W pierwszej chwili do głowy przychodziły same zdania najbanalniejsze: że żaden piłkarz nie jest ważniejszy od klubu. Później przypominały się dowcipy: że takie rzeczy zdarzały się, owszem, ale jak się kupiło Djalminhę w starych edycjach Championship Managera. Dalej był czas dodawania i odejmowania: że MC zapłaciło za Teveza 47 milionów, że co tydzień płaci mu 250 tysięcy, że zliczając jedno z drugim powiedzieć można, iż na sprowadzeniu Argentyńczyka klub będzie w plecy ładnych parę milionów… Nie, zaraz, spokojnie, przecież w ubiegłym roku to głównie jego gole i determinacja zapewniły drużynie awans do Ligi Mistrzów. Na samym końcu pojawiała się więc nuta współczucia: że facet źle znosi rozłąkę z bliskimi, że tak naprawdę o niczym innym nie marzy, jak powrót do ojczyzny, i że pech polega na tym, iż za Oceanem nie ma klubów na tyle zasobnych, by mogły go kupić… Że wczoraj się pogubił i dziś rano – przerażony miażdżącą oceną mediów – próbuje to odkręcić (właśnie przeczytałem oświadczenie Teveza, że… nie odmówił gry, przeprasza kibiców, a w przyszłości ma zamiar dotrzymywać wszystkich zobowiązań wobec klubu).
Nie, zaraz, spokojnie. Żaden piłkarz nie jest ważniejszy od klubu, powtórzę. Można współczuć Tevezowi i można mieć mnóstwo zastrzeżeń do Roberto Manciniego (można krytykować styl, w jakim współpracował z Adebayorem, Bellamym, Bridgem i tyloma innymi, można mieć w tyle głowy słowa Jerome’a Boatenga, który po rocznym pobycie w MC wrócił do Niemiec i przed wczorajszym meczem chętnie opisywał fatalną atmosferę w szatni niedawnego pracodawcy), ale po prostu nie można zaakceptować takiego zachowania. Pal licho, że mamy do czynienia z drastycznym naruszeniem obowiązków zapisanych w kontrakcie. Ważniejsze, że Tevez był nielojalny wobec kolegów, którzy w tamtym momencie spotkania cholernie potrzebowali jego pomocy (MC przegrywał wprawdzie 2:0, ale do końca zostawało pół godziny – przykład z tego samego wieczora, dotyczący innej drużyny z Manchesteru, pokazuje, że w tym czasie można odwrócić losy niejednego meczu). W pomeczowym studiu Graeme Souness jechał po bandzie, ale w jednym muszę mu przyznać rację: jeżeli istnieje stereotyp piłkarza jako rozkapryszonego, śpiącego na kasie samoluba, to Argentyńczyk wpisał się w niego idealnie.
O tym, że Roberto Mancini będzie miał problem z utrzymaniem swoich megagwiazd w stanie choćby względnej satysfakcji, pisałem wielokrotnie. Balotelli z Tevezem na ławce to na dłuższą metę mieszanka wybuchowa, a przecież takich świetnie zarabiających, trudnych charakterologicznie piłkarzy jest w tej drużynie więcej (wczoraj eksplodował także Dżeko, demonstrując niezadowolenie ze zmiany ciskaniem bluzy i butów w ławkę rezerwowych). Że tacy ludzie mają niszczący wpływ na atmosferę, to oczywistość kolejna. Reszta piłkarzy patrzy i zastanawia się, kto tu rządzi i kogo słuchać.
Kiedy więc menedżer MC ostro mówi, że Tevez jest skończony w MC, mam poczucie, że nie może mówić nic innego. Czy jednak szejkowie podzielą jego opinię, czy może – zwłaszcza jeżeli Manciniego przestaną bronić wyniki (a w Lidze Mistrzów po pierwszych dwóch kolejkach ma nóż na gardle…) – będą woleli poświęcić Włocha, by jego następca przeprosił się z Argentyńczykiem – tego nie byłbym aż taki pewny. To dramat tego świata, w którym oczywiste racje (powtarzam po raz kolejny: żaden piłkarz nie jest ważniejszy od klubu) muszą znajdować kompromis z argumentami ekonomicznymi. Ze względu na te ostatnie trudno sobie wyobrazić, by klub zechciał rozwiązać umowę z Tevezem – a z drugiej strony już latem przekonaliśmy się, że znalezienie kupca nie będzie proste.
Zabawne, że bronię Manciniego, bo kiedy oglądałem wczorajszy mecz, miałem ochotę go skrytykować. Owszem, zaczęło się obiecująco i, owszem, już w drugiej minucie sędzia mógł podyktować rzut karny dla gości, ale tak jak w ubiegłym sezonie menedżer MC grzeszył nadmiernym murowaniem bramki, tak tutaj zgrzeszył nadmiernym optymizmem. Zbyt ofensywnie ustawieni boczni obrońcy (zwłaszcza za Richardsem co chwilę zostawały hektary wolnego pola), nieoswojony z piłką po półrocznej przerwie Kolo Toure: jeśli już Mancini musiał podejmować ryzyko ze wstawianiem do składu nieogranego zawodnika, powinien to być raczej Nigel de Jong w środku pomocy, skuteczniejszy w destrukcji od Barry’ego, o Nasrim nie wspominając… Przecież grali z Bayernem, przecież musieli zneutralizować Ribery’ego, Mullera, Schweinsteigera!
Po godzinie gry pojawiła się szansa na poprawienie błędów. De Jong i Tevez mogli odmienić losy spotkania. Ale Argentyńczyk odmówił wyjścia na boisko…
Manchester City jest wiceliderem tabeli. Od niepamiętnych czasów ma najlepszy początek rozgrywek. Ale Argentyńczyk odmówił wyjścia na boisko…
Skomentuj ~krzywho Anuluj pisanie odpowiedzi