No nie można się nudzić z Tottenhamem, po prostu. Okropni w defensywie i fantastyczni w ataku. Z najlepszym na boisku piłkarzem, który nie dość, że nie wykorzystuje karnego, to wylatuje po godzinie gry za drugą żółtą kartkę, bo zwyczajnie nie potrafi powściągnąć emocji (pomyśleć, że ze wszystkich występujących dziś na White Hart Lane akurat on ma największe doświadczenie gry w Lidze Mistrzów…), a w międzyczasie zdobywa gola. Z mocno ryzykowną taktyką, kompletnie ignorującą ustawienie i mocne punkty rywala. Chętnie idący na wymianę ciosów (nawet, kiedy gra już w dziesiątkę!), z łatwością się otwierający, choć momentami imponujący w pressingu. Jak tu mu nie kibicować?
Oczywiście kluczem do zwycięstwa była mocno kontrowersyjna decyzja sędziego, zresztą nie pierwsza w tym meczu. Już pierwszy karny, podyktowany po kojarzącej się raczej z wrestlingiem walce wręcz Croucha z Wisgerhofem, należał do tej kategorii, której na Wyspach raczej się nie gwiżdże. Niejeden sędzia nakazałby zresztą jego powtórzenie po tym, jak Michajłow w momencie strzału znalazł się dobry metr przed linią. Doprawdy nie wiem, po co stojący za bramką dodatkowy sędzia, skoro nie potrafi takich rzeczy wyłapać. Co do drugiego karnego raczej nie można mieć wątpliwości, choć kontakt między Bale’m a Moralesem był minimalny, a Walijczyk wywrócił się nader chętnie. Karny trzeci natomiast… cóż, sędzia zdecydował się gwizdnąć po dobrej sekundzie, za rękę, która jeżeli w ogóle była, to wyglądała raczej na nastrzeloną (obrońca próbował się odwrócić i osłonić przed strzałem Pawluczenki) – w tym przypadku ewidentnie podpowiedział mu któryś z asystentów. Brawo dla Rosjanina za dwa strzelone karne (każdy inaczej!), ale też za mnóstwo biegania, za znajdowanie na boisku miejsc, w których umiał przyjąć piłkę, zastawić się, wyciągnąć za sobą obrońcę…
Zanim grający w dziesiątkę Tottenham wyszedł na 3:1 i opanował sytuację (oczywista zmiana Croucha na Jenasa pozwoliła dłużej rozgrywać piłkę w środku pola), Twente wielokrotnie pokazało, że jest do tego meczu dobrze przygotowane. Przeciwko bardzo ofensywnemu 4-4-2 (Tottenham zaczął i skończył mecz bez defensywnego pomocnika!), Holendrzy wyszli 4-2-3-1 i już w pierwszym kwadransie kilkakrotnie przedarli się pod bramkę Heurelho Gomesa. W 12. minucie Ruiz powinien strzelić gola – po przejęciu w środku pola i wykorzystaniu luki między pomocą a obroną Tottenhamu wyszedł sam na sam z bramkarzem, który, już siedząc, zatrzymał piłkę ścinką, która pasowałaby raczej do siatkówki. Goście wiedzieli także, jak sprawić gospodarzom kłopoty przy rzutach wolnych i rogach, do granic możliwości zagęszczając pole bramkowe i uniemożliwiając Gomesowi wyjście do dośrodkowań – kontaktowy gol padł właśnie po stałym fragmencie. Właściwie to niewiarygodne, że ten mecz skończył się wynikiem 4:1, zważywszy na to, jak wiele sytuacji Twente potrafiło sobie wyrobić (ale też i na to, że np. słabszy tego dnia Luka Modrić nie wykorzystał sytuacji sam na sam, dając się dogonić Douglasowi).
Dwóm piłkarzom należy się osobny akapit: van der Vaartowi i Bale’owi. Ten pierwszy od pierwszej minuty przenosił grę Tottenhamu na inny poziom. Teoretycznie ustawiony na prawym skrzydle, faktycznie miał od Harry’ego Redknappa wolną rękę i po prostu biegał tam, gdzie akurat toczyła się akcja – często wręcz schodził na lewą stronę, co zmuszało Bale’a do przenosin na prawą, ale też umożliwiało rajdy pewniejszemu z meczu na mecz Alanowi Huttonowi. Holender stale pokazywał się do rozegrania, szukał również okazji do strzału – i za każdym razem strzelał w światło bramki. Jedyna wątpliwość wiąże się z tymi dwoma kartkami, ewidentnie wynikającymi z frustracji po niewykorzystanym karnym i po tym, jak musiał wysłuchać stosownej porcji obelg od holenderskich kibiców. Mimo wszystko oczekiwalibyśmy więcej zimnej krwi. Cholernie będzie go brakowało podczas wyjazdowego meczu z Interem.
Co do Bale’a to jestem pełen obaw, czy wiosną będziemy go jeszcze oglądać na White Hart Lane: w dzisiejszej formie powinien grać w którymś z absolutnie najlepszych klubów kontynentu, powiedzmy w Realu Madryt, bo na tej pozycji nie widać lepszych piłkarzy chyba w żadnej drużynie świata (a już na pewno nie widać takich dobrych rówieśników). Ileż to razy przedzierał się lewą stroną, z łatwością zostawiając za sobą dwójkę pilnujących go rywali, ileż to razy groźnie dośrodkowywał, ileż to razy po kilkudziesięciometrowym biegu bez wysiłku cofał się na własną połowę. A jeszcze ten gol…
No nie można się nudzić z Tottenhamem. W straszliwym deszczu, w dziesiątkę, wciąż na połowie rywala, gdzie zapędzali się nawet środkowi obrońcy, wciąż szukający kolejnej bramki. Ech, gdyby jeszcze zawodnikom udawało się opanowywać euforię po Lidze Mistrzów i nie tracić punktów w lidze. I gdyby jeszcze rada dzielnicy zaakceptowała plan rozbudowy White Hart Lane… Bo niezależnie od tego, jak ważny rozdział historii klubu udało się zapisać dzisiaj – pierwszy na tym stadionie mecz w najważniejszych rozgrywkach europejskich od czasu legendarnego boju z Benficą sprzed 49 lat – bodaj jeszcze ważniejszy rozdział będzie zapisywany jutro. Rada dzielnicy raz już projekt odrzuciła, tym razem – po poprawkach, uwzględniających uwagi konserwatora zabytków – ponoć ma on większe szanse na przyjęcie. Opublikowane w tych dniach rewelacyjne wyniki finansowe Arsenalu pokazują, że w drodze do wielkości stadion jest brakującym ogniwem. A może, kto wie, piłkarze Harry’ego Redknappa dali dziś radnym dodatkowy argument za powiedzeniem „tak”?
PS Kto widział Manchester United, niech opowie. Zdaje się, że nie było to przyjemne oglądanie… W każdym razie nie takie jak kogucio-kanonierskie. Wczoraj Jack Wilshere znów zapierał dech w piersiach.
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi