Z mistrzostwem Anglii, walką o Ligę Mistrzów, ale też o – chyba najciekawsze w tym wszystkim – utrzymanie się w Premier League, jest jak z opaską kapitana reprezentacji Anglii: kandydatów wielu, ale kiedy się przyjrzeć z bliska, to żaden się nie nadaje. Cóż to za mistrz Anglii, który zamiast gromić, wymęcza zwycięstwo w ostatniej minucie, po raz nie wiadomo już który grając bardzo przeciętnie? Cóż to za rywal do mistrzostwa, który z ostatnich sześciu meczów wygrywa jeden, i to z, uwaga, Leyton Orient? Cóż to za grupa pościgowa, której menedżerowie nie mają pojęcia, czy w czerwcu będą jeszcze mieli pracę? Cóż to za kandydat do obronienia miejsca w Lidze Mistrzów, który z dwudziestu sześciu okazji bramkowych nie wykorzystuje ani jednej, podejmując na własnym stadionie drużynę, która nie słynie, delikatnie mówiąc, z najszczelniejszej obrony?
Zaczynając od końca, czyli od Tottenhamu. Nieśmiało sugerowałem to już we wpisie przed meczem z Milanem, dziś powtarzam zdecydowanie mocniej: hamulcem tej drużyny jest ten, który jeszcze niedawno ciągnął ją do przodu, czyli Rafael van der Vaart. Albo inaczej, nieco bardziej miękko: póki kontuzjowany był Jermain Defoe, Harry Redknapp tego problemu nie miał, obok Holendra wystawiał w ataku Petera Croucha, na czym obaj – gdyby zsumować gole i asysty – korzystali. Teraz jednak trzeba wybierać, ze świadomością gwiazdorskiego statusu van der Vaarta i tego, że Defoe jest jednym z najlepszych napastników w Anglii, wracającym do formy, o czym świadczą choćby niedawne gole z Wolves. Posadzisz Holendra, będzie marudził (wczoraj, zmieniony w drugiej połowie, poszedł prosto do szatni, czym naraził się Redknappowi), posadzisz Defoe’a – zacznie myśleć o odejściu. A przy całej klasie obu – i przy klasie gry kombinacyjnej, jaką zaprezentowała wczoraj drużyna, widać, że czasem prostsze środki są skuteczniejsze. Zgoda, były dwie poprzeczki i słupek, Green bronił dobrze, a Wayne Bridge… hm, nie wiem, czy kiedykolwiek, w złotych latach reprezentacji czy Chelsea, widziałem tak dobry występ tego zawodnika. Sadzę jednak, że gdyby raz czy drugi zamiast piłki po obwodzie i prób prostopadłego zagrania po ziemi poszło dośrodkowanie w pole karne, wyszłoby to Tottenhamowi na dobre. Zwłaszcza, że w kwestii niebanalnych rozwiązań van der Vaartowi Modrić nie ustępuje ani na krok. Wniosek? Ława dla Holendra!
Przez ostatnie trzy kolejki czwarte miejsce oddaliło się od Tottenhamu wyraźnie – być może oddaliło się definitywnie. Fajnie, że Gareth Bale podpisał nowy kontrakt z klubem, ale mocno się obawiam, że jeśli odpadną w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, a w następnym sezonie przyjdzie im grać „tylko” w Lidze Europejskiej (uwaga, Liverpool naciska…), i Walijczyk, i Chorwat, i pewnie kilku jeszcze piłkarzy zacznie się mocno zastanawiać, co dalej – zwłaszcza, że także Harry Redknapp będzie się już pewnie szykował do przejęcia schedy po Fabio Capello. Tak sobie myślę, że za kilkanaście lat będziemy ten sezon wspominać jako mityczny… i długo niepowtórzony.
Chyba że… Chyba że wewnętrzne kłopoty dopadną któregoś z rywali, ścierających się dzisiejszego popołudnia na Stamford Bridge. Niezawodna brytyjska prasa informowała od rana, że właściciele obu klubów mają dość włoskich szkoleniowców; pytany przez BBC Ron Gourlay uchylił się od zapewnienia Carlo Ancelottiego, że nie ma się czego obawiać. Nie sądzę, żeby zwycięstwo nad MC cokolwiek tu zmieniało – a szkoda, bo także w tym meczu gołym okiem widać było, że menedżer Chelsea zna się na swoim fachu. Znów nie chciało iść z Torresem (pytanie z cyklu spiskowa wersja dziejów: czy Ancelotti musi go wystawiać w pierwszym składzie)? Umięjętne skorzystanie z ławki rezerwowych, podkręcenie tempa, stały fragment gry i punkty zostają na Stamford Bridge. Imponujący ten Luiz, doskonale czytający grę, nienaganny technicznie i zabójczo skuteczny przed bramką rywala, ale także strzelec drugiej bramki, Ramires, zasłużył na komplementy – nie tylko za piękną akcję z 93 minuty. Raz w życiu byłem na zakupach w Lizbonie, drożyzna nieludzka, ale nie żałuję…
Na tym tle Manchester City wyglądał zwyczajnie, by nie rzec: przeciętnie. Owszem, jak zwykle świetnie zorganizowany w defensywie (Kompany! De Jong!), ale bez Teveza z przodu praktycznie nieistniejący – mimo tylu milionów wydanych w tym roku na napastników. Silny ten Dzeko, jednak wciąż mi się wydaje, że pasowałby raczej do Lecha Poznań (z całym szacunkiem) niż do drużyny walczącej o czołową pozycję w Anglii. Podobno kontuzja Teveza jest poważniejsza – po dyskwalifikacji Kolo Toure i presji wywieranej przez właścicieli na Manciniego byłby to jakiś promyczek nadziei dla Tottenhamu…
PS W tym tygodniu nie piszemy (żeby sparafrazować rubrykę z pewnego tygodnika niepowszechnego) o bramkarzach Arsenalu. Szkoda gadać.
Skomentuj ~Dezyderiusz Anuluj pisanie odpowiedzi