Zrobiłem szybki przegląd swoich zapisków na tym blogu i okazało się, że od listopada 2010, kiedy Gareth Bale przedstawił się światu w dwumeczu z Interem, w zasadzie nie zajmowałem się szerzej jego grą (no, może poza powracającymi co jakiś czas wyrazami niesmaku, z jakim przyjmowałem wszystkie te momenty, w których tarzał się po ziemi udając sfaulowanego). Zastanowiło mnie, dlaczego, i uświadomiłem sobie, że chodzi o uczucie lęku, związane z przekonaniem, że jak tylko nadmiernie się z nim utożsamię, jak tylko sprawię sobie koszulkę z jego numerem na plecach, jak tylko zacznę się puszyć, jakiegoż to gościa mamy – odejdzie sobie do Realu czy innej Barcelony. No trudno, dłużej się tak nie da. W ciągu ostatnich tygodni Walijczyk niemal samodzielnie ciągnie Tottenham w kierunku Ligi Mistrzów. Dziewięć goli w dwunastu meczach ligowych, cztery w ostatnich trzech plus gol w meczu reprezentacji, do znudzenia powtarzane przez menedżerów rywali, ekspertów i dziennikarzy słowo „unplayable”, namolne zgłaszanie do tytułu piłkarza roku obok van Persiego, Suareza czy Michu – wszystko to zmusza do zabrania głosu.
Nie żebym zamierzał pozostać na poziomie jałowych zachwytów. Piszę o Bale’u przede wszystkim dlatego, że zaimponowała mi decyzja Andre Villas-Boasa o wystawianiu go w środku pola i pozostawieniu taktycznej swobody. Supergwiazda Tottenhamu nie biega już na lewym skrzydle, kończąc swoje akcje dośrodkowaniami i nie zmienia się w trakcie spotkań pozycją z Aaronem Lennonem. Szczęśliwie jego portugalski menedżer znalazł rozwiązanie najpoważniejszego jak dotąd problemu, mogącego skomplikować walkę drużyny o miejsce w pierwszej czwórce: kontuzji Sandro. Brazylijczyk imponował wszak nie tylko statystykami wślizgów i przejęć piłki – kiedy już ją odebrał, potrafił bardzo szybko zainicjować akcję Tottenhamu. Gdy jego miejsce na boisku zajął Scott Parker, koła zaczęły buksować: zarówno wracający po wielomiesięcznej przerwie reprezentant Anglii, jak partnerujący mu Moussa Dembele zwalniali grę, owszem – piłka krążyła od nogi do nogi (choć celność podań Parkera pozostawia ostatnio wiele do życzenia), ale zanim docierała w pole karne przeciwnika, ten zdążył już zastawić szyki obronne, Bale natomiast bywał poza grą – pieczołowicie pilnowany przez bocznego obrońcę do spółki z którymś z kolegów z drugiej linii. Wszystko zaczęło się w drugiej połowie meczu z Norwich i było kontynuowane w meczu z West Bromwich – o czym przed tygodniem wspominałem – ale z Newcastle zadziałało w sposób najbardziej widowiskowy. Nie byłoby zwycięskiego gola dla Tottenhamu, gdyby nie ta zmiana pozycji: Bale nie zabrałby się z akcją po zgraniu Adebayora, bo prawdopodobnie byłby schowany gdzieś za plecami kolegi, podobnie jak nie byłoby kolejnych jego okazji w końcówce.
Nie zamierzam pozostać na poziomie jałowych zachwytów także dlatego, że Gareth Bale wciąż sprawia wrażenie, jakby chodził nogami po ziemi. Owszem, strzelił pięknego gola z wolnego, ale to dlatego, że od lat pracował nad tym na treningu (a i Perch w murze nie podskoczył). Owszem, był rad ze strzelonych bramek, ale zwycięstwo drużyny jest ważniejsze, a i z faktu, że zmarnował kolejne okazje (zobaczcie załączony obrazek) nie jest zadowolony – zwłaszcza tę najłatwiejszą, którą próbował wykończyć w końcówce słabszą, prawą nogą. Wniosek: musi się jeszcze dużo uczyć, więcej trenować, ciężej pracować. O swojej przyszłości miał długą rozmowę z trenerem, przekonanym, że obaj mogą zrealizować swoje ambicje podbijania Ligi Mistrzów z Tottenhamem. No naprawdę, jeszcze parę takich wywiadów i dam się nabrać, że nie zostanie następnym Modriciem (skądinąd, jak tam Modriciowi idzie?).
Faktem jest, że w ostatnich kilku meczach rywale nie mieli pomysłu na zatrzymanie Garetha Bale’a. Że jest w niebywałej formie, że nowa pozycja na boisku mu służy, że koledzy potrafią go uruchomić (zobaczcie podania, które otrzymał – warto zauważyć, że najczęściej dostawał piłkę od dobrze wprowadzającego się do drużyny Lewisa Holtby’ego i że często było to w okolicach linii środkowej, skąd zaczynał się rozpędzać), a on sam – zwłaszcza kiedy wszyscy na boisku wydają się podmęczeni – wrzuca wtedy piąty bieg. Pamiętacie jedną z akcji w doliczonym czasie gry, kiedy niedbałym ruchem stopy przyjął długie podanie Assou-Ekotto, dwoma kolejnymi pozbył się dwóch usiłujących mu przeszkodzić rywali, a czwarty ruch stopy zmusił Tima Krula do fenomenalnej interwencji?
Jestem kibicem Tottenhamu, co oznacza, że zawsze mam złe przeczucia. Pamiętam, że przed rokiem o tej porze również wygraliśmy z Newcastle i mieliśmy niezłą pozycję do walki o trzecie, a może nawet drugie miejsce. Martwię się kontuzją Jermaina Defoe i tym, że nie kupiliśmy w styczniu napastnika. Z drugiej strony widzę, że wrócił Adebayor, że w drużynę wkomponował się Holtby, że przed Balem skuteczny był Dempsey. Słyszę, że jutro wznowi treningi Kaboul, a Defoe może wykuruje się do kluczowego meczu z Arsenalem. Jest chemia między piłkarzami a menedżerem. Jest rozpęd i wiara w siebie. Są wyniki. O kryzysie mówią ostatnio raczej w kontekście Manchesteru City, Chelsea czy Arsenalu. Nie zamierzam się tym martwić.
PS Oprócz Bale’a zajmowałem się w ten weekend Borucem. Darujcie wpis pomijający wszystko inne – nadrobimy w tygodniu. Obecny dziś na Old Trafford Jose Mourinho narobił mi smaka na blogowanie całą środę.
PS 2 A poza tym uważam, że trzeba przedłużyć kontrakt z Frankiem Lampardem.
Skomentuj ~castylia Anuluj pisanie odpowiedzi