Nie mam słów. Serio. Wyczerpały mi się narracje. To, co przed chwilą obejrzałem, nie pasuje do mojego dotychczasowego doświadczenia z tą drużyną. To znaczy pewne elementy niby pasują, ale nie do końca. Weźmy na przykład bramkę straconą w drugiej minucie, a poprzedzoną całym katalogiem błędów, wśród których jest i niecelne podanie na własnej połowie, i faul w strefie, w której kapitalnie wykonującemu stałe fragmenty gry Juventusowi nie można było prezentować rzutów wolnych, i gapiostwo w kryciu kluczowego zawodnika ofensywy rywala, i jeszcze pech, bo przecież Higuain w momencie podania był na minimalnym spalonym. Albo weźmy bezsensowny faul Bena Daviesa, po którym w dziewiątej minucie pada drugi gol dla gospodarzy. Albo weźmy inny bezsensowny faul, Auriera tym razem, w ostatniej minucie pierwszej połowy, i drugiego karnego dla mistrza Włoch. Wszystko to bierze się przecież wprost z katalogu przeżyć, które kazały mi tytułować tego bloga „Futbol jest okrutny” i konstruować niezliczone w jego dziejach wpisy na temat drużyny wywracającej się na prostej drodze. Cały Tottenham, cały on, tak ciężko pracował, żeby znaleźć się w tym miejscu, po to tylko, żeby samemu, przez nikogo nie poganiany, to miejsce opuścić – a raczej zlecieć z niego z wielkim hukiem. Przecież wierzyć w comeback z Juventusem, uosobieniem solidności, zwłaszcza w defensywie, drużyną nietracącą bramek, drużyną doświadczoną, od lat grającą w Lidze Mistrzów, z czego w ciągu ostatnich trzech sezonów aż dwa razy w finale, wydawało się szaleństwem – zwłaszcza po tym, jak wyglądały pierwsze minuty, w których goście zaczęli jednak dochodzić do głosu. Niepodyktowany karny po wejściu Benatii w Kane’a. Kapitalna interwencja Buffona po główce napastnika Tottenhamu, o której myślałem wtedy, że będzie ostatnią taką okazją w meczu – nic, tylko spuścić głowę i czekać na kolejny cios.
No owszem: wiem niby, że Tottenham Pochettino różni się od tylu znanych mi Tottenhamów. Że nie poddaje się łatwo, że próbuje odrabiać straty, że wierzy w siebie i w swoje możliwości. Ale w Lidze Mistrzów? Z takim rywalem? Po takim początku? Po tym jak jeszcze wcześniej, podczas losowania stron przed pierwszym gwizdkiem sędziego, Buffon niby z sympatią, ale przecież dość bezceremonialnie poklepywał Llorisa, pokazując mu, gdzie jest jego miejsce i kto naprawdę rządzi na tym stadionie? Po tym, jak w dziesiątkach meczów obserwowaliśmy, jak z przewagi w posiadaniu piłki nic nie wynikało, a podopieczni Mauricio Pochettino jałowo podawali ją wokół pola karnego rywala?
Nie mam słów, znacz
y. Ale mam bohaterów. Dembelego przede wszystkim, którego kariera w pierwszych miesiącach tego sezonu wydawała się już zmierzać ku końcowi (opowiadano nawet, że odejdzie zimą, potencjalnych nabywców Belga szukając zresztą we Włoszech) i o którym Mauricio Pochettino mówił, że na jego zdrowie po serii kontuzji trzeba chuchać i dmuchać, a który zagrał właśnie czwarte spotkanie w ciągu kilkunastu dni, w każdym z tych spotkań będąc jeśli nie najlepszym, to jednym z kilku najlepszych na boisku (Pogba, widziałeś?). Sposób, w jaki zabiegał dziś trzech środkowych pomocników Juventusu, jak rozbijał ich ataki i jak kontrolował ataki swojej drużyny, jak dyktował tempo, zasługuje na pióro lepsze od mojego, pozwolę więc sobie jedynie na podanie garści statystyk. 116 kontaktów z piłką, 99 podań (95 % celnych), w tym dwa kluczowe, 7 udanych dryblingów (86 %), 4 wślizgi (100 proc.) i przechwyt. „Łatwo grać w tej drużynie. Wszyscy świetnie przygotowani fizycznie, ten sam trener, ta sama filozofia” – mówił po zwycięstwie nad Arsenalem, i nie było to jego ostatnie słowo.
A cóż powiedzieć o Lameli, wracającym do gry po kilkunastomiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją biodra? Nie dość, że wrócił, nie dość, że odzyskał formę, to dostał szansę gry w takim meczu, kiedy wszyscy spodziewali się Sona, i nie zawiódł – walcząc na całym boisku (5 wślizgów, 1 przechwyt, 6 odzyskanych), a do tego udanie dryblując, kapitalnie zagrywając z pierwszej piłki, będąc mniej od Koreańczyka przewidywalnym i mając 87,5 proc. celnych podań. A o Eriksenie, którego podanie do Kane’a w pierwszej połowie zasługiwało na asystę, a który strzelił drugiego gola? O Allim, asystującym przy pierwszej bramce? Nie chcę Was zamulać statystykami, ale obok każdego z tych nazwisk udane dryblingi wyskakują na równi ze wślizgami i przechwytami, strzałami, wykreowanymi sytuacjami.
Wszyscy wiemy, jaki jest Juventus. Solidny w defensywie, niemal nietracący goli i bezlitośnie wykorzystujący swoje sytuacje w ataku. Kiedy ostatni raz ta drużyna znalazła się pod podobną presją? Kiedy musiała grać cofnięta aż tak głęboko, patrząc jak linię środkową przekracza nawet para stoperów gości? Kiedy ostatni raz roztrwoniła dwubramkową przewagę na własnym stadionie? Kiedy ostatni raz wszystko, co dobre spotkało tę drużynę w jakimś meczu, było wyłącznie skutkiem prezentów od przeciwnika?
Zostawiam Was z tymi pytaniami. Owszem, zdaję sobie sprawę, że tym razem nie była to maszyna i że zwłaszcza Serge Aurier zagrał fatalnie (ale na szczęście dostał żółtą kartkę i w rewanżu nie zagra). No i dobrze: maszyny nie mają charakteru, a Tottenham ma. Takich doświadczeń się nie zapomina. Jest się do czego odwołać w przerwie meczu, podczas którego nie idzie. Jest na czym oprzeć nową opowieść. Jeśli zsumować wszystkie aspekty – relatywnie niewielki budżet, filozofię trenera i osobowość środkowego napastnika, który sam już mówi o tym, jaką inspiracją jest dla niego człowiek jednego klubu Francesco Totti; postępy dokonane w ostatnich latach, styl gry, młodość, odwagę, głód sukcesu – trudno dziś w Europie znaleźć fajniejszą drużynę do kibicowania.
Dodaj komentarz