskie i finansowe łatwo będzie znaleźć następcę?
To jednak nie jest temat na teraz. Teraz wypada po prostu pożegnać Rafę Beniteza. Mam silne poczucie, że to właśnie jemu zawdzięczam dwa najwspanialsze przeżycia piłkarskie ostatniej dekady: finał Ligi Mistrzów w Stambule z 2005 r., i późniejszy o rok finał Pucharu Anglii w Cardiff. Kiedy więc będziemy z Rafałem otwierać wygraną przeze mnie butelkę (może powinna być z Hiszpanii?), pierwszy toast chciałbym wypić właśnie za zdrowie jego imiennika. Cokolwiek teraz czuje, on już nigdy nie będzie szedł sam.
Skomentuj ~jareko17 Anuluj pisanie odpowiedzi