Eksperta od piłki portugalskiej udawać nie zamierzam: Porto pod Villas-Boasem w meczu ligowym nie widziałem ani razu, w Lidze Mistrzów i Lidze Europy oglądałem ich wszystkiego pięć razy (z czego dwa razy przeciwko Arsenalowi), do tego doliczam jeden mecz towarzyski przed rozpoczęciem sezonu. Nic dziwnego, że pierwszym, co rzuca mi się w oczy, kiedy patrzę na cv tego chłopaka (wybaczcie to słowo, ale w końcu mówię o kimś młodszym o 7 lat…) jest data urodzenia. Nowy menedżer Chelsea jest zaledwie kilka miesięcy młodszy od Lamparda czy Drogby, a większość piłkarzy z dłuższym stażem w klubie pamięta go jako kolesia, który dostarczał im dvd z informacjami o kolejnym przeciwniku (rzućcie okiem na jedną z moich najstarszych fiszek na jego temat). Nie, żebym miał coś przeciwko młodości. Zwracam uwagę na wiek nowego menedżera Chelsea, bo mam wrażenie, że pasuje on do wizerunkowego pomysłu Romana Abramowicza: oto wschodząca gwiazda świata trenerskiego, mimo zaledwie dwuletniego stażu w roli trenera pierwszej drużyny opromieniona już sukcesem w europejskich pucharach (czuły punkt właściciela, jak wiemy…) nada starzejącej się kadrze nowy wigor i dynamikę. Z drugiej strony, być może Rosjanin liczy, że młodzieńca łatwiej kontrolować niż takich facetów jak Ancelotti czy Hiddink.
Wszystkie anegdoty o Villas-Boasie znajdziecie w prasie codziennej: jak to jako nastolatek mieszkał w tym samym apartamentowcu, co Bobby Robson i któregoś dnia skorzystał z okazji, żeby wrzucić do jego skrzynki pocztowej (według innych wersji: wsunąć pod drzwi) dobrze udokumentowaną opinię przeciwko trzymaniu poza składem jednego ze środkowych napastników. Jak w wieku 21 lat trenował reprezentację Wysp Dziewiczych. Jak w Chelsea doprowadził Departament Obserwacji Przeciwnika do doskonałości (to jemu przypisuje się ów słynny raport o Newcastle, podobnie jak przedmeczowe efektowne prezentacje na power poincie). Jak skazywaną na spadek z ligi Academicę wyprowadził na 11 miejsce w tabeli. Jak w Porto odbudowywał drużynę po odejściu Raula Meirelesa i Bruno Alvesa (co ważne w kontekście Chelsea: znacznie przy tym odmłodził kadrę!). Jak – to również istotne, kiedy mówimy o zespole ze Stamford Bridge – w Porto z powodzeniem stosował ustawienie, które Londyńczykom zaaplikował Jose Mourinho, z przypominającymi nieco Drogbę i Anelkę Falcao i Hulka.
W prasie codziennej znadziecie też kolumny liczb: 13 milionów funtów przeznaczonych na wykupienie Villas-Boasa z Porto, zsumowane z kwotami przeznaczonymi na zatrudnianie i wypłacanie odszkodowań za zwolnienie jego poprzedników złoży się na 70 milionów (w prasie znajdziecie też oczywiście spekulacje na temat piłkarzy, których nowy menedżer sprowadzi do klubu; pierwsze nazwiska, jakie padają, to Moutinho i Falcao, wyceniani na, bagatela, kolejne 50-70 milionów). Czy rzucając na stół takie pieniądze Roman Abramowicz nareszcie wykaże się cierpliwością i nie wyrzuci menedżera z pracy po roku, jeśli ten ośmieli się nie zapewnić mu triumfu w Lidze Mistrzów, a przynajmniej zwycięstwa w Premier League? Wiemy, że Luís André Pina Cabral Villas-Boas umie radzić sobie z presją (miał się od kogo uczyć…) i że umie odwrócić losy meczu (statystyki pokazują, że jego zespoły lepiej grają po przerwie niż przed). Możemy założyć, że znajdzie wspólny język z Terrym i liderami szatni, i że nie będzie się przejmował narzucającymi się porównaniami z Wyjątkowym. Jednak wiele wskazuje na to, że w Chelsea, która w najbliższych miesiącach znacząco przebuduje skład, potrzebować będzie czasu na zaprowadzenie swoich porządków. Pytanie, czy dostanie go więcej niż rok, jest właściwie jedynym pytaniem, jakie dziś sobie zadaję.
Skomentuj ~Roger_Kint Anuluj pisanie odpowiedzi