Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy byłem młody i dobrze się zapowiadałem, spotkał mnie zaszczyt zjedzenia kolacji z Wybitnym Dziennikarzem. Nie potrafię już sobie przypomnieć, kto i dlaczego wywołał temat piłki nożnej, dość powiedzieć, że w pewnym momencie Wybitny Dziennikarz wyciągnął ze mnie, ile mianowicie meczów jestem w stanie obejrzeć podczas weekendu. Wyciągnął i w zasadzie nie skomentował. Po chwili milczenia zapytał tylko, czy się zastanawiałem, ile w tym czasie można by napisać książek.
No faktycznie, zastanawiałem się, i to nie raz. Pewnie zresztą nie ja jeden. Mówi się trudno. Książki może jeszcze napiszę. Na razie szykuję się do mundialu, a w związku z tym pytanie brzmi, ile meczów jestem w stanie obejrzeć w ciągu dnia, tygodnia i miesiąca. Dzięki łaskawości macierzystej redakcji odciążony nieco od bieżących obowiązków, podobnie jak przed dwoma laty podczas Euro siadam przed monitorem, oglądam, a potem na gorąco spisuję swój Dziennik Mundialu. Bombardowany zewsząd informacjami i interpretacjami, studiujący wielkie analizy i króciutkie wpisy na twitterze, zapoznawany z ekonomiczną sytuacją RPA, a także z mniej lub bardziej realnymi zagrożeniami czekającymi na odwiedzających ten kraj gości, dyskutujący z kolegami, czy Maradona pogrzebie szanse Argentyny jak Domenech Francji, przysypiający podczas transmisji meczów towarzyskich (wyjąwszy, rzecz jasna, wczorajszą fiestę – po czymś takim nie można się już doczekać prawdziwego grania), i ze wszystkich sił usiłujący się uwolnić od swoich angielskich zakręceń, próbuję odnaleźć w tym wszystkim to, co najważniejsze: sens kibicowania.
O „planecie kibiców” napisałem duży tekst w dzisiejszym „Tygodniku” (na razie w sieci dostępnych jest tylko kilka pierwszych akapitów), ale rzeczywistość jak zwykle okazuje się lepsza niż moje przybliżenia. „Daily Telegraph” donosi, że ponad połowa brytyjskich pracodawców obawia się – szacowanych łącznie na miliard funtów – strat związanych z nieusprawiedliwionymi nieobecnościami pracowników (będą wychodzić z biur, żeby obejrzeć mecz) albo spadkiem wydajności (zamiast robić to, co do nich należy, będą gadać o piłce). Niektórzy przedsiębiorcy wprowadzili na okres mistrzostw ruchomy czas pracy. „Mieliśmy dwa wyjścia: zablokować strony internetowe, uniemożliwiając ludziom oglądanie meczów online, albo dać im możliwość oglądania, licząc także na podniesienie w ten sposób morale” – tłumaczy Stewart Lancaster z Afix Ltd (i rzeczywiście: pracownicy tej firmy umawiają się nawet na wspólne kibicowanie).
Ciekawe, czy pracodawcy modlą się o jak najszybsze odpadnięcie Anglii, żeby sytuacja wróciła do normy, czy przeciwnie: ściskają kciuki za reprezentację, licząc, że jej sukces spowoduje wzrost zadowolenia społecznego, które przełoży się na wzrost konsumpcji (podczas poprzedniego mundialu pewien akademik z Manchesteru obliczył, że jeśli pół miliona angielskich kierowców będzie jeździło z przyczepionymi do samochodu flagami, osiągając przy tym średnią prędkość 70 mil na godzinę, zużyje w ten sposób o prawie półtora miliona litrów benzyny więcej niż pół miliona jadących z tą samą prędkością kierowców bez flag). W każdym razie biadania Ruth Spellman z odpowiedzialnego za przeprowadzenie ankiety Chartered Management Institute, czytam nie bez rozbawienia: „To, że ponad połowa naszej kadry kierowniczej nie widzi sposobu zapobieżenia temu, że mistrzostwa świata rozpraszają pracowników albo wywołują nieusprawiedliwione nieobecności, pokazuje pilną potrzebę podniesienia standardów zarządzania. Lepiej wykwalifikowani menedżerowie mogliby podjąć proaktywne działania, by zarządzać sytuacją w sposób optymalny” (wybaczcie, ale pani Spellman mówi właśnie w ten sposób).
Wiem, miało być bez angielskich zakręceń, ale nie sądzę, żeby gdziekolwiek w świecie sytuacja mogła wyglądać inaczej. No, może poza Koreą Północną, w której wciąż nie wiadomo, czy Kim Dzong-Il pozwoli obejrzeć transmisje z mundialu, i której drużyna w RPA znajduje się w oblężonej twierdzy nie tylko ze względu na szlifowanie ostatnich elementów taktycznych. Przedstawiciele teoretycznie najsłabszego zespołu „grupy śmierci” w ściśle reglamentowanych wypowiedziach dla mediów zapowiadają niespodziankę – i doprawdy nie miałbym nic przeciwko temu, by kopciuszek zza jednej z ostatnich w świecie żelaznych kurtyn potrafił tu namieszać (na razie namieszał, usiłując naruszyć regulamin FIFA: trener Kim Dzong-Hun chciał wziąć na mistrzostwa tylko dwóch bramkarzy, robiąc w ten sposób miejsce dla dodatkowego napastnika – przepisy nakazują, by golkiperów było trzech).
Nie wiem, jak jest z Wami: czy będziecie wychodzić z pracy, opuszczać zajęcia, przenosić egzaminy na wrzesień itd., ale gdybyście mieli ochotę podyskutować o mistrzostwach świata – przez najbliższy miesiąc zapraszam codziennie. Trochę się oczywiście tego wszystkiego obawiam, z powodów, które przed dwoma laty wyłożyłem w tekście „O wyższości mistrzostw Europy nad mistrzostwami świata”: obawiam się organizacyjnego chaosu, poziomu sędziowania, nudów na poziomie rozgrywek grupowych, oszczędzania sił na kolejną fazę turnieju, kontuzji przemęczonych zawodników z czołowych klubów Europy itp. Z drugiej strony, nie mogę się już doczekać. Mundial ma nad Euro jedną niezaprzeczalną przewagę: zaczyna się pojutrze.
Dodaj komentarz