Gdyby Joey Barton nie był człowiekiem utalentowanym, wszystko byłoby znacznie prostsze: napisałoby się tekst o boiskowych i pozaboiskowych wybrykach tego piłkarza, i zamknęłoby się sprawę. Mówimy w końcu o kimś, kto ma za sobą wyrok więzienia i 77 odsiedzianych dni za udział w bójce w centrum Liverpoolu, kilkumiesięczną dyskwalifikację za napaść na klubowego kolegę, a wcześniej – karę za gaszenie cygara na oku jednego z juniorów podczas imprezy… bożonarodzeniowej. O kimś, kto kolekcjonuje czerwone kartki i słynie z prowokacyjnych gestów wobec kibiców, sędziów czy rywali. Był, zdaje się, taki moment, w którym jeden z tabloidów nawoływał do wykopania go z futbolu, choć o ile pamiętam nie precyzował, czy wyrzucającym miałaby być Football Association, czy może klub Bartona. Do Stanów Zjednoczonych, po wyroku, nie chciał go wpuścić tamtejszy rząd i pomocnik Newcastle nie pojechał z zespołem na przedsezonowe tournee, a Fabio Capello wykluczył powołanie go do reprezentacji, mówiąc, że przywykł do tego, iż jego drużyna kończy mecz w jedenastu.
Problem w tym, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym piłkarzem, który pod skrzydłami odpowiedniego menedżera potrafi tej lidze wiele zaoferować w sensie czysto sportowym. Można by nawet postawić tezę, że to jego podania przyczyniły się do tego, iż w kasie Newcastle pojawiło się 35 milionów, zarobione po transferze Andy’ego Carrolla – przegląd sytuacji i precyzję podań Bartona widać było zresztą także we wczorajszym meczu, choć w ciągu ostatnich kilkunastu dni, skłócony z klubowym zarządem i wystawiony na listę transferową, trenował indywidualnie.
Mamy też do czynienia z człowiekim, który próbuje walczyć z targającymi nim demonami. Który ma za sobą publiczne przyznanie się do alkoholizmu i pobyt terapeutyczny w słynnej klinice Sporting Chance. I którego wpisy na Twitterze – niezależnie od języka, jakim się czasem posługuje – pokazują, że jest człowiekiem inteligentnym. Nie chodzi tylko o to, że chętnie cytuje największych myślicieli dzisiejszych i dawnych czasów – bo te znalazł zapewne w jakiejś internetowej antologii – ale że wydaje się świadom tego, co dzieje się z nim i wokół niego.
Skądinąd jeden z przywołanych przez Bartona kilka dni temu cytatów z Dalajlamy pasowałby jak ulał do sobotnich wydarzeń na St. James’ Park. „Nie powinniście brać cierpliwości i tolerancji za oznaki słabości – ja jestem zdania, że są oznaką siły” – powiedział kiedyś duchowy przywódca Tybetańczyków i właśnie tolerancji oraz cierpliwości po raz nie wiadomo który w życiu zabrakło pomocnikowi Newcastle. W meczu z Arsenalem pomocnik gospodarzy, skądinąd gorąco dopingowany przez kibiców „Srok”, uczestniczył w dwóch incydentach, będących antyreklamą rozpoczynającego się właśnie sezonu Premier League. Najpierw, po ostrym wejściu w Songa, został przez piłkarza Arsenalu nadepnięty – i można być pewnym, że po analizie wideo Song zostanie za to zdyskwalifikowany. Później, widząc upadającego w polu karnym Newcastle Gervinho brutalnie próbował go podnieść, co sprowokowało skrzydłowego Arsenalu do udziału w szarpaninie, podczas której – uderzony przez Gervinho – upadł z kolei, skądinąd w sposób niemiłosiernie teatralny, Barton. Skończyło się czerwoną kartką dla zawodnika gości i żółtą dla Bartona, choć równie dobrze mogło być odwrotnie, bo Anglik prowokował (czy powinienem napisać „prowokowany Anglik prowokował”, skoro było to już po zajściu z Songiem?). Nie na taką inaugurację sezonu czekaliśmy, zwłaszcza, że zanim się rozpoczął tyle się mówiło o promocji sportowych zachowań, wzajemnego szacunku wśród piłkarzy, trenerów czy sędziów („Get on with the Game”) – i zwłaszcza, że rozegranie pierwszej kolejki stało pod znakiem zapytania po serii rozrób na ulicach brytyjskich miast. Tym razem piłkarze zapatrzyli się na rozrabiających nastolatków – nie odwrotnie…
„Nie na takie rozpoczęcie sezonu czekaliśmy” – piszę te słowa w niedzielny wieczór, z poczuciem, że muszę się pospieszyć z ich publikacją, bo cały piłkarski świat wstrzymał oddech z powodu wydarzenia, które bynajmniej nie ma związku z Premier League. A może poniekąd ma, bo w składach Realu i Barcelony w najbliższych miesiącach nie zabraknie piłkarzy, którzy woleli opuścić najlepszą ponoć ligę świata. Ten pierwszy weekend nie przyniósł wielu dowodów, że jest najlepsza. Liverpool z czterema debiutantami w składzie nie był w stanie wygrać z Sunderlandem (mimo niezłego występu Charliego Adama i Stewarta Downinga). Arsenalowi dramatycznie brakowało już nie Nasriego i Fabregasa, ale Wilshere’a po prostu. Chelsea – mimo naprawdę niezłego meczu Torresa i wyraźnej przewagi w drugiej połowie – nie potrafiła złamać oporu Stoke na Britannia Stadium (inna rzecz, że gospodarzom pomógł sędzia, nie dyktując karnego za faul na Lampardzie). Podczas meczu z WBA kolejną wpadkę zaliczył nowy bramkarz MU David de Gea, a o wymęczonym zwycięstwie mistrzów Anglii przesądził gol samobójczy – piłka po strzale Ashleya Younga aż dwukrotnie odbijała się od obrońców gospodarzy. Zaskakująco wielu piłkarzy, których oglądałem w ten weekend, wyglądało na zmęczonych – nie wiem, czy to wina gry w meczach reprezentacji w środku tygodnia, czy zamorskich wypraw poszczególnych drużyn podczas przygotowań do sezonu.
W sumie: szukając powodów do zachwytu znalazłem występ Shaya Givena w bramce Aston Villi, ale umówmy się, że nie z takich powodów liga angielska słynęła niegdyś w Europie. Życie jest gdzie indziej? W Madrycie czy w Barcelonie? Spytajcie Ronaldo albo Fabregasa, oni też są na Twitterze.
Skomentuj ~Grzesiek Anuluj pisanie odpowiedzi