„Ten mecz ewidentnie się nam nie ułożył”, mógłby powiedzieć Mauricio Pochettino, gdyby był trenerem polskiej ekstraklasy. I szczerze mówiąc wolałbym wysłuchać kilku komunałów w tym stylu, niż przyglądać się zasłonie dymnej, jaką próbował wznosić wokół stylu derbowej porażki, mówiąc niemal wyłącznie o decyzjach sędziego Mike’a Deana. Że faulu Sancheza nie było, że bramka padła ze spalonego, przekonywał Argentyńczyk dziennikarzy, dodając jeszcze coś o tym, że tak naprawdę w statystykach strzałów czy posiadania piłki mecz był wyrównany. Zasłona dymna, powiadam wam, albo mydlenie oczu, bo ani mecz nie był wyrównany, ani decyzje sędziego nie były główną przyczyną porażki. Już prędzej bym się zastanawiał, czy nie próbować tłumaczyć przegranej faktem, że Harry Kane i Dele Alli dopiero we czwartek wznowili treningi po kontuzjach, a w meczu z Arsenalem zwłaszcza ten drugi był cieniem siebie. Tylko że przyznając, iż obaj nie nadawali się do gry, Pochettino przyznawałby się równocześnie do kolejnego błędu: ryzykowania zdrowiem zawodników.
Przez pierwszych kilkanaście minut meczu byłem wprawdzie skłonny przypuszczać, że Tottenham celowo oddaje inicjatywę, jak w meczach z Borussią czy Realem: że nie zamierza zawracać sobie głowy walką o piłkę w środku pola albo jakimś nadmiernie koronkowym rozgrywaniem akcji – że chce po prostu grać bezpośrednio, w każdym momencie po odbiorze piłki zagrywając ją jak najszybciej do przodu. Wybór do środka pomocy muskularnej pary Dembele-Sissoko nie był, przyznajmy, wyborem mającym na celu jakieś finezyjne rozgrywanie – gdyby Pochettino chciał grę swojej drużyny uczynić bardziej ustrukturyzowaną, postawiłby przecież na Harry’ego Winksa (dopiero kiedy Anglik pojawił się na boisko, cofnięci skrzydłowi Tottenhamu zaczęli dostawać jakieś sensowne podania). Inna sprawa, że zmagający się od tego lata z kontuzją stopy Dembele jest w ostatnich miesiącach cieniem gracza, którego pamiętamy jako totalnie dominującego w drugiej linii, a za piłkarzami Arsenalu często po prostu nie nadążał; szczerze mówiąc najlepiej z całego Tottenhamu wypadł w tym meczu Sissoko.
Trzeba to jednak powiedzieć jasno i wyraźnie: nieważne, jaka była, czy jaka miała być strategia Tottenhamu na to spotkanie – Arsenal miał lepszą. Może to zresztą nie była kwestia strategii, tylko nastawienia zawodników i ich wewnętrznej motywacji. Jakby doszło do zamiany ról; jakby to Arsenal miał coś do udowodnienia, a Tottenham przystępował do meczu w roli rozleniwionego życiem pełnym luksusów faworyta – to gospodarze od pierwszych minut rzucili się do pressingu, rozpoczynanego przez ofensywny tercet Sanchez-Lacazette-Ozil. Zwłaszcza to, jak pracował Niemiec, było imponujące, zważywszy nie tyle na prawdopodobieństwo rychłego odejścia z klubu (w końcu może chcieć się zaprezentować potencjalnym nabywcom), co na to, że zwykle woli nie angażować się w przeszkadzanie rywalom. Nie był w tym odosobniony. Efektem były trudności w konstruowaniu przez Tottenham akcji od obrony; efektem były straty i błędy, dzięki którym Arsenal przejmował inicjatywę już na połowie gości; efektem były wygrywane przez Kanonierów pojedynki w środku pola. Efektem był chaos, z którego w końcu wyłonił się rzut wolny, po którym padła pierwsza bramka. Efektem była zaczęta przez Bellerina cudowna kombinacja ofensywnego trio, po której padł drugi gol.
Wystawiając taki właśnie skład Arsene Wenger ryzykował oczywiście: w zasadzie bez defensywnego pomocnika, bo trudno za takiego uznawać niezdyscyplinowanego Xhakę (tym razem też szybko dostał żółtą kartkę, a mógł zostać upomniany już wcześniej, za ostre wejście w Alliego) i z Ramseyem za trójką graczy ofensywnych, znajdującym sobie zaskakująco dużo miejsca między nieruchawymi pomocnikami gości. Okazuje się jeszcze raz, jaką wagę w piłce mogą mieć nie pozycje poszczególnych piłkarzy, nie finezyjne manewry taktyczne, ale wola walki i zaangażowanie. Na co ci defensywny pomocnik, kiedy odpowiedzialność za grę obronną biorą wszyscy twoi piłkarze? Tyleśmy się nachwalili w minionych tygodniach Bena Daviesa, ale to Hector Bellerin był najlepszym zawodnikiem biegającym w tym meczu przy linii; skutecznym w defensywie i groźnym na połowie rywala.
Najprawdopodobniej na koniec sezonu Tottenham będzie w tabeli wyżej niż Arsenal, a świetne mecze Kanonierów zdarzać się będą coraz rzadziej – nabierałem się już stanowczo zbyt wiele razy na rzekome odrodzenie tej drużyny, a potem znosiłem jakieś żenujące wpadki, żeby się teraz nadmiernie ekscytować. Myślę również, że piłkarze Mauricio Pochettino podniosą się szybko, tak jak podnosili się już parę razy po rzadkich skądinąd porażkach. Dzięki derbom północnego Londynu wiedzą jednak (oby tę lekcję najuważniej odrobił Dele Alli, kuszony przez superagentów Mendesa i Raiolę), że w życiu piłkarza są rzeczy ważniejsze niż od wielkiego dzwonu wygrać z Realem.
Skomentuj Król Julian Anuluj pisanie odpowiedzi