A gdyby ktoś pytał, dlaczego ani przedwczoraj, ani wczoraj nie kwitowałem angielskich sukcesów w Lidze Mistrzów (sukcesów, może poza Arsenalem, spodziewanych, choć pewnie nie w tak dramatycznych okolicznościach, jak podczas meczu MC z Villarealem), tu znajdzie odpowiedź. Dla „Gazety w Krakowie” napisałem krótką historię dzisiejszego rywala Wisły, potem zaś, zamiast siedzieć w domu i patrzeć na Arsenal albo na Chelsea, wybrałem się na konferencję prasową Martina Jola, a zaraz po niej patrzyłem, jak piłkarze Fulham biegają sobie dookoła boiska przy Reymonta. Co gorsza, choć na mecz Londyńczyków z Wisłą się wybieram, nie zapowiada się, żebym mógł napisać o nim jeszcze dzisiejszego wieczora. Podobnie zresztą o meczu Tottenhamu, co do którego – od razu mówię – pełen jestem jak najgorszych przeczuć (Rubin Kazań to najmocniejszy z dotychczasowych rywali zespołu Redknappa w Lidze Europejskiej, a wystawienie przeciwko niemu eksperymentalnie zestawionej defensywy – na środku obrony zagra prawdopodobnie występujący dotąd jedynie w pomocy Jake Livermore – wróży bardzo źle). I o skandalicznym zaiste pomyśle szybkiej ścieżki, jaką zapewniły sobie kluby Premier League w wyścigu po zdolną młodzież.
Pozwólcie, że wytłumaczę, bo sprawa dotyczy naszego blogowania. W styczniu 2010, zaraz po porażce Liverpoolu z Reading w Pucharze Anglii, założyłem się z Rafałem Stecem, że Rafa Benitez nie będzie pracował na Anfield Road w sierpniu 2010, kiedy rozpocznie się kolejny sezon Premier League. Zakład – o dobre wino – oczywiście wygrałem, a następnych kilkanaście miesięcy upłynęło nam z Rafałem na poszukiwaniu nie tylko odpowiedniego szczepu i rocznika, ale także odpowiedniej okazji. Wizyta w Krakowie angielskiej drużyny, prowadzonej w dodatku przez trenera, do którego mam zadawnioną słabość, przyszła w samą porę, proszę więc dzisiejszego wieczora uznać mnie za nieobecnego usprawiedliwionego.
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi