Kibic, wiadomo: uważa swoją drużynę za najlepszą na świecie. Nie widzi fauli, popełnianych przez jej piłkarzy, natomiast dostrzega wszystkie – nawet rzekome – przewinienia rywali. Krytykuje sędziów, którzy uparcie nie chcą dyktować rzutów karnych dla jego drużyny, o czerwonych kartkach dla przeciwnika nie wspominając. Wszystko sprzysięga się przeciwko niemu: godzina rozgrywania meczu, pogoda, stan murawy, i – oczywiście – stronnicze media. Rzeczywistość dla kibica nie istnieje, żyje w świecie fantasmagorii. Strzeżcie się kibiców piszących o piłce: są kompletnie niewiarygodni.
Nie jestem typowym kibicem, choć kiedy spoglądam co jakiś czas na swoje pisanie o Tottenhamie, widzę, że również jestem niewiarygodny. Chociaż z nieco innych powodów: jako człowiek emocjonalnie związany z tą drużyną i przez ponad 20 lat przyzwyczajony raczej do spektakularnych wpadek na prostej drodze niż do zasłużonych zwycięstw odnoszonych nad najlepszymi w kraju, mam skłonność do zdecydowanego umniejszania tego, na co ją stać. Tam, gdzie inni widzą zespół zdolny do zajęcia czwartego miejsca w lidze, ja wciąż nie chcę dopuścić do siebie tej myśli, jako ostateczny argument wystawiając choćby nieświeżą lazanię, która pozbawiła Tottenham szans na awans do Ligi Mistrzów w ostatniej kolejce sezonu 2006/07.
Co nie znaczy oczywiście, że nie jestem dumny i szczęśliwy. Do licha: podobnie jak z Arsenalem we środę, wczoraj z Chelsea podopieczni Harry’ego Redknappa byli niewątpliwie lepsi, a gdyby nie rozregulowany celownik Pawluczenki i dobra postawa Czecha wynik byłby zdecydowanie bardziej efektowny niż to 2:1. Podobnie jak z Arsenalem, kluczem do sukcesu okazało się podjęcie walki w środku pola i pressing, rozpoczynany przez jednego z napastników natychmiast po utracie piłki (widać to od pierwszej minuty: Defoe lub Pawluczenko uganiający się za Mikelem, a później za Deco). Inaczej jednak niż z Arsenalem, to gospodarze od pierwszej minuty mieli więcej z gry – druga linia z Modriciem i Huddlestonem nie tylko okazała się wystarczająca do zneutralizowania liczniejszej pomocy Chelsea, ale potrafiła rozwinąć skrzydła. Gareth Bale – wspierany przez Benoit Assou-Ekotto – ganiał po lewej stronie w stylu, do którego zdołaliśmy się w ostatnich tygodniach przyzwyczaić i który słusznie przyrównuje się do Roberto Carlosa (biedny Paolo Ferreira, dawno już nikt nie zrobił z niego takiej sałatki…). Michael Dawson był nie do przejścia (Fabio Capello powinien się poważnie zastanowić, który z kapitanów – Chelsea czy Tottenhamu – zasługuje w obecnej formie na wychodzenie w pierwszym składzie reprezentacji). Pawluczenko i Defoe rozciągali obronę. Gomes, kiedy już trzeba było (bo dzięki m.in. Dawsonowi długo nie było trzeba), wykazywał się kunsztem, z którego słynął w Holandii i który wystawił na szwank w pierwszych miesiącach pobytu w Anglii (apeluję, by więcej do tego nie wracać – podobnie jak do wspominania czarnej serii meczów, których Tottenham nie mógł wygrać, bo w pierwszym składzie wychodził pewien młody Walijczyk).

Gareth Bale przyjmuje gratulacje kolegów. Fot. AFP/Onet.pl
Ta kwestia frapuje mnie od dłuższego czasu: Harry Redknapp jest jedynym trenerem drużyn z czołówki, który trzyma się systemu 4-4-2 i mimo iż zwykle oznacza to jednego zawodnika mniej w drugiej linii – ma efekty. A może to kwestia doboru ludzi? Może nieobecność Palaciosa w dwóch ostatnich meczach okazała się tak naprawdę błogosławiona, bo Modrić i Huddlestone nie tylko pokazali, że umieją bronić równie dobrze, jak ich odsunięty za kartki kolega, ale każdy z nich potrafi rozegrać piłkę w sposób, na który jego nigdy nie będzie stać? Pozytywne myślenie menedżera to coś, czego nie sposób przecenić: Redknapp zdaje się zupełnie nieprzejęty perspektywą zakwalifikowania się bądź nie do Ligi Mistrzów. Podobnie jak nie sposób przecenić ducha zespołu, wyrażającego się nie tylko w rytualnym uścisku przed meczem, ale i w podbieganiu kolegów do Gomesa z podziękowaniami za każdą udaną interwencję w derbach z Arsenalem, a w meczu z Chelsea – zbiorowymi gratulacjami dla Dawsona po kapitalnym wślizgu blokującym strzał Drobgy.
Znamienne: słowo „soft”, tyle razy używane w ostatnich latach pod adresem Tottenhamu, tym razem padło z ust Carlo Ancelottiego na określenie własnych piłkarzy. O tym, jak Chelsea nie funkcjonowała, świadczy choćby fakt, że jej włoski menedżer wykorzystał limit zmian w 45 minucie i że w przerwie posadził na ławce dwóch zawodników, którzy mieli zabezpieczać prawą flankę – właśnie tę, którą atakował Bale. A także to, że lider tej drużyny, który już w pierwszej połowie powinien dostać żółtą kartkę (ciągnął za koszulkę wychodzącego na czystą pozycję Defoe’a), w ciągu kilku minut drugiej połowy kompletnie stracił głowę i po faulu na Walijczyku musiał opuścić boisko. Pytanie też, kto tu wyglądał na zmęczonego, grającego trzeci mecz w ciągu siedmiu dni, z czego jeden z dogrywką? I kto tu mógł narzekać na osłabienia? Przypominam, że z Chelsea udało się wygrać nie tylko bez Lennona i Kinga, ale także bez Krajnczara, Jenasa, Palaciosa, Czorluki i Woodgate’a… O wykorzystany przez Defoe’a rzut karny można się oczywiście spierać (choć z punktu widzenia tych, którzy na początku tygodnia oglądali mecz Chelsea z Boltonem sprawiedliwości stało się zadość) – mnie się wydawało, że bardziej na gwizdek zasługiwało wcześniejsze sponiewieranie Bale’a przez Mikela.
Przed kilkoma tygodniami Harry Redknapp mówił o pięciu punktach, jakie Tottenham powinien zdobyć w meczach z Arsenalem, Chelsea i MU – czyli jeszcze przed wyjazdem na Old Trafford ma punkt ponad plan. Ja, zgodnie z tym, co napisałem na początku, po trzech meczach spodziewałem się dwóch punktów, i teraz znów boję się powiedzieć głośno, jak ten sezon może się jeszcze skończyć dla Kogutów.
Tym bardziej, że – niezależnie od tego, jak fantastyczną główkę zaliczył na kilkanaście sekund przed końcem meczu Paul Scholes – przyszłotygodniowy rywal Tottenhamu wczoraj długo rozczarowywał: Rooneyowi brakowało wsparcia, a jego koledzy w dobrych sytuacjach strzelali anemicznie lub niecelnie. Jak na derby Manchesteru, i mecz o taką stawkę w rywalizacji zarówno o mistrzostwo, jak i o czwarte miejsce, spotkanie na City of Manchester Stadium było mocno przeciętne (a są tacy, którzy używają słów znacznie bardziej zdecydowanych). Gospodarze – kolejny rywal Tottenhamu w najbliższych tygodniach – dużo biegali, ale ani Adebayor, ani Tevez nie dochodzili do sytuacji strzeleckich (świetny, może najlepszy w sezonie mecz Vidicia!); nie posłużyły im także dokonywane w drugiej połowie zmiany, zwłaszcza zejście dynamicznego Johnsona i najlepszego na boisku de Jonga. Goście atakowali niewielką liczbą zawodników, a to, że w drugiej linii najjaśniej błyszczał 36-letni Scholes mówi równie wiele o nim, jak o jego młodszych partnerach. Choć przecież trzeba docenić to, że trzeci raz w tym sezonie odprawili „hałaśliwych sąsiadów” w doliczonym czasie gry.
Wyniki meczów sobotnich oznaczały, że Arsenal znów może się liczyć w grze o tytuł – i liczył się, do czasu, kiedy tuż przed końcem biedny Łukasz Fabiański nie zdołał utrzymać w rękach piłki bitej z rzutu rożnego. Błąd niewątpliwy, ale Fabiański biedny, bo jego koledzy kilkanaście minut wcześniej właściwie przestali grać, po raz kolejny uzasadniając tezę, że czegoś tej drużynie brakuje, i że to coś leży bardziej w głowach zawodników niż gdziekolwiek indziej.
Trzy albo cztery mecze – tyle zostało drużynom angielskiej ekstraklasy do rozegrania. Wciąż nie wiadomo, kto będzie mistrzem, kto zajmie czwarte miejsce i kto poza Portsmouth spadnie, ba: ósmy Everton ma matematyczne szanse na przeskoczenie w tabeli siódmego Liverpoolu (to by było dopiero…). Nawet jeśli narzekamy czasem na poziom, nie możemy narzekać na emocje. Niech i tak będzie.
Skomentuj ~erde Anuluj pisanie odpowiedzi