Temat, który – jak wiecie – zaprząta mnie od jakiegoś czasu: czy ta drużyna Arsenalu jest materiałem na mistrza kraju. Sądząc po dzisiejszym wyniku, oczywiście tak. Sądząc po dzisiejszym występie, hmmm…
To był świetny mecz. Toczony w obłędnym tempie, z którego wynikały także spóźnione wślizgi (choć sędzia Clattenburg w pierwszej połowie pokazał mnóstwo kartek, o polowaniu na kości nie było raczej mowy – ot, za każdym razem uciekający z piłką zawodnik był o ułamek sekundy szybszy od goniącego). Mimo błyskawicznego – ale zasłużonego – wyrzucenia Boyaty z boiska, przez co Manchester City niemal całe spotkanie musiał grać w dziesiątkę, mecz otwarty i wyrównany. Zdecydowanie nie przypominało to starcia Interu z Tottenhamem: we środę czerwona kartka Gomesa właściwie zamknęła sprawę mówienia o tym meczu w kategoriach czysto piłkarskich. Dziś można się było zastanawiać, co by było, gdyby piłkarze Manciniego zdążyli wcześniej strzelić samemu. Po jednym z rajdów Richardsa Silva mógł przecież zdobyć bramkę – być może kluczowa dla tego meczu była więc druga, a nie piąta minuta, czyli moment, w którym Łukasz Fabiański po raz pierwszy tego popołudnia mógł się wykazać koncentracją i refleksem?
Po czerwonej kartce sytuacja musiała się oczywiście zmienić. Problemem gospodarzy było załatanie dziury po wyrzuconym z boiska środkowym obrońcy; jak zauważa nieoceniony Michael Cox, w ciągu następnych 30 minut Mancini kilkakrotnie zmieniał ustawienie defensywy, a to umieszczając jako partnera Kompany’ego Yaya Toure, a to Richardsa (który przez moment grał także… na środku ataku), a to przesuwając na lewą obronę Barry’ego w miejsce Boatenga, a to wpuszczając w drugiej połowie Bridge’a… Spore zamieszanie, nieprawdaż? Inna sprawa, że od lat cała Anglia ogląda akcje Arsenalu przebiegające według schematu, który przyniósł Kanonierom pierwszą bramkę (wymiana piłki po obwodzie, wejście z drugiej linii w pole karne, zagranie z klepki do będącego już w szesnastce kolegi, wykończenie akcji przez wchodzącego…), a nie znaczy to, że ktokolwiek nauczył się ów schemat neutralizować. Ktokolwiek – nie defensywa prowizorycznie klecona w warunkach frontowych…
Za każdym razem, kiedy oglądam w tym sezonie Arsenal, myślę o możliwościach, jakie daje im sprowadzony przed sezonem Marouane Chamakh. Marokańczyk, jak wszyscy pozostali w tej drużynie, uwielbia grę kombinacyjną, ale jego wzrost pozwala także na częstsze dośrodkowania w pole karne, a co za tym idzie – śmielszą grę skrzydłami. Gdybyż jeszcze Gael Clichy nieco lepiej centrował (choć przy Waynie Bridge’u jego statystyki i tak nie są złe: lewy obrońca MC dośrodkowywał w pole karne rywala 49 razy, za każdym razem niecelnie…). Słabsza w ostatnich tygodniach forma Arszawina przestaje być problemem, skoro wraca Walcott, obrona bez Vermaelena jakoś sobie radzi, fenomenalnie rozwija się Wilshere, a co polskiego czytelnika musi cieszyć szczególnie – wydaje się, że Łukasz Fabiański wreszcie odzyskał pewność siebie. Dziś wprawdzie raz niefortunnie wyszedł do górnej piłki, dając się wyprzedzić Adebayorowi, ale ten uderzył niecelnie – poza tym zaś bramkarz Arsenalu radził sobie bardzo dobrze. Zdaję sobie sprawę, że w tym moim pisaniu nadużywam przykładów związanych z Tottenhamem, ale ten wydaje się na miejscu: przed dwoma laty cała Anglia naśmiewała się z Heurelho Gomesa, dziś wszyscy traktują go serio. Pozbycie się towarzyszących własnemu nazwisku stygmatyzujących przymiotników jest absolutnie możliwe.
Jak słyszę bardzo dobry mecz przeciwko Blackburn rozegrał Liverpool, a i Torres pojawił się na liście strzelców, czas więc na marsz w górę tabeli. Jak wysoko? Na mocne opinie w tej sprawie jest zdecydowanie za wcześnie, zwłaszcza że nowy właściciel drużyny z Anfield Road wyłoży pewnie w styczniu jakieś pieniądze na wzmocnienia, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że obecna pierwsza czwórka – choć niekoniecznie w tej kolejności – może być pierwszą czwórką na koniec sezonu. Mocniejsze od liverpoolskich nadziei na przełamanie są chyba zresztą nadzieje manchesterskie – te z okolic Old Trafford. Czerwone Diabły przecież również wyszły z jakiegoś psychologicznego impasu, kolejny raz pozwalając wprawdzie rywalowi odrobić straty na kilka minut przed końcem meczu, ale w ostatniej chwili ponownie wychodząc na prowadzenie. Czy wyglądałoby to tak różowo, gdyby Gary Neville dostał drugą żółtą kartkę za faul na Etheringtonie? Pytanie, na które żaden kibic MU nie będzie odpowiadał, skoro ma „Chicharito” Hernandeza, porównywanego już z Solskjaerem czy młodym Michaelem Owenem…
Dodaj komentarz