Wiele wspomnień, jak to powiedział Jan Paweł II w Wadowicach podczas pielgrzymki do Polski w 1999 roku (skojarzenie jak najbardziej na miejscu nie tylko dlatego, że – jak wiadomo – od futbolu do religii wiedzie niedaleka droga, ale i dlatego, że podczas odwiedzin w rodzinnym mieście papież opowiadał między innymi o młodzieńczych rolach w szkolnym teatrze, a czymże jest piłkarski stadion, jeśli nie teatrem właśnie?).

14 maja 2017 roku Tottenham po raz ostatni wystąpi na White Hart Lane. Dzień później rozpocznie się, i potrwa przez trzy miesiące, burzenie obiektu, na którym drużyna rozgrywała mecze od września 1899 roku. Przyszły sezon, a może i kawałek następnego – to zależy do tempa prac – piłkarze z północnego Londynu spędzą na Wembley, a później czeka ich przeprowadzka na nowy, budowany niemal całkowicie w miejscu dotychczasowego, obiekt. Liczba widzów, których pomieści, ma przekraczać 61 tysięcy (dokładnie: 61 559, nieco ponad tysiąc więcej niż na obecnym stadionie Arsenalu, co jak się zdaje nie było dla projektantów i budowniczych całkiem bez znaczenia; na White Hart Lane wchodziło nieco ponad 36 tysięcy).
1. Wiele wspomnień, jako się rzekło. W ostatnich dniach dba o nie zresztą sam Tottenham, zapełniając swoje profile na portalach społecznościowych cudownymi wolejami, główkami, rogami czy rzutami wolnymi a to Klinsmanna, a to Linekera, a to Hoddle’a, Gascoigne’a, Berbatowa, Keane’a, Sheringhama, Ginoli, Bale’a, Defoe’a czy – jakże by inaczej, skoro historia pisze się cały czas – Kane’a i Alliego. Kibice jednak mają swoje własne wspomnienia, nienarzucone i niesterowane, bardziej intymne, w których – owszem – są również gole i zwycięstwa, ale przecież nie tylko one, bo nie tylko z nich składa się życie.
Wyobrażam sobie na przykład wspomnienie chłopca zabieranego po raz pierwszy w życiu na stadion przez ojca; chłopca, który nie pamięta nawet wyniku tamtego spotkania (a może pamięta niejasno, że jego ukochana drużyna przegrała), ale wciąż czuje ciepło ogromnej i szorstkiej dłoni dojrzałego mężczyzny i zapach tytoniu, którym przesiąknięty był jego płaszcz, no i pamięta swój zachwyt: intensywnością sztucznego oświetlenia, kolorem trawy i wymalowanych na niej białych linii, odbijającym się od dachu echem uderzanej piłki, kiedy trybuny akurat milczą, wreszcie: wrzawą tychże trybun. Wyobrażam sobie przejęcie nastolatka, natrafiającego w pobliskim pubie na piłkarzy (jeszcze w pierwszych latach mojego kibicowania, w latach 80. dwudziestego wieku, mówiło się, że do Coolbury Club, na północ od skrzyżowania High Road i White Hart Lane, wpadają Steve Perryman, Paul Miller i Tony Galvin) albo na idącego którąś z ulic, mieszkającego bardzo niedaleko, bo na Creighton Road najsłynniejszego menedżera w historii klubu, Billa Nicholsona. Wyobrażam sobie także pierwszy mecz oglądany przez młodego człowieka w telewizji, i zdumienie na widok wielkiego, podtrzymującego dach słupa, zasłaniającego obraz jednej z kamer – ba, w tym przypadku niczego nie muszę sobie przypominać, bo sam mam wciąż w głowie tamten mecz, w którym po latach kibicowania Tottenhamowi na podstawie lektury prasy (internetu w PRL-u nie było, kochane dzieci…) i po miesiącach prób oglądania go na zakodowanym Canale Plus, kupiłem wreszcie antenę satelitarną i 10 sierpnia 1997 roku, na inaugurację sezonu, byłem świadkiem, jak Manchester United wygrywa tu 0:2, a jedną z bramek dla Czerwonych Diabłów zdobywa grający w obronie Tottenhamu Ramon Vega.
2. Nie wykluczam, że to doświadczenie: osiemdziesiąt minut w miarę wyrównanej walki, potem dwa błyskawiczne gole dla gości, z czego jeden samobójczy, naznaczyło moją percepcję kibicowskiego losu. Cały sezon był zresztą okropny – mimo sprowadzenia do klubu Lesa Ferdinanda i Davida Ginoli, mimo obiecującej gry w obronie niejakiego Sola Campbella, wyglądało na to, że Tottenham spadnie z ligi, zastąpienie w roli trenera Gerry’ego Francisa przez Christiana Grossa (rok później już tu zresztą nie pracował) wiele nie pomagało, aż w końcu na dobre odblokował się ściągnięty zimą na ratunek, po raz drugi w historii klubu Jurgen Klinsmann (cztery gole w meczu z Wimbledonem) i znów można było mieć nadzieję, że w przyszłym roku będzie lepiej.
„Naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowanie”, powtarzałem później przez lata zdanie Nicka Hornby’ego, pamiętając te wszystkie stadionowe smutki i niespełnienia, niewykorzystane karne (Andertona, Sheringhama, Defoe’a, Keane’a czy Kane’a), nieuznane gole (Rasiak z Liverpoolem!), kuriozalne błędy bramkarzy (od Iana Walkera, któremu uderzana z dystansu piłka skozłowała na kępce trawy, przez Heurelho Gomesa, do Hugo Llorisa, którego kiks w czternastej sekundzie meczu z Manchesterem City był początkiem katastrofalnej porażki 0:6 za kadencji Andre Villas-Boasa) czy obrońców (oprócz Vegi byliby to na przykład Doherty, Thatcher, Kaboul i Chiriches), spektakularne porażki na własne życzenie. Cudowne woleje czy główki? To na White Hart Lane wiążący sznurowadła piłkarze Tottenhamu dali się zaskoczyć rozpoczynającym od środka drugą połowę meczu zawodnikom Newcastle. To na White Hart Lane Manchester United (w Premier League) i Manchester City (w Pucharze Anglii) zdołały odrobić po przerwie trzybramkowe straty i wygrać mecze, odpowiednio, 3:5 i 3:4. To na White Hart Lane świętował mistrzostwo kraju Arsenal. To na White Hart Lane (żeby sięgnąć po przykład z kategorii „jakby dobrze podsumować, moje życie składa się niemal wyłącznie z nietrafionych decyzji klubowego zarządu”) w trakcie meczu Pucharu UEFA z Getafe, ogłoszono decyzję o zwolnieniu z pracy trenera Martina Jola.
To na White Hart Lane wydarzyły się też rzeczy przerażające i wstrząsające, z kategorii takich, które dalece wykraczają poza futbol. Tutaj w roku 1935 reprezentacja Niemiec wznosiła ręce w nazistowskim pozdrowieniu, a policja dokonywała aresztowań próbujących zakłócić atmosferę piłkarskiego święta antyfaszystowskich demonstrantów. Tutaj – już za moich czasów – walczono o życie Fabrice’a Muamby, który miał zawał podczas meczu Pucharu Anglii z Boltonem (jego serce nie biło przez długie 78 minut). Tutaj wylewano kubły pomyj na Sola Campbella, gdy ośmielił się pokazać wielbiącym go tak niedawno widzom w koszulce znienawidzonego Arsenalu (zagrał świetne spotkanie, ale stężenie unoszącego się wówczas nad trybunami hejtu zatruwało mi pamięć i utrudniało ciepłe myśli o współbraciach w kibicowskim losie przez długie tygodnie). Na sąsiednich uliczkach, gdy ogłoszono w końcu decyzję o rozbudowie stadionu, również wydarzały się rzeczy niepokojące, np. tajemniczy pożar pobliskiej fabryczki, której właściciele nie chcieli sprzedać klubowi terenu, na którym prowadzili swoją firmę od dekad.
3. Dziś ich fabryczki nie ma już, rzecz jasna, podobnie jak wielu innych lokalnych lokalnych biznesów, i podobnie jak za chwilę nie będzie White Hart Lane. Żeby zwróciły się koszta budowy nowego stadionu, trzeba będzie sprzedać prawa do nazwy jakiemuś potężnemu sponsorowi, a dwa razy w roku wynajmować obiekt na mecze futbolu amerykańskiego. Koncesji na rzecz wielkiego Babilonu będzie zresztą więcej – coś, co niektórych zachwyca, czyli przeszklony tunel, jakim piłkarze wychodzić będą na boisko, a sąsiadujący z luksusowymi restauracjami, których klienci będą mogli przyglądać im się z najbliższej odległości, mnie kojarzy się raczej z wybiegiem w ZOO. Dochód z biletów na tamten pierwszy mecz, 4 września 1899 roku z Notts County, wyniósł 115 funtów – dziś za taką kwotę nie dałbym rady wziąć na stadion swoich synów.
Z drugiej strony: „kto stoi w miejscu, ten poczuje ból”, jak Filip Łobodziński przełożył jedną ze strof Dylanowskiego „The Times They Are a-Changin’”. Żeby klub mógł się rozwijać i nie przegrywać już na starcie (choćby w rozmowach o wysokości kontraktów piłkarzy) z ligowymi potentatami, z których każdy poza Chelsea na samych biletach zarabia o 60 milionów więcej; żeby zadowolić czekających od lat w kolejce na karnety fanów, naprawdę musiał zwiększyć pojemność trybun, a warto też pamiętać o prawie 800 milionach funtów, które pochłania budowa – albo o prawie miliardzie zainwestowanym w regenerację jednej z podlejszych dzielnic Londynu. Tysiąc już nowych miejsc pracy, o których mówi w wywiadach prezes Daniel Levy, nowe budynki mieszkalne, sklepy i knajpy, nowy hotel, nowe szlaki komunikacyjne, to również konkrety, którego nie sposób zlekceważyć.
4. Innymi słowy: nie ma co narzekać ani tkwić przy starym. Pamiętam wszystkie wspomniane wyżej momenty trudne czy nieprzyjemne, tak samo jak pamiętam taksówkę dla Maicona, którą zamawiali kibice podczas meczu z Interem, gdy świat z zapartym tchem patrzył na to, co z Brazylijczykiem robił w 2010 roku młodziutki wówczas walijski skrzydłowy Gareth Bale. Albo jak obciachowe piosenki duetu Chas’n’Dave, który skądinąd pojawi się jutro w przerwie – ostatniego w historii White Hart Lane – meczu z Manchesterem United. I jak niezliczone anegdoty o bohaterach mojej młodości – zwyciężającym walkę z cukrzycą Garym Mabbutcie, grającym wielkie mecze, choć ze względu na chroniczną kontuzję kolana niezdolnym do regularnego treningu Ledleyu Kingu. Także o Osvaldo Ardilesie, któremu – jak głosi stadionowa pieśń – w drodze na Wembley drżały nogi. O uśmiechu Michaela Dawsona, brzuszku Andy’ego Reida i okularach Edgara Davidsa. O, niechże mu będzie, Paulu Gascoignie, który omal się nie zabił spadając z dachu wschodniej trybuny podczas jednego ze swoich rozlicznych błazeństw: polowania na gołębie przy pomocy wiatrówki opiekuna stadionowej murawy. Historię Aarona Lennona, który kilka dni temu, bodaj czy nie po samobójczej próbie, trafił z depresją do szpitala psychiatrycznego, trudno sprowadzać do anegdoty.
Pamiętam więc wszystkie te rzeczy i świetnie rozumiem sentyment zamawiających teraz na pamiątkę stadionowe krzesełka, które wysiadywali tyle lat, albo licytujących pieczołowicie przeniesioną do szklanych butelek stadionową murawę. Żeby jednak dalej żyć i dalej kibicować Tottenhamowi nie potrzebuję zawieszać się na przeszłości.
5. Najważniejsze, co chcę powiedzieć przy tej okazji, to chyba zdanie, że futbol nie jest okrutny i nie pełni już w moim życiu zastępczej roli. A Tottenham w ostatnich miesiącach także zmienia narrację na swój temat: przegrał, owszem, przed tygodniem mecz z West Hamem i stracił szansę na mistrzostwo kraju, ale przecież jako jedyny w tym roku tak naprawdę próbował gonić Chelsea, wbrew stereotypom biegając do upadłego, odrabiając straty, strzelając gole w ostatnich minutach. Z szóstym w kraju budżetem płacowym czy transferowym, drużyna Mauricio Pochettino nie powinna drugi rok z rzędu przebijać szklanego sufitu i awansować do Ligi Mistrzów, tylko błąkać się gdzieś w okolicy miejsc między piątym a siódmym, a wygląda na to, że po raz pierwszy od 1963 roku zostanie wicemistrzem kraju. Jeśli jutro nie przegra, jej ostatni sezon ligowy na White Hart Lane będzie sezonem bez porażki.
Nie jestem więc gorzko rozczarowany np. tym, że to Chelsea została jednak mistrzem kraju. Zamierzam pogodzić się pogodnie z odejściem Kyle’a Walkera, a później pewnie Dele Alliego czy (oby jak najpóźniej) Mauricio Pochettino, tak jak pogodziłem się już z transferami Berbatowa, Modricia czy Bale’a. Zamierzam cieszyć się grą ich następców, których nazwisk jeszcze nie znam. Zamierzam także napisać fundamentalną polemikę z osławionym zdaniem Billa Shankly’ego o futbolu jako czymś ważniejszym niż kwestia życia lub śmierci. Na razie zauważę, że choć z moim poprzednim mieszkaniem wiążę zarówno najpiękniejsze, jak najtrudniejsze wspomnienia, to jestem zupełnie zadowolony z przeprowadzki. Z wdzięcznością za to, co było, cieszę się chwilą, która jest dziś.
Chwilą, która jest całkiem dobra.
PS. Dziękuję Przemkowi Niciejewskiemu, autorowi znakomitego albumu „Going to the match” za podzielenie się ze mną fotografią.
Dodaj komentarz