Wpadam na chwilę, odrywając się od zgoła niepiłkarskiej tematyki (choć jeden z moich rozmówców w debacie o „Złotych żniwach”, którą szykujemy do nowego numeru „Tygodnika”, mówi, że Polacy znają się tylko na dwóch tematach: piłce nożnej i Holokauście…), żeby nie zostawiać bloga bez gospodarza i żeby rzucić kilka myśli o wczorajszych meczach.
Po pierwsze: możemy być sfrustrowani, że kolejny raz w tym sezonie Manchester City parkuje autobus przed własnym polem karnym, ale nie możemy odmówić Manciniemu logicznego rozumowania. „Wolę słyszeć buczenie niż widzieć trzy gole rywali” – mówił na pomeczowej konferencji menedżer MC.
Po drugie, piłka nożna rozgrywa się tyleż na boisku, co w głowach. Jedyny przekonujący mnie powód wczorajszej porażki Chelsea z Wolverhampton to powód psychologiczny. Jak jedenastka, która pół roku temu sięgnęła po mistrzostwo w niemal identycznym składzie, i która jeszcze parę miesięcy temu strzelała rywalom po pięć bramek, może gremialnie potykać się o własne nogi i bezradnie popatrywać na ławkę trenerską, oto zagadka dla terapeuty, a nie eksperta od taktyki. Oczywiście bałagan za kulisami również oddziaływuje na głowy piłkarzy.
Po trzecie, Alan Pardew jest szczęściarzem. Leon Best – piłkarz, którego nieudany rzekomo transfer był jednym z gwoździ do trumny Chrisa Hughtona – strzelił dla niego trzy bramki. Nowy menedżer Newcastle czerpie pełnymi garściami z efektów pracy poprzednika; trudno mieć o to pretensje, raczej wypada chwalić zdrowy rozsądek.
Po czwarte, Royowi Hodgsonowi zostały zaledwie godziny na dotychczasowej posadzie. Z Awramem Grantem czy Gerardem Houllier sytuacja jest bardziej skomplikowana, ale oni również nie mogą czuć się bezpieczni. Jeśli posada Carlo Ancelottiego stoi pod znakiem zapytania, to znaczy, że świat zwariował.
Po piąte, Harry Redknapp przesadził, wystawiając w czwartym kolejnym meczu niemal niezmieniony skład. Już w spotkaniu z Fulham Tottenham ledwo doczołgał się do 90 minuty, tym razem sił zabrakło zdecydowanie wcześniej, a jeszcze kontuzję złapał Bale. Podobno Koguty mają najdłuższą ławkę w Premiership…
Po szóste, jak mawia wspomniany Redknapp, „it’s a game of opinions”. Oto jak w sposób interesujący można argumentować przeciw sprowadzaniu na White Hart Lane Beckhama (Redknapp wczorajszą porażkę obrócił oczywiście w argument za: gdyby Beckham wszedł w drugiej połowie, potrafiłby przetrzymać piłkę i rzucić kilka dośrodkowań na głowę Croucha).
Po siódme, kiedy już piłkarze Alexa Fergusona doczołgają się do mistrzostwa Anglii (tak samo zresztą kiedy się nie doczołgają), rewolucja kadrowa czeka nie tylko Chelsea, ale także Manchester United. Cleverley i Welbeck wyrośli w międzyczasie na gwiazdy. To będzie dopiero ciekawy sezon.
Dodaj komentarz