Od czego zacząć? Jak nie ugrzęznąć w łatwych uogólnieniach? Jak nie ukryć własnego pomieszania w mnożeniu retorycznych pytań, a o to o zmianę hierarchii manchesterskich potęg, a to o schyłek Alexa Fergusona, który nie pierwszy chyba raz w tym sezonie popełnił błędy przy doborze zawodników i który nigdy w życiu nie przegrał meczu tak wysoko? Jak napisać tekst, który sprosta wydarzeniom historycznego popołudnia, 23 października 2011 roku?
Statystycy już policzyli: takiej klęski na własnym stadionie MU nie doznał od ponad pół wieku, od równie bolesnej porażki w derbach minęło 85 lat. Żeby jednak zachować trzeźwość umysłu, nie sposób nie zauważyć, że ostatnie trzy gole padły w końcówce i że City całą drugą połowę grało w przewadze jednego zawodnika – zasadnie można więc powiedzieć, iż szokujący wynik 1:6 jest bardziej efektem tych dwóch okoliczności (a także tej, że i tak ofensywnie ustawione MU otworzyło się jeszcze po golu Fletchera) niż rzeczywistej różnicy poziomów między dwoma drużynami. Chociaż…
Dzisiaj i tylko dzisiaj (pamiętamy mecz o Tarczę Wspólnoty…) praktycznie w każdej piłkarskiej kategorii różnica klas między MU i MC była uderzająca, może poza pierwszym kwadransem, kiedy gospodarze zdobyli przewagę w posiadaniu piłki, ale przewagi tej nie potrafili przełożyć na akcję zakończoną celnym strzałem. Świetna organizacja gry obronnej, ogromna koncentracja, pressing tam, gdzie pressingu MU nie było, zabójczy szybki atak, chirurgiczna precyzja podań, zwłaszcza wyrastającego o dwie głowy nad rywali i kolegów z zespołu Davida Silvy, bijąca z piłkarzy pewność siebie, mówiąca że tym razem po objęciu prowadzenia może być tylko jeden zwycięzca, strzelecka skuteczność wreszcie – doprawdy nie wiadomo, gdzie skończyć tę wyliczankę.
Można też porównywać poszczególnych piłkarzy, np. Richardsa i Smallinga, Kompany’ego i Evansa (nigdy nie miałem zaufania do tego ostatniego; jeśli myślę o jakichś błędach personalnych sir Alexa w tym meczu, to wystawienie Evansa zamiast Jonesa było jednym z nich), Milnera i Andersona (tu już była prawdziwa przepaść…), pracowitego, ale nieotrzymującego podań Welbecka i Balotellego czy Dżeko… Wyliczać dalej nie ma sensu, choć na pewno warto zwrócić uwagę na znakomity występ Milnera (nie chodzi tylko o udział przy najważniejszych, bo pierwszych dwóch bramkach, ale o statystyki podań, odbiorów itd.) i równie dobry – Richardsa. Czasem bywa tak, że mecze wygrywa jeden piłkarz, powiedzmy jak ostatnio van Persie w Arsenalu, ale przeważnie rozstrzygają bohaterowie drugiego planu – nawet Clichy, który w zasadzie wyłączył Naniego, przyczynił się do tego historycznego triumfu.
Co będzie dalej? MU zapewnie odbije sobie tę porażkę przy najbliższej sposobności, a MC potknie się w Lidze Mistrzów. W styczniu zapewne sir Alex zrobi to, czego nie zrobił w sierpniu: rozejrzy się za kreatywnym środkowym pomocnikiem. A Roberto Mancini będzie się rozglądał za kimś, kto uwolni go od Carlosa Teveza. To niezwykłe, oglądać zespół, w którym piłkarz tej klasy wydaje się całkowicie niepotrzebny. Najważniejsza przeszkoda, która miała powstrzymywać MC w drodze po tytuł, wiązała się właśnie z nadmiernym ego poszczególnych gwiazd i gwiazdeczek. Tyle że Adebayor i Bellamy odeszli, Tevez zapewne pójdzie ich śladem, a wśród pozostałych szacunek dla Roberto Manciniego znacznie się po takim dniu zwiększy. Z pewnością Włoch nie wygrał dziś mistrzostwa, ale może wygrał coś, co w perspektywie może mu przynieść także mistrzostwo – spokój, szacunek i niepodważalną pozycję w klubowej hierarchii.
Dodaj komentarz