Zanim o meczu Arsenal-Chelsea, w którym moim ulubionym momentem był ten z 92. minuty, kiedy rozluźniony Arsene Wenger tłumaczył siedzącemu obok, zmienionemu parę minut wcześniej Robinowi van Persiemu jakieś niuanse taktyczne, słówko o innym ulubionym momencie. Otóż w „Looking for Eric” – filmie, który za kilkanaście dni ma wejść na ekrany polskich kin – jest scena, w której główny bohater pyta Cantonę o najwspanialszą chwilę jego piłkarskiej kariery, po czym próbuje zgadnąć, o jakiego gola mogłoby tu chodzić. „To nie był gol – odpowiada Francuz, którego fantastyczne bramki były w końcu ozdobą niejednego dvd. – To było podanie”.
Tak sobie myślę, że coś podobnego mógłby powiedzieć Luka Modrić. Chorwat strzelił już na Wyspach niejedną piękną bramkę i rozegrał niejeden kapitalny mecz (od pojedynku Anglia-Chorwacja na Wembley zaczynając; spotkania, które Modricia wypromowało, a niejako w konsekwencji przyniosło dymisję Steve’a McClarena), ale nie wiem, czy wczorajsze podanie do Alana Huttona, po którym Rafael van der Vaart strzelił pierwszą bramkę dla Tottenhamu, nie zasługuje na specjalne wyróżnienie. Mistrzowskie aspiracje Londyńczyków są w Anglii przedmiotem ironicznych uśmiechów, ale mówiący o nich co jakiś czas Harry Redknapp ma na swoje usprawiedliwienie – oprócz naturalnej i zdrowej ambicji, za którą przecież trudno go krytykować – m.in. to, że w jego drużynie gra kilku piłkarzy, którzy z powodzeniem znaleźliby miejsce w najlepszych klubach świata. Jednym z nich niewątpliwie jest Modrić. Nawet jeżeli nie wszystkie jego uderzenia trafiają w światło bramki, i tak jest w Premier League gwiazdą pierwszej wielkości, imponującą wizjonerskimi podaniami, rajdami z piłką, ale także – co nie przestaje mnie zdumiewać, gdy patrzę na jego mikrą posturę – wślizgami i sercem do walki bark w bark. Tuż przed świętami mówiło się o tym, że na Chorwata zasadza się Chelsea, co wywołało błyskawiczną ripostę Redknappa „Nie na sprzedaż”. Jakoś się nie dziwię ani potrzebie wzmocnień Chelsea, ani niechęci Tottenhamu do sprzedawania.
Wróćmy jednak do tych mistrzowskich aspiracji. W zasadzie jedyne, co menedżer Tottenhamu powiedział na ten temat, to wyzwanie rzucone własnym piłkarzom. „Dlaczego mielibyście nie zdobyć mistrzostwa? Kto powiedział, że to niemożliwe?!”. Na razie wypada na tym poprzestać: jedno zwycięstwo, nawet wyjazdowe i nawet w dziesiątkę, wiosny nie czyni, ale z drugiej strony nikomu nie wolno odbierać wiary w siebie. Chcą grać o mistrzostwo – niech grają.
Rozpisuję się na temat zwycięstwa nad Aston Villą z paru powodów. Po pierwsze, mam poczucie, że Tottenham, jaki znałem przez całe życie, nawet jeżeli przed laty objąłby w takim meczu prowadzenie, to z pewnością grając ponad godzinę w osłabieniu nie zdołałby go dowieźć do końca. Po drugie, wśród piłkarzy klasy światowej oprócz Modricia chciałbym wymienić także Bale’a i oczywiście van der Vaarta (powiem to jeszcze raz: 8 milionów za faceta, który w pierwszych 15 meczach dla nowego klubu strzelił 10 bramek…). Po trzecie, także ci nieświatowi grają bardzo dobrze (wczoraj zwłaszcza Assou-Ekotto, Kaboul i tak krytykowany kilka tygodni temu za serię niecelnych podań w meczu z Liverpoolem Palacios). Po czwarte, kontuzjowani wracają do zdrowia akurat na kluczowy moment sezonu. Po piąte, dobrze jest mieć menedżera, który nie pęka i mimo niepomyślnej decyzji sędziego (wątpliwa czerwona kartka dla Defoe’a) potrafi podtrzymać wśród piłkarzy wiarę w wygraną. Po szóste, przyjemnie patrzy się na takie kontry. Po siódme, sprowadzeni na White Hart Lane Gallas czy van der Vaart dzielą się z innymi piłkarzami nie tyle doświadczeniem, co żądzą zwyciężania. Patrząc na Tottenham i Aston Villę (ale też na Bolton i Liverpool), wydaje się niewiarygodne, jak gruntownie przebudowują się hierarchie angielskiej piłki. Już nawet nie chce mi się dodawać, że pilnie śledzę spór między jednymi z najwierniejszych czytelników tego bloga, Robertem Błaszczakiem i Michałem Zachodnym, z których ten pierwszy przed rozpoczęciem sezonu postawił tezę, że Chelsea zakończy go na miejscu dającym awans do Ligi… Europejskiej.
Wśród zmieniających hierarchię jest oczywiście Manchester City, który dzięki prezentowi bramkarza Newcastle wygrał trudny mecz na St. James’ Park. W szalikach i rękawiczkach, z przekonanym do zostania w Manchesterze Tevezem w pierwszym składzie i Balotellim na ławce, szczęśliwie wyszedł na prowadzenie i zdołał przetrzymać napór gospodarzy: po wpadce z Evertonem to strasznie ważne punkty i chwila oddechu dla nieprzepadających za sobą wzajemnie megagwiazdorów.
Ale skoro o zmienianiu hierarchii mowa, nie można tego aspektu pominąć przy omawianiu zakończonego przed chwilą meczu Arsenalu z Chelsea. Pamiętacie, oczywiście, rzeź niewiniątek z poprzedniego sezonu – spotkanie, w którym Drogba i koledzy brutalnie pokazali Kanonierom ich miejsce w szeregu. Wiele zmieniło się od tamtej pory w obu klubach, poczynając od kwestii najprostszych: ławka rezerwowych gości przy ławce gospodarzy wyglądała dziś ubogo (czy naprawdę wprowadzenie Ramiresa mogło odmienić tę drużynę?), zarówno jeśli idzie o personel piłkarski, jak wspierający menedżerów trust mózgów. To Chelsea potrzebuje wzmocnień i jest mocno niejasne, czy w styczniu o takowe będzie łatwo. To jej najlepsi piłkarze – Essien, Malouda – robili dziś dziecinne błędy, zwłaszcza przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy (a oprócz sytuacji, które kończyły się bramkami, piłkarze Arsenalu jeszcze kilka razy z przerażającą łatwością wchodzili w pole karne, mijając nieruchomych obrońców). To Arsenal w kluczowych momentach był porażająco skuteczny. To Arsenal sprawiał wrażenie drużyny silniejszej fizycznie, a co może nawet ważniejsze: mocniejszej psychicznie. To jego menedżer wyciągnął wnioski z poprzednich spotkań, odsuwając od składu kiepsko grających Arszawina i Squilacciego. Oczywiście można się upierać, że zadecydowało feralne 10 minut przed i po przerwie, że teraz, kiedy do składu wrócił Lampard, drużyna z pewnością zacznie grać lepiej, ale takie głosy pozostaną odosobnione. Powszechne przekonanie jest takie, że Chelsea w ostatnich tygodniach straciła „aurę”, i że ma to związek z odejściem z klubu dotychczasowego asystenta Carlo Ancelottiego Raya Wilkinsa. Przekonanie mniej powszechne, zwłaszcza po niedawnej porażce z MU, jest takie, że Arsenal należy traktować serio. Hierarchie w lidze angielskiej gruntownie się przebudowują, nawet jeśli na takie zdanie Alex Ferguson tylko wzruszyłby ramionami.
Skomentuj ~galwa Anuluj pisanie odpowiedzi