Jose Mourinho jest wciąż młodym trenerem. W wieku 52 lat może mieć przed sobą nawet dwie dekady sukcesów. Z drugiej strony miejsce na trenerskim topie zaczęli zajmować już ludzie dużo młodsi od niego: Pep Guardiola, Jürgen Klopp, Luis Enrique, Diego Simeone, Unai Emery czy Massimo Allegri. Młodsi, ale też – co może być jednym z kluczy do rozważań o przyczynach obecnej klęski Wyjątkowego – pracujący na piłkarskich szczytach o wiele krócej od niego. Dwaj pierwsi zresztą, jak pamiętacie, musieli już pomyśleć o przerwie w karierze – Guardiola po czterech latach pracy z Barceloną i, jak się dziś okazało, po trzech w Bayernie, Klopp po siedmiu latach pracy z Borussią (i dziesięciu latach w Bundeslidze).
Mourinho swój pierwszy duży europejski sukces – Puchar UEFA z FC Porto – odniósł dwanaście lat temu. Od tamtej pory pracował pod niewiarygodną, zwiększającą się z roku na rok presją. Presją rywali, mediów i właścicieli klubów, w których pracował, ale przede wszystkim presją, którą nakładał sam na siebie. Jak się w to wszystko wmyśleć, jak prześledzić jeszcze raz intensywność peregrynacji z Porto do Londynu, z Londynu do Mediolanu, z Mediolanu do Madrytu, a stamtąd znów do Londynu – można się tylko dziwić, że wytrzymał tak długo. Że pierwszy naprawdę poważny kryzys (z Madrytu odchodził wszak jako wicemistrz kraju, półfinalista Ligi Mistrzów i finalista Pucharu Króla, gdzie przegrał z Atletico dopiero po dogrywce, za to w półfinale wyeliminował Barcelonę – mimo wszystko trudno uznać to za katastrofę) przydarzył mu się aż tak późno. Oto, dlaczego najlepsze, co mogłoby mu się teraz zdarzyć, to dłuższa przerwa na podładowanie akumulatorów i refleksję nad tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, może także – nad zmianą podejścia do zawodu. Tak, wiem, że to skrajnie mało prawdopodobne: że duma Mourinho nakazuje mu natychmiast szukać nowego wyzwania i że jest wysoce prawdopodobne, iż znajdzie je w Manchesterze United.
Wypadałoby w tym miejscu przypomnieć, że był taki czas, w którym jego kandydaturę w tym klubie poważnie rozważano, ale że została odrzucona z powodu kontrowersyjności jego okołoboiskowych zachowań: że mający wówczas wielki wpływ na decyzje zarządu Bobby Charlton i Alex Ferguson uznawali, iż Mourinho-chuligan wkładający palec do oka Tito Vilanovy nie pasuje do wizerunku instytucji, której potęgę współtworzyli. Jeśli tym razem zostanie zatrudniony, będzie to również informacja o tym, że czasy się zmieniają i że Manchester United ostatecznie stał się przedsiębiorstwem, jak inne. Na dobre i na złe.
O tym, co było bezpośrednim klęski Mourinho w Chelsea, pisałem bezpośrednio po poniedziałkowej porażce z Leicester dla Sport.pl: jego konflikt z drużyną osiągnął taki poziom, że w pomeczowych rozmowach z dziennikarzami mówił o byciu „zdradzonym przez piłkarzy”. Zważmy bowiem: Portugalczyk nie przegrał dlatego, że przestał świetnie czytać grę (tym samym dziennikarzom przypominał, że zdolność analizowania gry przeciwnika zawsze należała do jego najmocniejszych stron i że zanim zagrali z Leicester, przez kilka dni trenowali sposób obrony przed wszystkimi czterema, jak mówił, sposobami, przy których pomocy rywal zdobywa bramki) albo że popełniał błędy w przygotowaniu taktyki na poszczególne spotkania.
Dlaczego więc się nie udało? Być może na pogorszenie atmosfery miał wpływ skrócony okres przygotowawczy, co brzmi zresztą paradoksalnie: ponieważ w końcówce poprzedniego sezonu niewielki skład Chelsea sprawiał wrażenie przemęczonego, menedżer postanowił dać mu porządnie odpocząć, ale w związku z tym w sezon mistrzowie Anglii wchodzili na nieco zwolnionych obrotach, gra i wyniki nie były rewelacyjne, zaczęło się więc robić nerwowo… Być może do porażki przyczyniły się również napięcia wokół polityki transferowej: z pomruków otoczenia Mourinho (patrz dzisiejszy artykuł w „Sunday Timesie”) wynika, że chciał inteligentnego i szybkiego stopera, lewego obrońcę niestrudzenie biegającego między dwoma polami karnymi oraz napastnika, który będzie nie zastępcą, ale rywalem Diego Costy w walce o miejsce w składzie, a żadne z tych oczekiwań nie zostało spełnione. Z drugiej strony jednak miał wciąż piłkarzy, z którymi kilkadziesiąt dni wcześniej zdobył mistrzostwo kraju, a którzy teraz (Hazard, Matić, Fabregas, Ivanović, Costa) w zasadzie równocześnie stracili formę. Oczekiwał od nich za dużo? Trzeci rok nieustannego chodzenia po bandzie okazał się zbyt wyczerpujący psychicznie? Więcej już wykrzesać z siebie nie potrafili? A może inaczej: on nie zmienił w porę metod i skończyło się, jak po trzech latach w Madrycie, podzieloną szatnią, konfliktami, obsesją podejrzeń i szpiegów?
Kibice Chelsea mają oczywiście rację, krytykując także piłkarzy. „Zawiedliście Josego, zawiedliście nas” – napisali na jednym z transparentów zawieszonych podczas meczu z Sunderlandem, a Fabregasa i Costę buczeli. Ale nie ma siły: odpowiedzialność za postawę piłkarzy zawsze spada na trenera. „Jeśli straciłeś kontrolę, przegrałeś” – powtarzał zawsze sir Alex Ferguson, nie wdając się w szczegóły na temat najlepszych sposobów tejże kontroli. Wiadomo: właściciel klubu nie rozwiąże kontraktów i nie wystawi na listę transferową pięciu największych gwiazd: nawet jeśli będzie przekonany, że grają przeciw trenerowi, zwolni trenera.
A może zresztą jest tak, jak widzi to Miguel Delaney: że od czasu, gdy Jose Mourinho święcił największe sukcesy, w piłce nożnej zmieniła się epoka i że zmienili się także piłkarze (oto, dlaczego z Costą i Fabregasem nie dogadywał się tak dobrze, jak z Drogbą i Carvalho), a symbolem tej zmiany mógłby być jego największy trenerski rywal. Że Mourinho był zawsze trenerem skupionym na defensywie, a Pep Guardiola współczesną piłkę uczynił na powrót bardziej otwartą. I że jej największe gwiazdy szukają raczej okazji do pracy z Pepem, nie z Josem, którego nazwisko nie znajdzie się przecież nigdy na liście wielkich piłkarskich taktycznych innowatorów.
Tak czy inaczej, przyczyną klęski Mourinho w Chelsea był tak zwany czynnik ludzki. Sposób komunikacji. Atmosfera paranoi, konfliktu i wojny. Jak pamiętacie, pierwszą misją Carlo Ancelottiego po przyjściu do Realu, było wylanie oliwy na wzburzone fale…
Czy oznacza to, że przyszłość Jose Mourinho jest niepewna? Oczywiście nie. Oczywiście i tym razem szybko znajdzie następną, prestiżową i bajecznie opłacaną pracę. Co więcej: zapewne odniesie w niej szybki sukces, jeśli nie w pierwszym sezonie, to w drugim, bo w trzecim straci pracę. Kolejnego Fergusona z niego nie zrobicie.
Może szkoda – także dla niego samego – że nie dostanie więcej czasu na refleksję. Zwłaszcza że przykład Jurgena Kloppa w Liverpoolu pokazuje, że bezpieczniej nie przejmować drużyny w trakcie sezonu.
Dodaj komentarz