Tak, wiem. Przeczytacie jutro, albo już przeczytaliście, teksty obwieszczające nadejście kryzysu w Tottenhamie – zmiażdżonym, ogranym, momentami ośmieszonym przez Borussię, a wcześniej przegrywającym z West Hamem i „tylko remisującym” z Arsenalem. Przeczytacie lub już przeczytaliście krytyki Mauricio Pochettino – za to, że w meczu z rywalem tej rangi wystawił praktycznie rezerwowy skład, przynajmniej, by tak rzec, od pasa w górę, bo do zestawienia defensywy zastrzeżeń mieć nie było można. Tom Carroll i Ryan Mason, z których żaden nie jest i nigdy nie był defensywnym pomocnikiem (Mason to „ósemka”, Carroll najlepiej czuje się jako „dziesiątka”) ustawieni naprzeciwko graczy tak ruchliwych, tak kreatywnych i tak się rozumiejących jak Reus czy Mchitarjan, to zapowiadało katastrofę. Tylko – i to jest jedno z dwóch najważniejszych na dziś pytań – czy gdyby to byli Dier, Dele Alli czy Dembele – mecz mógłby się zakończyć inaczej? Czy gdyby Pochettino nie „wywiesił białej flagi” (już natrafiłem na tę frazę, a przecież tylko pobieżnie rzucałem okiem na Twittera) samym wyborem składu, nieunikniona porażka nie okazałaby się boleśniejsza?
Tak, wiem. Jaraliśmy się wszyscy starciem dwóch najciekawszych może młodych trenerów kontynentu, jaraliśmy się starciem podobnych stylów gry, przyjemnie nam było słuchać wczorajszej wymiany komplementów między nimi (Tuchel mówił, że Tottenham gra „po niemiecku”, chwalił szybki odbiór piłki, zaangażowanie graczy ofensywnych w obronę i to, że rywalom nie zostawia się tu w zasadzie wolnej przestrzeni), ja jednak cały czas nie miałem złudzeń. W zasadzie od momentu losowania, gdy okazało się, że Tottenham wpada na Borussię na tak wczesnym etapie rozgrywek Ligi Europejskiej – a przy tym na tak newralgicznym etapie rozgrywek ligowych – twierdziłem, że jest to dwumecz do jak najszybszego przegrania, byle jak najmniejszym kosztem. W tym sensie decyzja o wyborze składu zasługiwałaby nawet na pochwałę – niech się młodziaki przecierają, niech się wykażą dublerzy, a my przy okazji spróbujemy zataić przed światem fakt, jakaż to różnica tak naprawdę dzieli drugi (chwilowo) zespół Premier League od drugiego (raczej permanentnie) zespołu Bundesligi. Zasługiwałaby, gdyby nie to drugie najważniejsze pytanie wieczoru: czy uczestnictwo w takim łomocie, świadomość, że odstawało się aż tak bardzo od przeciwnika, nie będzie miał destrukcyjnego wpływu na drużynę w drodze po to, w czym konieczność czwartkowych wypraw po Europie od jakiegoś czasu przeszkadzała: w drodze po awans do przyszłorocznych rozgrywek Ligi Mistrzów? Czy w niedzielę na mecz z Aston Villą wyjdą niepewni siebie i zdołowani, czy przeciwnie: wkurzeni i z chęcią udowodnienia czegoś sobie i światu? Tak naprawdę wtedy (a w konsekwencji: po sezonie, patrząc na miejsce w tabeli) będziemy mogli powiedzieć sobie, czy warto było.
Dodajmy na marginesie: decyzja o takim a nie innym doborze kadry na ten mecz nie musiała być wcale demonstracją intencji; być może inaczej Mauricio Pochettino postąpić po prostu nie mógł, biorąc pod uwagę zdrowie piłkarzy i ryzyko, że nadmiernie obciążeni mogą po takim meczu wypaść z kontuzją na całą resztę sezonu. Bodaj po derbach z Arsenalem Argentyńczyk mówił, że w tej chwili największym wyzwaniem dla sztabu medyczno-szkoleniowego Tottenhamu jest takie ułożenie treningów, by każdy piłkarz miał je dostosowane do aktualnych możliwości – poziomu zmęczenia, ryzyka kontuzji itd. Jak to zrobić, by dwudziestu paru facetów trenowało razem, choć faktycznie każdy trenuje oddzielnie? Jak ułożyć kalendarz ich występów w jedenastu meczach, które trzeba rozegrać w ciągu trzydziestu kilku dni? Jeśli tylu z nich grało z Arsenalem, to wystawienie ich ponownie we czwartek, a potem znowu w niedzielę, oznaczałoby prostą drogę do ponownego stanięcia w szranki z Arsenalem – tym razem w rywalizacji na liczbę kontuzjowanych piłkarzy.
Tak, oczywiście. Najlepiej mi idzie racjonalizowanie porażek. Powiem więc i to: patrzyłem na ten mecz z przykrością, i niewielka pociecha, że w ciągu całego sezonu Tottenham nie przegrał dotąd więcej niż jednym golem ani razu, można więc od biedy uznać lanie w Dortmundzie za wypadek przy pracy (niewielka pociecha również, że tak trudnego rywala w tym sezonie drużyna Pochettino mieć już nie będzie). Patrzyłem z przykrością na bycie pokonywanym własną bronią: pierwszy gol był efektem pressingu; Tottenham nie był w stanie wyprowadzić piłki sprzed własnego pola karnego po rzucie rożnym. Gol drugi to świetnie rozegrany stały fragment (najwięcej goli drużyna z Londynu zdobywa właśnie dzięki stałym fragmentom i strzałom z dystansu). Trzeci, najpiękniejszy, to z kolei przykład gry wertykalnej: sygnał do przyspieszenia akcji (jak wyglądała – zobaczcie obrazek) dało prostopadłe podanie znakomitego Weigla, a ruch Reusa otworzył wolną przestrzeń dla Castro; owszem: Tottenham próbuje tak grać.
Wielokrotnie w ciągu tego sezonu odnosiłem wrażenie, że trenerzy rywali widzą słabe punkty systemu Pochettino. Borussia nie była przecież pierwsza, która próbowała grać długie piłki za plecy bocznych obrońców – nie dalej, jak osiem dni temu podobne rzeczy robił West Ham Slavena Bilicia. Borussia nie była też pierwsza, która próbowała przeszkodzić Tottenhamowi w rozegraniu akcji skrzydłami, przy użyciu bocznych obrońców. Żaden z rywali nie robił tego jednak tak skutecznie. Żaden nie dominował aż tak absolutnie. Faworyta Ligi Europejskiej właśnie poznaliśmy. Podczas dortmundzkiego koncertu.
Kiedy w 37. sekundzie Christian Eriksen zdołał się przedrzeć pod bramkę Weidenfellera i strzelić tuż zza pola karnego, miałem więc poczucie, że następna taka okazja nie przydarzy się prędko. I faktycznie: później okazje mieli wyłącznie gospodarze, a fakt, że wyszli na prowadzenie dopiero po pół godzinie gry, był efektem tyleż heroicznych interwencji defensywy Tottenhamu, co kiepskich celowników przedzierających się pod bramkę Llorisa piłkarzy z Dortmundu. Durm, Castro, Aubameyang, Mchitarjan, Reus – wszyscy oni mieli okazje lub stwarzali okazje, ale największe wrażenie (zgodnie z zapowiedziami Michała Zachodnego) robiło to, co za plecami ich wszystkich robił kontrolujący grę młody Julian Weigl. Że niby to Dele Alli jest najgorętszym młodym nazwiskiem w Europie? Doprawdy, trzeba być Anglikiem, żeby opowiadać takie dyrdymały.
Co do następnej okazji przedarcia się pod bramkę Weidenfellera: pomijając najbliższy czwartek, idzie przecież o to, by przydarzyła się znowu za rok. W Lidze Mistrzów.
Skomentuj hazz2 Anuluj pisanie odpowiedzi