„Są równania z dwiema czy trzema niewiadomymi, ale nasza piłka ma tyle niewiadomych, że nawet szkoła polskich matematyków nie poradziłaby sobie – mówił mi wiosną Mariusz Walter w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”. Po czym dodawał, mając zapewne w pamięci mecz Legii z Widzewem, z 1997 r.: „A jednak się udaje i czasem potrafimy obejrzeć mecz, w którym ktoś prowadzi 2:0, żeby w końcówce stracić trzy gole i mistrzostwo kraju. Pełny Szekspir, z tragicznymi bohaterami”.
Dziś bohaterowie Warszawy nie są tragicznymi bohaterami, choć scenariusz był jakże podobny. Ktoś – dodajmy: będący sto kilkadziesiąt miejsc wyżej w rankingu UEFA, murowany faworyt, z piłkarzami o większych nazwiskach, z dużo większym budżetem, z doświadczeniem gry w Lidze Mistrzów itd. – prowadzi 2:0, żeby następnie stracić trzy gole, w tym jednego w 92. minucie. Do zwycięstwa skazywanych na porażkę prowadzi trener, który całkiem niedawno był na wylocie, a który dwa lata temu nie potrafił przygotować kondycyjnie innego zespołu do rozgrywanego przed rozpoczęciem sezonu ligowego dwumeczu z estońskimi słabeuszami. O historycznym triumfie decydują piłkarze, którzy gdyby nie kartkowe osłabienia najprawdopodobniej nie wyszliby na boisko. W bramce staje debiutant, lewonożny Rybus strzela prawą nogą, Janusz Gol trafia do siatki, choć wcześniej w barwach Legii mu się to nie zdarzało, Kucharczyk i Wawrzyniak rehabilitują się golem i asystą za wcześniejsze błędy przy bramkach rywala… Wszystko to dzieje się na stadionie pamiętającym Władysława Kozakiewicza i – co może najważniejsze – po walce, jakiej nie powstydziłby się zadziorny mistrz olimpijski.
O takich meczach nie pisze się, analizując taktykę czy wytykając błędy. O takich meczach pisze się budując narrację – i ja także na własny użytek składam sobie tutaj jej drobne elementy. Równania z wieloma niewiadomymi pewnie trzeba będzie rozwiązywać bardzo szybko, może już w niedzielę w Łodzi, a i o dalsze sukcesy w Europie będzie ciężko (piszę to jeszcze przed losowaniem grup…). Pal jednak licho myślenie o przyszłości: mam czterdzieści lat i takie mecze, które za mojej pamięci stały się udziałem polskich klubów, potrafię policzyć na palcach jednej ręki. Toast rosyjskim szampanem byłby tu nie od rzeczy.
Skomentuj Michał Okoński Anuluj pisanie odpowiedzi