No trudno, nie można się dłużej uchylać, udawać, że wciąż się jest na wakacjach albo że nawał bieżącej pracy uniemożliwia blogowanie. Trzeba podnieść przyłbicę i stawić czoło pytaniu o Villas-Boasa.
Że każdemu nowemu menedżerowi Tottenhamu daję potężny kredyt zaufania, jest rzeczą oczywistą. Podobnie jak to, że jak każdy prawdziwy kibic natychmiast robię się jednooki i zauważam wyłącznie to, co pozwala mi wierzyć w nadejście nowej wspaniałej ery, w której ukochana ma drużyna grać będzie piłkę ofensywną, ale nowoczesną; szybką, ale poukładaną taktycznie, zaś jej menedżer nie będzie się kompromitował nadmiernym gadulstwem i chaotycznymi decyzjami transferowymi.
Nie, zaraz, chwileczkę. Skomplikujmy to nieco. Ani Harry Redknapp nie był aż takim taktycznym ignorantem, za jakiego byliśmy skłonni go uważać, ani Andre Villas-Boas nie panuje nad przekazem w sposób wyraźnie lepszy od poprzednika – a przynajmniej w kwestii stosunków z Chelsea i Romanem Abramowiczem dziennikarze wyciągnęli z niego stanowczo zbyt wiele. To właściwie moja najpoważniejsza wątpliwość dotycząca minionych tygodni. Czy menedżer Tottenhamu wykonał pracę żałoby? Czy przepracował stratę? Czy dojrzał? A właściwie nie wątpliwość: przekonanie, że nie wykonał, nie przepracował i nie dojrzał, że resentyment wyłazi z niego bez przerwy. Skrzywdził go Abramowicz, nie dotrzymał obietnic, oszukał itd.? No oczywiście, że zrobił te wszystkie rzeczy, ale po pierwsze, nie jemu pierwszemu, po drugie: sowicie mu to wynagrodził, po trzecie zaś i najważniejsze: miał dobre powody, bo w ostatnich tygodniach pracy dla rosyjskiego miliardera Andre Villas-Boas sprawiał wrażenie pogubionego. Atmosfera wśród piłkarzy była niedobra, zespół był podzielony, relacje z grupą trzymającą władzę mu się nie ułożyły? No pewnie, że tak było, ale po co teraz niepotrzebnie podgrzewać atmosferę, nakręcać spiralę niechęci, a raczej: po co wystawiać się na pośmiewisko, dając dowód tego, że bolało i boli? Nie lepiej, żeby bronili go inni, jak menedżer roku w Premier League Alan Pardew, który po marcowym zwolnieniu Portugalczyka mówił, że ma nadzieję, iż „profesjonaliści” z Chelsea kiedyś go przeproszą?
W zasadzie ze wszystkiego, co AVB powiedział dotąd o swojej przygodzie na Stamford Bridge mam ochotę bronić tylko jednego zdania – paradoksalnie uznanego za najbardziej kontrowersyjne, choć dla mnie akurat niekontrowersyjnego: że triumf drużyny w Lidze Mistrzów jest także jego zasługą. Zważmy bowiem dwie oczywiste kwestie: to za jego kadencji o obliczu drużyny zaczęli stanowić zawodnicy, którzy mieli w drodze po monachijski triumf niemały udział, np. Mata czy Sturridge, i to on przeszedł z nimi – choć stresując fanów Chelsea do końca – przez rozgrywki grupowe z Bayerem Leverkusen, Valencią i Genk. Do tego dochodzi kwestia mniej oczywista: ci, którzy doprowadzili do jego zwolnienia, przystępowali do kluczowego meczu z Napoli podwójnie zmobilizowani…
Młody jest. Ambitny. Szczególarz. Oddany pracy do tego stopnia, że zamiast wrócić do żony i dwójki małych dzieci potrafił zostawać na noc w Cobham (bazie szkoleniowej Chelsea), by opracowywać schematy na kolejne spotkanie; schematy, które oczywiście wielce szanowni panowie T., L. czy C. mieli w głębokim poważaniu („Wyobrażacie sobie, że on mi mówił, jak mam grać?!” – miał się żalić po jego zwolnieniu pan C.). No i jest szczery, co oznacza właśnie niepanowanie nad przekazem (nie panował nad nim już pod koniec lutego, kiedy w długim wywiadzie dla portugalskiego radia dzielił się obawami na temat swojej przyszłości i, co okazało się szczególnie niefortunne, porównywał Torresa do innych kosztownych niewypałów Chelsea, Kezmana i Szewczenki).
Co jednak fascynujące: wszystkie te elementy jego portretu, które ewidentnie zaszkodziły mu w pierwszej pracy na Wyspach, mogą okazać się przydatne w pracy kolejnej. Jego poprzednik w Tottenhamie nie zawracał piłkarzom głowy taktycznymi detalami, nie zadręczał analizami stałych fragmentów gry w wykonaniu rywali itp. – raczej pozwalał swobodnie wyrazić się na boisku. A przecież przez cały ten czas nie mogłem się wyzbyć przekonania, że piłkarze, których miał do dyspozycji Harry Redknapp, to ludzie o otwartych głowach, którzy chętnie nauczyliby się czegoś więcej.
Niechże więc AVB w sprawach porównania Chelsea i Tottenhamu siedzi cicho i pozwoli mówić np. Kyle’owi Walkerowi o tym, że w Tottenhamie nikt nie ma problemów z rozdętym ego, atmosfera jest znakomita i jeden pod drugim dołków nie kopie. Ze wszystkiego, co dotąd mogliśmy usłyszeć o Villas-Boasu z ust nowych podwładnych (także z tego, co mogliśmy wyczytać między wierszami) można wnosić, że podbił ich świetną organizacją pracy, urozmaiconymi zajęciami, kompetencją i klarowną komunikacją – także z tymi, którzy (jak David Bentley na przykład) za kadencji Redknappa trafili do zamrażarki. W Portugalii jego sukcesy tłumaczono właściwym podejściem do zawodników; tym, że umie wsłuchiwać się w piłkarzy, że zawsze jest do ich dyspozycji, a oni odpłacają mu tym samym. W Chelsea się nie powiodło, bo dążąc do przebudowania starzejącego się składu musiał naruszyć interesy, przyzwyczajenia, komfort ludzi dotąd nienaruszalnych, cieszących się w dodatku wyjątkowo mocną pozycją w oczach właściciela i zarządu. Zapewne mógł postępować zręczniej, np. w przypadku przeniesionych do rezerw Alexa czy Anelki, z drugiej strony jednak: czy wiemy, jakie zachowania piłkarzy stały za jego decyzjami? Cobham z pewnością nie przypomina szkółki niedzielnej.
Całkiem niewykluczone (pisałem o tym wiosną), że Andre Villas-Boas był w Chelsea właściwym menedżerem w niewłaściwym momencie – że zadanie, które otrzymał, było klasycznym przykładem mission impossible. Czy w Tottenhamie może być właściwym menedżerem we właściwym momencie? O wielkiej przebudowie drużyny nie ma mowy, zespół jest równie młody jak menedżer i w miarę zgrany. Oczywiście trzeba będzie jakoś zapełnić dziurę po Modriciu, którego odejście wydaje mi się przesądzone, podobnie jak dziurę po Adebayorze, bo wbrew medialnym doniesieniom sprzed tygodnia wątpię, by napastnik z Togo zagrał jeszcze w barwach Tottenhamu (prezes nie rozbije banku, żeby płacić mu tyle, ile dostawał w MC, a wersji kompromisowej: niższa tygodniówka w zamian za ogromną jednorazową premię przy podpisaniu kontraktu, jakoś się nie udaje uzgodnić). I oczywiście na razie trwa miesiąc miodowy, nie ma presji, grania serio, a każdy z piłkarzy ma okazję pobiegać trochę podczas meczów towarzyskich. Generalnie jednak: ci zawodnicy, którzy w klubie zostaną, wzmocnieni jeszcze o następców Modricia i Adebayora, dają Villas-Boasowi możliwości ułożenia zespołu nie na tygodnie czy miesiące, ale na lata. Obrońcy są o niebo szybsi niż w Chelsea i wierzę, że okażą się wystarczająco inteligentni i zdyscyplinowani, by grać wysoką linią, co tak spektakularnie nie udało się na Stamford Bridge. Atakujący ze skrzydeł Bale i Lennon mogą mieszać tak, jak w Chelsea robili to Mata i Sturridge, a w Porto Varela i Hulk. W środku pola widzę stworzonych do pressingu Parkera lub Sandro, widzę van der Vaarta lub Sigurdssona, chciałbym także widzieć Huddlestone’a, z jego precyzyjnymi długimi podaniami i atomowym uderzeniem, ale do systemu preferowanego przez AVB wydaje się on zbyt nieruchawy (no dobra, miewam czasami fantazje o Huddlestonie jako angielskim Pirlo, który do szybkich również nie należy), może więc dojdzie do skutku transfer Moutinho z Porto?
Napisałem w drugim akapicie, że w przypadku nowego menedżera natychmiast robię się jednooki, przyjmuję więc za dobrą monetę deklarację Portugalczyka, że doświadczenia ze Stamford Bridge pozwoliły mu stać się lepszym trenerem. Wierzę w to, że kluczowa lekcja dotyczyła wygrywania nie tylko na, ale również poza boiskiem: w szatni i w ośrodku treningowym. Dopuszczam nawet do siebie hipotezę, że na początek chciał pokazać cojones i dlatego uderzył w rosyjskiego miliardera, przy którym wszyscy zawsze ściszają głos. Oglądałem wczorajszy mecz z Liverpoolem w Baltimore i za pressing muszę piłkarzy Tottenhamu pochwalić; z wysoką linią było jeszcze kiepsko, ale AVB tłumaczy, że podczas tournee w Ameryce pracuje wyłącznie nad kondycją, a taktyką zajmie się na poważnie dopiero po powrocie do Anglii. Tak czy inaczej rozumiem decyzję prezesa Levy’ego: podpisał kontrakt z jednym z najlepszych szkoleniowców w Europie, o wizerunku idealnie pasującym do wizerunku jego klubu, sympatycznego, młodego, progresywnego i patrzącego w przyszłość z optymizmem, jak nie przymierzając AVB na słynnym już zdjęciu przed fantastycznym zaiste nowym ośrodkiem treningowym. Wiem, że ten optymizm będzie weryfikowany już kilkanaście dni, na razie jednak pozwólcie mi być jednookim.
Skomentuj sullen-girl-diary.blogspot.com Anuluj pisanie odpowiedzi