Jeśli po zakończonym dopiero co meczu MC ze Swansea odczuwam potrzebę dopisania post scriptum do wczorajszego tekstu, to dlatego, że pierwsza kolejka Premier League okazała się kolejką powitań. I tak:
Z angielską ekstraklasą przywitał się Andre Villas-Boas, który ni stąd, ni zowąd skrytykował piłkarzy Stoke, rozpychających się ponoć i przytrzymujących za koszulki jego podopiecznych podczas starć w obu polach karnych. Szczerze mnie dziwi ta wypowiedź, bo akurat Luiz czy Terry potrafią grać równie ostro co Woodgate czy Shawcross i myślałem, że portugalski menedżer jest tego świadom. Jeśli kierujesz klubem Premier League, nie możesz się skarżyć na to, że czasami pada.
Z angielską ekstraklasą przywitał się David de Gea, który dowiedział się już, że na taryfę ulgową ze strony sędziów nie ma co liczyć (podczas starć w polu karnym, zwłaszcza z udziałem bramkarzy, pozwalają oni na zdecydowanie więcej niż w innych krajach kontynentu), oraz że stanie między słupkami Manchesteru United wymaga nie tyle nawet talentu, techniki czy refleksu, ale przede wszystkim koncentracji. Pozostajesz, bracie, bezrobotny przez niemal cały mecz i musisz obronić ten jeden-jedyny strzał – byleś go obronił, bo jeśli nie, media cię zniszczą. W przypadku de Gei właśnie zaczęły.
Z angielską ekstraklasą przywitał się Gervinho. Miał wiele udanych akcji oboma skrzydłami, ale skończył z czerwoną kartką i przez trzy mecze (w tym z MU i Liverpoolem) nie będzie mógł wystąpić. Koledzy nie powiedzieli mu, że akurat z Bartonem lepiej nie zadzierać?
Z angielską ekstraklasą przywitał się Kun Aguero: szczęśliwie w dniu, który miało naznaczyć odejście Fabregasa. Umarł król, niech żyje król. Ależ to był debiut: pół godziny gry, celny strzał już przy pierwszym kontakcie z piłką, a potem dwa gole (ten drugi bajeczny…) i asysta. Podobno facet nie przepracował solidnie okresu przygotowawczego i nie jest jeszcze w pełni formy.
Z angielską ekstraklasą przywitały się Queens Park Rangers i Swansea. W obu przypadkach długo wyglądało na to, że przywitanie może być udane: w meczu z Boltonem QPR początkowo miało przewagę i rozbił je dopiero gol do szatni. Swansea broniła się dłużej, a w ciągu pierwszych 20 minut spotkania z MC wręcz zachwycała umiejętnością gry piłką. Beniaminek wymieniający kilkanaście krótkich podań na połowie trzeciej drużyny kraju, w dodatku na jej stadionie – patrząc na to zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego Swansea do niedawna nazywano Barceloną Championship… Statystyki brzmią wręcz niewiarygodnie: w sumie tych podań było 486, najwięcej ze wszystkich drużyn Premier League w ten weekend i o 144 więcej niż MC. Co nie zmienia faktu, że i w przypadku QPR, i w przypadku Swansea powitanie okazało się bolesne. Z angielską ekstraklasą przywitał się Michael Vorm: wpuścił cztery gole, ale gdyby nie on… Hm, a może Alex Ferguson sprowadził nie tego bramkarza?
Dodaj komentarz