No dobra, miejmy to szybko z głowy i zajmijmy się poważniejszymi sprawami. Heurelho Gomes nie powinien wkraczać w rolę sędziego, nawet jeśli był słusznie przekonany, że jego drużynie należy się rzut wolny. Sekundę wcześniej w polu karnym Tottenhamu szarżował Nani, niemal do ostatniej chwili pociągany za koszulkę przez Kaboula i w związku z tym usiłujący wymusić jedenastkę. Pół sekundy wcześniej Portugalczyk przytrzymywał sobie piłkę ręką, by wzmocnić swoje argumenty. Sędzia karnego nie podyktował, Gomes przejął więc futbolówkę od Naniego, przesunął ją o kilka metrów do przodu, by wykonać rzut wolny, chwilę się ociągał, a co było potem, zobaczcie sami.
Błąd sędziego niewątpliwy i niekwestionowany: skoro nie ma karnego, jest ręka Naniego i rzut wolny dla Tottenhamu. Ale błąd Gomesa równie niewątpliwy i niekwestionowany: skoro nie ma gwizdka, lepiej zachowywać się tak, jakby go nie było i nie decydować samemu, co powinno być grane. Prosta piłka.
Uwagi ogólne można przy tej okazji wygłosić dwie: Tottenham wyjątkowo nie ma szczęścia do decyzji sędziowskich na Old Trafford, ze szczególnym uwzględnieniem decyzji Marka Clattenburga. Przed pięcioma laty ten właśnie arbiter nie zauważył, że piłka po strzale Mendesa przekroczyła linię bramkową o dobry metr, zanim Roy Carroll zdołał ostatecznie wypchnąć ją w pole. Przed dwoma laty Howard Webb podyktował karnego dla MU, mimo iż Heurelho Gomes czysto wybił piłkę spod nóg Carricka – Tottenham prowadził wówczas 0:2, decyzja sędziego pozwoliła Czerwonym Diabłom wrócić do gry.
Uwaga druga: istnieje jednak pewien rodzaj równowagi w futbolowym ekosystemie. Skoro przed dwoma tygodniami sędzia nie powinien był uznać bramki Huddlestone’a w meczu z Fulham, to teraz mógł uznać gola Naniego. Tam zyskaliśmy, tu tracimy, w bilansie wychodzimy na zero.
Otwarte pozostaje oczywiście pytanie, czy gdyby nie drugi gol dla MU Tottenham zdołałby przywieźć do Londynu wynik remisowy? Szczerze mówiąc, niewiele na to wskazywało. Wiem, rzecz jasna, że MU niejeden już raz w tym sezonie remisował wygrane mecze, ale po ubiegłotygodniowym zwycięstwie nad Stoke wydawało się, że ta maszynka zaczęła wreszcie zaskakiwać. Tottenham miał w tym meczu swoje szanse, przede wszystkim podczas wyjątkowo otwartej i – zwłaszcza jak na standardy tego stadionu – wyrównanej pierwszej połowy, kiedy to van der Vaart uderzył w słupek, a van der Sar z dużym trudem poradził sobie ze strzałem Modricia. W drugiej połowie jednak, nade wszystko po wzmocnieniu drugiej linii MU wejściem Scholesa, pomysły się wyczerpały, zszedł kontuzjowany van der Vaart i pozostało granie na aferę, czyli na główkę wprowadzonego w miejsce Holendra Croucha. Nie podejrzewam, by Vidić z Ferdinandem mieli w końcówce przeżywać ciężkie chwile, a skoro jestem przy obrońcach MU nie mogę nie zauważyć, że młody Rafael radził sobie z Garethem Balem nieporównanie lepiej niż niejaki Maicon…
Decyzja Harry’ego Redknappa o postawieniu w ataku na Robbiego Keane’a spodobała mi się niezwykle, bo jestem sentymentalnym starym durniem. To nie tylko to, że lubię Irlandczyka, ale i to, że lubię, jak moja drużyna gra piłkę po ziemi, a nie ogranicza się wyłącznie do dośrodkowań na głowę wysokiego napastnika. Jestem jednak świadom, że była to decyzja ryzykowna potrójnie: abstrahując od formy, w jakiej obecnie znajduje się Keane, i od tego, że nieliczne rajdy skrzydłami Lennona i Bale’a nie mogły się kończyć zagraniem wysokiej piłki, obecność Pawluczenki lub Croucha jest przecież konieczna również we własnym polu karnym przy stałych fragmentach gry. Efekt? Nie było komu pilnować Vidicia, kiedy strzelał pierwszą bramkę dla United…
PS Ten dzień tak mi się ułożył, że zdołałem obejrzeć jedynie spotkanie na Old Trafford. Wrzucam więc tych kilka akapitów i idę oglądać retransmisje.
Skomentuj ~Stefan Anuluj pisanie odpowiedzi