„Najfajniejsze drużyny Premier League, a pochodzą z innych wszechświatów. Swansea to poezja, Stoke to proza (o wdzięku instrukcji obsługi)” – nie pierwszy już raz inspirację do pisania zawdzięczam Rafałowi (a w dodatku inspiracja ta mieści się w 140 znakach…). A może właściwie inspirację przynieśli sami piłkarze Swansea, którzy w niedzielę pokonali Arsenal jego własną bronią?
Otóż właśnie: tym razem nie było tak, że poetów Wengera stłamsili brutalni prozaicy, spece od dalekich wyrzutów piłki z autu, górnych piłek, zdecydowanych wejść i ordynarnych fauli, na które przymykali oko niekompetentni sędziowie. Tym razem to rywale Arsenalu częściej byli przy piłce, lepiej i szybciej wymieniali podania, zgrabniej i ładniej dla oka grali do przodu (te trójkąty, w których rozgrywali, ta umiejętność znalezienia wolnego pola – czy nie były dotąd znakiem firmowym Kanonierów?) oraz okazali się skuteczniejsi w pressingu. A skoro tak, to w tym pisaniu wypada zostawić Arsenal i skupić się na drużynie, co do której byłem przed sezonem przekonany, że nie zdoła utrzymać się w ekstraklasie. Nie ja jeden srodze się myliłem.
Początki były zresztą trudne: pogrom z MC (tylko rewelacyjny Vorm w bramce uchronił zespół przed wynikiem gorszym niż 4:0), potem remisy u siebie z dołującymi Wigan i Sunderlandem, klęska w Pucharze Ligi ze Shrewsbury – pierwsze zwycięstwo przyszło dopiero w drugiej połowie września. Czasami dobrze startować z pozycji, w której nikt na ciebie nie stawia, nie wywiera presji na menedżera, nie domaga się jego zmiany. W Walii wciąż pamiętają, że 9 lat temu to Arsenal był na czubku, a Swansea na samym dnie złożonej z 92 drużyn ligowej piramidy, a i sam Brendan Rodgers przed sezonem mówił półżartem, że prędzej Elvis zmartwychwstanie niż jego piłkarze utrzymają się w Premier League.
Oglądajcie Swansea. Patrzcie na niewysokiego Vorma w bramce (czy MU kupił przed sezonem nie tego bramkarza co trzeba?), solidnego Caulkera w obronie (będziemy mieli z niego pociechę w przyszłym sezonie – facet jest przecież wypożyczony z Tottenhamu…), finezyjnego Brittona w środku pomocy (statystyki celnych podań mówią, że jest, ehm, lepszy niż Xavi: 93 proc. oznacza, że facet w zasadzie nie traci piłki), szybkiego Dyera na skrzydle (angielscy dziennikarze coraz głośniej domagają się, by Fabio Capello zechciał go sprawdzić jeszcze przed mistrzostwami Europy) albo pracowitego Grahama w ataku. Oglądajcie Swansea, bo zasilił je właśnie Josh McEeachran z Chelsea, który – że napiszę najbardziej kontrowersyjne zdanie tego tekstu – doszedł chyba do wniosku, że przy Brittonie nauczy się więcej niż przy Lampardzie. Oglądajcie Swansea, bo nic się tu nie przecież nie zgadza: trzon drużyny to Brytyjczycy, mający w dodatku za sobą grę w Championship i niższych ligach (przytłaczająca większość składu, który pokonał Arsenal, awansowała ze Swansea do ekstraklasy), a przecież czują techniczny futbol jakby byli Hiszpanami – przywołane tu już statystyki mówią, że są na szóstym miejscu wśród najlepiej podających klubów Europy). Jak to możliwe, że grając w takim stylu zdołali się przebić do ekstraklasy, zamiast dać się wykosić równo z trawą? Jak to możliwe, że w połowie sezonu maleńki jak na standardy Premier League klub, którego formalnymi współwłaścicielami są kibice, jest w górnej połowie tabeli?
Nie wszystkie zasługi należy przypisać Brendanowi Rodgersowi: wszak całkiem niedawno klub prowadził (i zaszczepiał mu walijską wersję titi-taka) Roberto Martinez. Niemniej zaczynam sobie myśleć po cichu, że jeśliby Harry Redknapp rzeczywiście miał objąć reprezentację Anglii, chętnie usłyszałbym wiadomość, że pracę na White Hart Lane rozpoczyna „ewangelista pięknej piłki”. W niedawnym wywiadzie dla „Daily Telegraph”, skąd pochodzi to ostatnie sformułowanie, Rodgers ujął mnie nie tylko opowieścią, jak jego piłkarze wyciągali wnioski z meczu z Wolverhampton (na 6 minut przed końcem prowadzili 2:0, ale zestresowani zaczęli wykopywać na oślep do przodu i stracili dwa gole) i zastosowali je w meczu z Boltonem (tam na kwadrans przed końcem z 2:0 zrobiło się 2:1, ale przez następne 10 minut rywale nie dotknęli piłki i w końcu stracili trzeciego gola). Przede wszystkim zachwyciło mnie zdanie, którego głębokiej prawdy nie powstydziliby się Kazimierz Górski albo Brian Clough: „Jeżeli nie jesteś przy piłce, to znaczy, że nie strzelisz gola”. Dodaję do ulubionych.
Skomentuj ~xpander Anuluj pisanie odpowiedzi