Ech, wygłosiłby człowiek jakąś głęboko kontrowersyjną opinię, na przykład wziąłby pod lupę wczorajszy występ Manchesteru United i na tej podstawie obwieścił koniec epoki Alexa Fergusona. Albo upierałby się, że Arsenal jest materiałem na mistrza Anglii, bo przecież gdyby w pierwszej minucie Chamakh albo Kościelny trafili do siatki, dzisiejsze derby Londynu z pewnością potoczyłyby się inaczej. Albo zacząłby spekulować na temat zagrożenia spadkiem z angielskiej ekstraklasy Liverpoolu. Przed nami przerwa na reprezentację, chciałoby się na zakończenie pierwszych dwóch miesięcy spotkań z Premier League huknąć coś naprawdę mocnego, jak nie przymierzając Alex na bramkę Fabiańskiego…
Tymczasem na razie poza wyczynami Blackpool wszystko wydaje mi się oczywiste jak uwagi Alana Shearera w ostatnich wydaniach Match of the Day (flagowy program BBC otrzymuje od czasu mundialu w RPA same fatalne recenzje). Solidność, a kiedy trzeba – błyskotliwość Chelsea. Jej świetna organizacja gry, której fundamentem są ciężko pracujący środkowi pomocnicy Mikel, Essien i Ramires, umożliwiający ofensywnemu trójkątowi Malouda-Drogba-Anelka niewracanie na własną połowę i czyhanie na kolejny zabójczy kontratak. Czy ktoś tęskni za Lampardem? Essiena wychwalałem tu wiele razy, więc nie ma sensu się powtarzać. Ramires zebrał za poprzednią kolejkę słuszne cięgi, ale dziś był zdecydowanie lepszy (po jego wizjonerskim podaniu będący – jak to zwykle w meczach z Arsenalem – nie do upilnowania Ashley Cole zaliczył asystę), a o świetnym występie niedocenianego zwykle Mikela mówią statystyki: siedem przejęć piłki, pięć udanych wślizgów i ani jednego faulu… Arsenal jak zwykle grał pięknie (miło było patrzeć zwłaszcza na godnie zastępującego Fabregasa Wilshere’a; szkoda, że młodemu Anglikowi zabrakło sił w końcówce…), ale jak zwykle to „pięknie” nie wystarczyło – między innymi ze względu na ten trzyosobowy mur ustawiony przed linią obrony, ale przede wszystkim ze względu na to, że kiedy oni grali, ich rywale strzelali gole. Chociaż tyle, że tym razem nie można naśmiewać się z bramkarza: przy bramkach Fabiański nie miał nic do powiedzenia, gdyby wpuścił jeszcze kilka, zwłaszcza w ciągu ostatnich paru minut, nikt nie miałby do niego pretensji, a wcześniej imponował pewnymi chwytami przy wychodzeniu do dośrodkowań.
Mimo wszystko (piąta z rzędu porażka, trzynasty gol Drogby w jedenastym meczu przeciwko Kanonierom) nie nazwałbym tego powtórką z rozrywki, zwłaszcza że pamiętam bolesne lekcje, udzielane chłopcom Wengera przez mężczyzn Ancelottiego w roku ubiegłym. Było lepiej. Trzeba jeszcze poprawić celność dośrodkowań (Clichy po lewej stronie Arsenalu wydawał się równie niebezpieczny jak Cole po lewej stronie Chelsea – cóż z tego, skoro bodaj ani razu nie potrafił podać na głowę Chamakha) i celność strzałów (kiedy wreszcie w 80. minucie zamiast Clichy’ego dośrodkował Rosicky, Chamakh uderzył koło prawego słupka), i powinno być już zupełnie dobrze. Bagatela…
Chelsea wydaje się nie do zatrzymania, a przynajmniej w tym momencie wszyscy uczestnicy grupy pościgowej wydają się mieć większe problemy niż ona. Wicelider, Manchester City, uporał się z dobrze grającym Newcastle dzięki przerażającej kontuzji Hatema ben Arfy (kiedy to piszę wszyscy są przekonani, że de Jong złamał mu nogę) i późniejszemu urazowi Collociniego, a także dzięki karnemu z kapelusza (niewykluczone, że w końcówce to gościom należała się jedenastka po wejściu Lescotta w Ameobiego). Manchester United był od Sunderlandu zdecydowanie słabszy – zwłaszcza druga linia z Andersonem i atak ze słabiutkim Owenem. Jeśli kłopoty Rooneya z tabloidami i kontuzjami nie skończą się szybko, to…
Tottenhamu nie traktuję jako członka grupy pościgowej. Na przekór wynikom z tego tygodnia myślę, że aktywność w Lidze Mistrzów (widać, że to w pierwszym rzędzie ona rozpala wyobraźnię piłkarzy…) wpłynie na jego formę w lidze. Owszem, na razie transferem lata wydaje się Rafael van der Vaart, ale jego wkomponowanie w zespół oznacza dla Harry’ego Redknappa poważne dylematy: albo wyklucza grę dwójką napastników, co zwłaszcza po powrocie do zdrowia Defoe’a może rodzić niemałe konflikty, albo przeraźliwie odsłania tyły, bo linia pomocy Bale, Huddlestone, Modrić, van der Vaart nie dość, że pozbawia miejsca na prawym skrzydle Lennona, to jeszcze poza skądinąd niezbyt szybkim Huddlestonem nie zawiera piłkarzy myślących o wspieraniu defensywy. Wiem, grzech narzekać w sytuacji, gdy sprowadzony za marnych 8 milionów facet w trzech ostatnich meczach na tym stadionie strzelił cztery gole, ale po pierwszej połowie spotkania z AV widać było, że problem istnieje. Chwała Redknappowi, że zdecydował się zdjąć z boiska dobrze przecież grającego Pawluczenkę, wprowadzić Lennona i przywrócić grze Tottenhamu niezbędną równowagę.
Liverpool to temat osobny. Zadłużony, bez wiary w siebie i najwyraźniej bez wiary w nowego menedżera, z niemogącym się odnaleźć Torresem, z niezałatanymi dziurami po Xabim Alobso i Mascherano, mimo obecności w drużynie kreatywnych zawodników (Gerrard! Cole!) bez pomysłów na rozegranie interesującej akcji, ale też nieumiejący w porę przerywać akcji rywali (statystyki po sześciu meczach, czyli bez dzisiejszego: 92 strzały na bramkę Reiny, przy 46 przed rokiem, 126 dośrodkowań w pole karne, przy 72 przed rokiem), a w końcówce chwytający się nawet tak desperackich rozwiązań jak wystawienie Kyrgiakosa na środku ataku)… Co się dzieje na Anfield Road? Jak napisał ktoś na twitterze: nie ma Beniteza, nie ma krycia strefowego (he, he), jest Gerrard na swojej ulubionej pozycji i piłkarze obejmują się przed pierwszym gwizdkiem, więc w czym problem? Sam mocno krytykowałem Beniteza, ale myślę, że obwinianie go za kiepskie wyniki drużyny dziś (co robili po meczu eksperci Sky Sports) jest grubą przesadą. Mamy nowy rozdział, nowego menedżera i znacząco przebudowany skład. Tylko właściciele nie chcą być nowi, ale to mimo wszystko inna historia.
Ech, wygłosiłby człowiek jakąś głęboko kontrowersyjną opinię, na przykład zażądałby zwolnienia Roya Hodgsona i zastąpienia go nie, jak skandowali dziś kibice, przez Kenny’ego Dalglisha, tylko przez Jamiego Carraghera. Ktoś w tej szatni powinien wreszcie zacząć wrzeszczeć.
PS Dopisuję po godzinie, bo Newcastle potwierdziło złamanie nogi ben Arfy. Dzisiejszy faul de Jonga i wczorajszy Henry’ego każą wrócić do dyskusji o tym, jak chronić zdrowie piłkarzy, jak karać za zbyt ostre wejścia itd. Padały w niej głosy skrajne, np. całkowity zakaz wślizgów, ale rosnąca liczba bardzo poważnych kontuzji (złamań w tym roku jest zdecydowanie więcej niż w ubiegłym) pokazuje, że problem istnieje. Choć Harry Redknapp w tym momencie z pewnością wzruszyłby ramionami, mówiąc, że w latach 60., panie, to dopiero faulowali…
Dodaj komentarz