Kibiców Chelsea rozumiem dziś jak mało kto. Przez tyle lat ćwiczyłem tę pozę sztucznego dystansu i byłem najsurowszym krytykiem swoich piłkarzy, przez tyle lat wygłaszałem te wszystkie bezlitosne sądy, żeby broń Boże nikt mnie nie ubiegł i nie zranił mnie jakąś z lekka rzuconą uwagą na temat patałachów, którzy n a w e t w t a k i e j s y t u a c j i nie potrafią dowieźć zwycięstwa. Ano tak właśnie: naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowanie, niezależnie od wyniku (Nick Hornby). Ano tak właśnie: kibic jest istotą delikatną i bezbronną, zakłada więc rozliczne pancerze, a najchętniej pancerz rzekomego obiektywizmu.
Kibicom Chelsea mówię więc, bo wiem, co mówię: nie było tak źle. A w każdym razie z pewnością było lepiej niż z Boltonem, zaś w drugiej połowie to już było całkiem dobrze. Z nikogo się nie nabijam. Rozumiem te wszystkie słowa o utraconej pewności siebie, widzę napięcie między Terrym a Drogbą, widzę kompletny brak chemii między Ancelottim i Emenalo, i widzę wciąż puste miejsce po Wilkinsie, ale widzę też, jak ta grupa piłkarzy pędzi do swojego menedżera po trzeciej bramce, widzę powracającego do formy Lamparda, widzę rządzącego pozostałymi kapitana, widzę Czecha, widzę obiecującego Brumę (że raz dał się przeskoczyć Heskeyowi, wcale go nie winię; podobało mi się, jak po odbiorze piłki myślał nad jej precyzyjnym podaniem, zamiast wykopywać na oślep). Widzę pozostałych, którzy raczej prędzej niż później wrócą do formy (niewidoczny przez większą część meczu Drogba potrafił przecież – tak samo jak z Tottenhamem – w odpowiednim momencie znaleźć się w odpowiednim miejscu). Mieli dziś pod górkę, ale przez kilkadziesiąt minut drugiej połowy naprawdę grali jak mistrzowie, czego – jak rozumiem – zraniony kibic Chelsea nie byłby w stanie dziś napisać.
Oczywiście wielki szacunek należy się Gerardowi Houllier. Już się wydawało, że nic z tego, że jego przygoda z Aston Villą musi zakończyć się katastrofą, a tu proszę: odważne i nieoczywiste decyzje personalne (na ławce wylądował m.in. świetny w tym sezonie Albighton, na boisku pojawiło się za to kilku rutyniarzy, z Dunnem i Reo-Cokerem na czele) przyniosły w efekcie znakomity występ, w którym zespół podniósł się mimo fatalnego incydentu z pierwszej połowy, kiedy to pierwsza w zasadzie groźna akcja gospodarzy przyniosła im karnego i niezasłużone wówczas prowadzenie. Podobali mi się skrzydłowi, obaj angażujący się w defensywę i obaj wyciągający za sobą bocznych obrońców Chelsea, żeby zrobić w ten sposób miejsce grającemu między liniami Ashleyowi Youngowi. Jak zwykle znakomicie bronił Brad Friedel, mądrze grali Clark i Cuellar, kilka razy szczęśliwie interweniował Dunne – naprawdę, Houllier ma dziś wiele powodów do zadowolenia i pewnie liczy po cichu, że właśnie przeżył punkt zwrotny w tym nieudanym sezonie.
O szalonych ostatnich dziesięciu minutach pisać nie zamierzam, choć były pewnie świetną reklamówką Premier League, a taniec menedżera Chelsea po golu Terry’ego niejednemu przypominał szalony bieg Davida Pleata, kiedy Luton utrzymał się w ekstraklasie. Już bardziej zajmuje mnie los Carlo Ancelottiego, który po takim wyniku będzie pewnie nadal przedmiotem spekulacji, co doprawdy nie przestaje mnie zdumiewać. Facet pół roku temu zdobył z tą drużyną podwójną koronę: jedyne, czego mu potrzeba, to sensowne wsparcie na rynku transferowym i wzmocnienie drużyny o środkowego obrońcę oraz kreatywnego ofensywnego pomocnika – powiedzmy takiego, który umiałby wykorzystać okazję Ramiresa z drugiej połowy. Wiem, że to wsparcie jest wątpliwe, i wiem, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, ale akurat za Ancelottiego ściskam kciuki, bo nie on jest winien kłopotów Chelsea. Sezon jest długi – jeżeli Roman Abramowicz wytrzyma nerwowo najbliższych parę dni, z pewnością będzie czas dogonić tych, którzy chwilowo odskoczyli.
Skomentuj ~dziaam Anuluj pisanie odpowiedzi